Klee

Sebastian Deka

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

Puste miejsce zaczyna się wypełniać... no i się wypełniło, a nawet już wyczerpało (17 lutego 2005). Trzy łby i koniec gry.
| 18 komentarzy

I chociaż odbyło się to wszystko nie poprzez rozmowę na ten temat w poniższym wątku, to jednak poprzez kontakt na forum i poza nim, a nade wszystko poprzez obserwację i autoobserwację interakcji tego rodzaju.

Patrz: post z 19 lutego 2005 z godz 4:07.

______________________________ ____________________________


Temat kiełkuje. Już niebawem pozwoli się zapewne zwerbalizować i zostanie ostatecznie sformułowany. Zapełni puste miejsce, które czeka cierpliwie na wypełnienie jego treścią. Zajmie zarezerwowane specjalnie dla niego, poczesne miejsce. Nadal za wcześnie, by go w pełni ujawniać, pozostaje jeszcze zbyt kruchy i niedojrzały. Spróbujmy jednak przyjrzeć się chociaż zalążkom, które ujrzały światło dzienne dzięki Joan, Kotusiowi (artyście dawniej zwanemu Shemkkiem) i KlauSowi - Wielkim Inspiratorom i Prowokatorom (WIP, nie mylić z VIP).

Zalążek nr 1:
Postanowiłem troszkę odmłodnieć, bo ta stetczność przebijająca z poprzedniego zdjęcia chyba do mnie nie pasowała. Czy ma to jednak większe znaczenie? Po dwu dniach pobytu tutaj zrozumiałem, że nawet moje prawdziwe zdjęcie nie powiedziałoby o mnie więcej czy trafniej, niż to, które widzicie.

Zalążek nr 2:
To, co się tutaj dokonuje, na wszystkich blogach, to choćby i nieświadoma, ale zawsze autokreacja. Czy oznacza to jednak, że znajomości tutejsze gorsze są od tych realnych? Nie przypuszczam. Czyż i nie tam się kreujemy i to w sposób znacznie bardziej wyszukany? Przekonany jestem nawet, że relacje tutejsze mają kilka walorów, których tym rzeczywistym brakuje (choć jest to zależność wzajemna). Powszechnie panuje opinia, że znajomości internetowe są formą ucieczki osób, które nie radzą sobie w relacjach interpersonalnych w świecie realnym. Dzięki odkryciu FilmWebu i połknięciu bakcyla odkryłem, że tak nie jest. W odniesieniu do siebie samego wiem, że tak nie jest. W odniesieniu do kilku innych osób z portalu, mogę przypuszczać. Znajomości tutejsze są inne. To prawda. Tylko tyle i aż tyle. Na czym dokładnie polega ta inność, która czynie je tak niesłychanie pociągającymi? Co jeszcze w nich urzeka? Może...

Załącznik nr 3:
(...) książka Nancy Etcoff "Przetrwają najpiękniejsi"

Załącznik nr 4:
Ludzie tutaj słuchają daleko bardziej uważnie i aktywnie, niż ludzie z rzeczywistego świata. Są do tego zmuszeni poprzez formę komunikacji, ale i chcą, jak wynika z moich obserwacji.
Udostępnij

komentarze

Mam wrażenie Panie Klee, że ciągle Pan tu jest. Kiedy nie wejdę, obok zdjęcia, które Pan wystawił jako wizytówkę, pali się żółta lampka. Nie jest Pan czasem nieco zmęczony? Gdzieś przeczytałem, że bywa tu Pan do 5 nad ranem. Też bym tak chciał, to godne podziwu. A zwrot "Pan" oznacza respekt, jaki czuję przed Panem:))) PS: Serdeczne dzięki za wpis na mym blogu.

... i to jest dopiero ciekawy temat klee (czyż mogę się zwracać tak bezpośrednio ? ... czy będzie mi to wybaczone?) ... zapełnianie tego blogu treścią, nie wiadomo czy zgodną z tematem ... który jest określony ale jeszcze nie ujawniony, gdyż ciągle pozostaje w sferze Twego umysłu ... jest zadaniem niezwykle karkołomnym i niewykonalnym ... każde nawet najbardziej przemyślane słowa, na które mój umysł się waży, najbardziej doniosłe stwierdzenia, najciekawsze puenty, najlepsze przemyślenia ... mogą przepaść, niezrozumiane, wyszydzone ... gdy wypowiem je nie na temat , gdy tenże już się pojawi ... tak bardzo chciałam błysnąć mym intelektem, zaprezentować się od najlepszej strony ... a tu masz ... muszę się wycofać ... pokonana ...
mino wszystko pozdrawiam :)
J

Powinienem był napisać "WSTĘP SUROWO WZBRONIONY", albo wystwić psa do pilnowania. Czyż nie? Choć ten ostatni zamiar spalił by pewnie na panewce, gdyż stworzeń tych (choć wiem, że są urocze) boję się niezmiernie (to taka moja mała fobia), mimo że żadna z poczciwych psin nigdy mi najmniejszej krzywdy nie wyrządziła. Pieska takiego tutaj (nawet małego terierka) przestraszyłbym się jednak daleko bardziej niż Wy. :-)

Czy któryś z dwu wymienionych środków zaradczych byłby jednak skuteczny? Pewnie nie. Ale to bardzo dobrze, bo obcowanie z ludźmi (Ludźmi) jest czymś, czym osoby mojego pokroju, nasycić się nie potrafią. Dlatego też pewnie stale tu jestem, odkąd odkryłem to miejsce i poznałem tyle interesujących, nietuzinkowych, niebanalnych, tajemniczych osób. I nasycić się nimi nie mogę. (Boli tylko, że za dużo ich, by z każdym wchodzić w interakcję - na moim blogu tyle postów czeka na odpowiedź... spędza mi to sen z powiek.)

No cóż, wtargnięcia i tak się spodziewałem, bo pewnie sam bym się go dopuścił, gdybym natknął się u kogoś na coś podobnego. Wszak wszyscy jesteśmy dziećmi, które pociąga to, co zakazane; które pragną poznać Tajemnicę (moje ukochane, nieśmiertelne "Stand by me" Roba Reinera kłania się tutaj). A tylko ciekawi świata żyją naprawdę! Zaś powtarzana często przez moją matkę maksyma, jakoby ciekawość stanowiła pierwszy stopień do piekła, jest moim zdaniem po prostu nieprawdziwa. Jednakowoż z z Tą, która jej tak nagminnie używa, nie polemizowałbym na ten temat, a to przez wzgląd na moją miłość do Niej. (Czy zabrzmiało dość sentymentalnie. To z myślą o Yoorandzie; pożywka dla niego. :-) Nie przypuszczam jednak, by tu zaglądał. Jakkolwiek, choć tkliwe, to jednak autentyczne.)

Proszę dać mi jeszcze trochę czasu. Potrzebuję go, by dojść do siebie, bowiem obcowanie z Boginią zawsze mnie onieśmiela.

A no jestem, jestem i zaczyna mnie już to niepokoić. Zastanawiam się, czy aby nie obserwuję u siebie objawów zaawansowanego uzależnienia od internetu (choć byłoby to raczej uzależnienie li tylko do naszego portalu kochanego). Zmęczony tak jestem, że dźwięki z zewnątrz docierają do mnie przytłumione, reakcje mi się opóźniają, wszystko widzę przez mgłę, a w mojej głowie pojawiają się... głosy. Aaaa!!! ;-)

Dzisiaj miała miejsce czwarta noc z rzędu, kiedy istotnie położyłem się o 5.00. Zapewniam jednak, że nie ma czego podziwiać. Można być jedynie zaniepokojonym i pożałować furiata. Moje zaś wątpliwości co do własnej stabilności psychicznej w tej materii wzbudził fakt, że dzisiejszej nocy tak nie chciałem, a mimo to trwałem do tej 5.00. Cóż, zakładam, że do trzech razy sztuka, więc pewnie i dzisiejszego wieczora to mi się nie uda. Jednak jeśli stan taki utrzyma się do niedzieli, znaczyć to będzie, że nie tylko jestem zagrożony, że nie tylko nleżę do grupy podwyższonego ryzyka, ale że już całkiem kiepsko ze mną. Wtedy zaś jako jedyne antidotum jawi mi się terpaia wstrząsowa polegająca na jak najszybszym czmychnięciu z portalu i niepojawieniu się tu nigdy więcej, przed czym starał się będę za wszelką cenę uchronić, gdyż nie wiem, jak zdołałbym przeżyć to rozstanie. Ominęłoby mnie tyle...

Za wpis nie ma co dziękować. Cała przyjemność po mojej stronie. :-) Na pewno wpadnę jeszcze do Redaktora, kiedy uporam się z zaległościami na własnym blogu. A życia mi w tym względzie nie ułatwiacie, oj nie. Ale to bardzo dobrze, bo to taki pozytywny natłok. :-)

Gdyby zobaczył Pan, jakiej postury jestem człowiekiem, zrozumiałby, że respektu nie ma co wzbudzać. ;-) Słowo daję! No ale jak Pan woli. W takiej sytuacji jednak muszę wpasowć w zaproponowaną konwencję i również zwracać się do Pana per "pan", Panie Redaktorze.

Yoohrand robi minę neandertala, wyciąga palec i mówi:
Ha! ha!

Och, znacznie więcej się po Tobie spodziewałem. Rozczarowujesz mnie, doprawdy. Nie sądziłem, że tak łatwo zwabić Cię na swojego bloga. Wystarczyła jedna mała prowokacja. Oj, Synuś, "jesteś miętki jak Roman Bratny".

Nie łudź się, klee. Przybyłem jedynie na zaproszenie od Tanyi, sam z siebie bym się tu nigdy nie pokazał. Nie mniej wcale nie żałuję, bo jest całkiem przyjaźnie.

Sorry, że się tak wbijam, ale trudno gdzieś znaleźć odpowiedni temat :)
Zdaję się, że mieliśmy małą awarię z plakatami do filmów, podczas której ja akurat weryfikowałem postery do Egzorcysty i zaakceptowałem Twój (tak podejrzewam), a którego teraz nie ma. Toteż dodaj go jeszcze raz, jesli masz chwilę :):)

Odnośnie 3 wątku: czy do zainteresowania się książką pani psycholog skłoniło cię coś wiecej niż oczywisty związek pomiedzy poruszanymi tam problemami a pewnymi aspektami życia gwiazd i funkcjonowania przemysłu filmowego? ; )

W końcu się doczekałem na zweryfikowanie czegoś mojego przez Ciebie! :-) Hip hip, hurra! ;-) Też zauważyłem, że plakat się "dodał i nie dodał", więc wrzuciłem go raz jeszcze. Dzięki!

:):):)
No to teraz już masz kolejną rzecz - tym razem nie dość, że zaakceptowaną, to i dodaną :)

Nie watpie ze piszac to, naraze sie wielu osobom, Panu K. przede wszystkim, ale czytam, czytam, czytam i.... zadziwia mnie odwaga... szanuje ja niezmiernie... klaniam sie w pas :)) ale.... napisze to po raz drugi, czemu to wszystko takie napuszone?! Pretensjonalne?! Nieswierze?! I przeintelektualizowane?! Walcze od dawna z sama soba i moja postawa, podobna do tej, ktora wlasnie krytykuje, zadko mi sie juz ona zdarza od czasu kiedy zaczelam przysluchiwac sie sobie i moim rozmowom z innymi, bardzo podobnymi do tutaj obecnych osob. No i sprobowalam wyjsc poza siebie, stanac obok i posluchac. Skutek byl porazajacy! Pretensjonalna ochyda! Pewnie dlatego robie zdjecia, zaslaniam sie obrazem zeby nie musiec nic mowic. To wygodne i odpowiada mi bardzo. Czasem jednak, tak jak teraz, wraca moja dziwna chec "pogadania sobie", ale juz chyba inaczej. Mam chec zalozyc temat na moim blogu poswiecony Klee :) co zaraz uczynie ;)

Cześć Klee.
Co się porobiło. Nie minął miesiąc, a już sprawdzono mi jedną notkę. Zastanawia mnie jedno, czy filmweb nigdy nie zasypia? Czasem zadaję sobie pytanie, co ja robię tu o trzeciej w nocy i za cholerę nie umiem sobie na to odpowiedzieć. Przed chwilą patrzyłem na zalogowanych - zostało nas 17.

Pozdrawiam, STING K.

PS. A tak właściwie, to z której części naszego pięknego miasta jesteś?

Co do mnie, to po prostu lepiej mi się funkcjonuje w nocy. No ale to faktycznie sympatyczne, że o każdej porze ktoś tu jest.

Z centralnej.

:-)

FORUM

Wszystko zaczyna się oczywiście od forum i poszczególnych blogów. Czyta się czyjeś posty, przyłącza do rozmowy, zaczyna interakcję na poziomie zwanym przeze mnie "Big Brother". Pewne osoby wydają nam się szczególnie interesujące, ich wypowiedzi - mądre, odkrywcze, głębokie. Dużo od tych osób dostajemy i tym chętniej z nimi rozmawiamy. Wymiana myśli ubogaca nas, przyczynia się do naszego rozwoju. Czerpiemy, ile się da, a wiadomo, że kiedy jest nam z kimś dobrze, to chcemy go poznawać coraz bardziej - naturalna kolej rzeczy. Jednak bliższa znajomość, jakaś zażyłość (w jakimkolwiek stopniu) nie jest możliwa na poziomie "reality show", na poziomie nicków, avatarów. Skoro więc forum stanowi tamę, pora przejść do etapu drugiego.

E-MAILE

Zaczynamy do siebie pisać. Ten rodzaj intymności, to zejście z oczu publiki pozwala na bycie bardziej otwartym, a tym samym na autentyczne poznawanie się i budowanie zupełnie już zwyczajnej znajomości. Jest konkretna sytuacja, konkretna para ludzi, konkretna rozmowa. Opornie to idzie, bo odwykliśmy - my, współcześni - od pisania listów, a poza tym nieszczególnie znajdujemy na to czas. Nic to jednak nie szkodzi, wszak mamy erę...

GADU-GADU

Jakże trudno było mi się przełamać, z jakimiż oporami i niechęcią zaczynałem korzystać z tego komunikatora. Pomyślałem jednak, że jeśli ma to być jedyny sposób na poznanie wielu interesujących ludzi, to muszę się przemóc. Teraz to się na mnie niejako zemściło, ale po kolei. Mówi się przez to GG różnie, czasem uważnie, czasem mniej, a to na serio, a to niepoważnie, chwilami dla zabicia czasu, kiedy indziej z entuzjazmem i zaangażowaniem. O ograniczeniach tego medium pisał nie będę, bo tyleż ich samo co i możliwości, choć waga tych pierwszych jest dla mnie większa.

Poznaje się człowieka coraz bardziej, coraz bardziej jest się nim zafascynowanym. Zaczyna się wymiana zdjęć, bo jest się ciekaw już nie projekcji kogoś kryjącej się za avatarem, tylko konkretnego człowieka, który tę kreacje stworzył. Z niektórymi zaczyna się przebąkiwanie o spotkaniu, z jednoczesną obawą, by ono wszystkiego nie zepsuło.

EKSPERYMENT – ILUZJA – SŁABOŚĆ

I nagle: pach! Coś zaczyna skrzypieć, coś walnie i nim się obejrzysz, gmach leży w gruzach. Zostaje pusta przestrzeń. Bo to, co z daleka wydawało się zwyczajną konstrukcją, było li tylko kartonową dekoracją z jakiegoś planu filmowego. Okazuje się, że to była dla kogoś igraszka, rodzaj rozrywki, a nie autentyczna relacja z drugim człowiekiem. Siedziało się przy komputerze, to się gadało - tzw. zabijanie czasu. A ja naiwny jestem i głupi. Może po prostu wolny od podejrzliwości. W każdym razie nie należę do pokolenia (czy też środowiska) ludzi, dla których główną rozrywką, ba, funkcją życiową są gry wideo czy pieprzenie całymi dniami głupot na różnego rodzaju czatach. Komputer nie jest dla mnie dobrem sam w sobie. Spędzam przed nim codziennie wiele godzin, bo jest moim narzędziem pracy, źródłem rozrywki i informacji, medium umożliwiającym mi kontakt z innymi. Dla mnie kontakt z drugim człowiekiem to kontakt z nim - bez względu na to, w jaki sposób by się nie odbywał -, nie zaś sposób na nudę, rodzaj czkawki, ekwiwalent porannej gazety czy właśnie gry wideo. Nawiązuję go nie dlatego, że mam komputer, tylko po to m.in. mam komputer, by móc go nawiązać. Nie rozmawiam z kimś przez GG dlatego, że istnieje takie medium i korzystam z niego z miłości do techniki, tylko włączam ten komunikator dlatego, że chcę się z kimś spotkać. I tu właśnie chyba jest konflikt, tu tkwi zarzewie nieporozumienia. W związku z tym bowiem, że inne są powody nawiązywania tych znajomości przeze mnie i przez napotkanych ludzi, to inne musi być także ich traktowanie.

Okazało się, że deklaracje i obietnice składane znajomym internetowym mają inną wagę niż te dawane osobom w świecie rzeczywistym. Lekko traktuje się znajomość, to i słowa rzuca się na wiatr. Dziwi niepomiernie czyjeś zaniepokojenie faktem, że ktoś nie przyszedł na umówione spotkanie i w ogóle słuch wszelki po nim zaginął. Kto by się tym przejmował, kto by się martwił? Dziwi to tak bardzo, bo przecież to tylko "znajomość internetowa". Ktoś pisze o pokrewieństwie dusz z kimś innym, o wspólnocie duchowej, a za kilka dni mówi o tym kimś "obcy". I to już z kolei dziwić nie ma prawa, wszak to tylko "znajomość internetowa". Słowa można dewaluować w dowolny sposób. Wszystko powierzchownie, wszystko z lekka, wszystko dla zabicia czasu. A ja zabijać czasu absolutnie nie chcę. Mało tego, szkoda mi go na utrzymywanie tak powierzchownych kontaktów. Jeśli różnię się z kimś w sprawach tak fundamentalnych, to chyba nie warto.

Nie czuję się oszukany. Kiedy się tu pojawiłem i zacząłem odkrywać ten świat, przyjąłem założenie, że muszę to traktować z lekka jako pewien eksperyment. Wiedziałem, że warto być czujnym i znajdować czas na autorefleksję. Jestem może więc tylko trochę zawiedzony i rozczarowany. Strata człowieka to zawsze starta niepowetowana, dla mnie - bolesna.

Nie wiem, czy można rozpoznać czyjeś intencje, czyjąś motywację przez GG. Nie wiem, czy w ogóle zdarzają się osoby traktujące swoich internetowych interlokutorów osobowo właśnie. Może tak, może to nie kwestia medium, tylko w ogóle marnej kondycji i specyficznego charakteru wszelkich współczesnych relacji międzyludzkich. Ja w nich zawsze pozostaję tym słabszym.

Pamiętacie scenę z "Ofiarowania", w której żona głównego bohatera mówi, że w związku dwojga ludzi jedna ze stron jest zawsze słabsza? Słabszy jest ten, kto bardziej kocha, jak stwierdza bohaterka, dlatego właśnie, że bardziej kocha. Ja bym to przeniósł na wszelkie relacje i związki międzyludzkie, bez względu na ich charakter, stopień zażyłości etc. Ktoś zawsze jest bardziej zaangażowany, częściej myśli o relacji, poświęca jej więcej uwagi czasu, emocji. Nie znaczy to, że fantazjuje, wyolbrzymia, że ma np. za przyjaźń ledwie zalążki koleżeństwa. Nie, może pozostawać obiektywny, może mieć adekwatny osąd charakteru relacji, stopnia zażyłości itd., ale przy tym może być bardziej zaangażowany i mieć inne wyobrażenie tego, czym jest kontakt międzyludzki.

MORAŁ (dla takich stetryczałych dziadków jak ja)

Przybierze on formę pytania, wątpliwości, bo nikogo nie chcę pouczać. Chcę właśnie pytać i słuchać. Zresztą chciałbym się mylić w tym, co mi ostatnio przychodzi do głowy, a co tu prezentuję, więc wolę żadnych diagnoz nie stawiać. Na czym polegał mój błąd? Na przeświadczeniu wyrażonym w poście inicjującym wątek, że te internetowe znajomości w niczym nie są gorsze, niczym się nie różnią, poza specyficzną bo niebezpośrednią formą kontaktu, od znajomości zawieranych w sposób tradycyjny. I wypada mi podtrzymać to twierdzenie, ale i poczynić tu pewne zastrzeżenie. One same jako takie rzeczywiście w niczym nie ustępują tradycyjnym, a przynajmniej ja nie dostrzegam jakichś zasadniczych różnic, które można by wartościować negatywnie, takich, które przesądzałyby o ich mniejszej wadze, mniejszej wartości. Różnica jednak jest. Istnieje ona i polega na tym, że inaczej postrzegają owe znajomości sami ich uczestnicy. Mają je za gorsze z założenia i dlatego gorszymi czynią. W nich samych, w ich istocie nic takiego nie ma. Sprawcza moc słowa jest wielka. Jeśli ktoś powie, że murzyni śmierdzą, to ma szansę naprawdę poczuć nieprzyjemną woń w ich towarzystwie. Czy warto więc brać udział w czymś, co choć samo w sobie jest dobre, zostaje zdeprecjonowane przez pozostałych uczestników, a tym samym nigdy nie będzie się miało okazji w tym rozsmakować?

EPILOG

Byłem kiedyś świadkiem sytuacji, w której mój znajomy umawiał się ze studentami na odrabianie zajęć. Jeden z nich zaproponował żartobliwie, aby odbyło się to przez GG. Podtekst tej uwagi był oczywiście taki, aby owo odpracowywanie nie odbyło się wcale. I to świetnie oddaje moim zdaniem charakter tych gadu-gadowych interakcji: miałkość, powierzchowność, wszystko na niby, takie prawie nic. Tego rodzaju gadu-gadulcem ja być nie chcę, dziękuje, z klubu się wypisuję.

Na propozycję studenta znajomy odpowiedział kurtuazyjnie, że to pewnie wstyd, ale musiałby się nauczyć dopiero obsługiwać ten program. Student odparł: "No rzeczywiście, wstyd." Wstyd? Wstyd? - pytam się. Wstyd to chyba być takim gadu-gadulcem. Bo mnie jest obecnie średnio dobrze z tym, że gadu-gaduję zamiast gadać (zwyczajnie), rozmawiać, dywagować, korespondować (choć to wszystko oczywiście też robię i na szczęście znacznie bardziej intensywnie i z większą częstotliwością).

_______________________

Zbieżność osób i sytuacji jest przypadkowa. Opisany tu stan rzeczy jest bowiem wypadkową różnych pojedynczych zdarzeń, ich sumą niejako. Poza tym wszystko zostało nieco przerysowane, aby sprowokować do ewentualnej dyskusji na ten temat. Nie wiem jednak, czy – o ile taka w ogóle nastąpi – ja sam wezmę w niej udział. Trudno byłoby mi chyba rozmawiać na ten temat (w sposób czysto teoretyczny, dodajmy) z osobami, którym powyższe refleksje zawdzięczam.

gdzieś wyczytałem, że jesteś polonistą. Mam nadzieje, że to prawda bo zwracam się do Ciebie z niezwykle niedyskretnym pytaniem. CO TO SĄ ŚROSKI JĘDZYKOWE I CZY MOŻESZ PODAĆ PRZYKŁAD PARU Z NICH?

Pozostaje dla mnie niejasne, dlaczego wykrzykujesz to pytanie i dlaczego określasz je jako niedsykretne, ale mniejsza o to.

Środkiem językowym może być niemal wszystko, co się na język składa. Wszelkie zachowania językowe mogą czemuś służyć, a tym samym mogą stanowić jakiś środek: określone formy gramatyczne, styl, posługiwanie się określoną odmianą środowiskową języka, czy w końcu pojedyczne wyrazy. Również jakiś mechanizm językowy może być określony mianem środka, np. manipulacja językowa. Na nią samą zresztą składają się również jakieś środki językowe (to one ją budują). ;-) Inny przykład to określony rodzaj słownictwa, choćby wulgaryzymy, które są językowym środkiem (jednym z wielu) wyrażania emocji.

Obserwuje się też tendencję, do pozszerzonia zakresu tego pojęcia i nazywania środkami językowymi wszelkich zachowań językowych po prostu, bez względu na to, czy służą jakiemuś celowi, czy też nie.

Warto się tu zastanowić, czym jest środek jako taki. No powiedziałoby się pewnie, że to jakieś narzędzie, metoda pozwalająca nam osiągnąć zamierzony cel. Środki mogą być różne: językowe, zaradcze, wyrazu etc. Nawet w tym wątku, w moim poście z 31 lipca 2004 r., z godz. 15:31 pojawia się wyrażenie "środki zaradcze". Środki zaradcze czyli sposoby rozwiązania jakiegoś problemu, poradzenia sobie z nim.

Jeśli coś pozostaje niejasne, proszę o pytania uszczegółowiające. :-)

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

dodaj komentarz