Maciej_Karwowski

CINEMAciej Karwowski

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

#13 - "Wojna światów" H.G. Wellsa i jej adaptacje
| 0 komentarzy |
Herbert George Wells urodził się w Bromley, w dość biednej rodzinie. Jego młodość to nieustawiczne zmiany zawodów oraz szkół. Studiował m.in. w Londynie; biologię, fizykę i geologię. Z braku środków finansowych pisywał różnego rodzaju materiały dziennikarskie, jak i nowele oraz powieści. W swoich literackich tekstach, których sumarycznie zostawił po sobie 63, zajmował się głównie fantastyką naukową (poruszał również, głównie w późnej twórczości, tematy z zakresu biologii czy historii), której zresztą, obok takich postaci jak Mary Shelley czy Juliusz Verne, jest pionierem. Wells to wielki wizjoner, bowiem jego pomysłowość i koncepcyjność, jeśli weźmie się pod uwagę czasy jego życia, są nieprawdopodobne. Dodatkowo skrupulatność i logika opisów, jakimi się posługiwał sprawiają wrażenie, jakoby stworzona przez niego fikcja miała kiedyś miejsce naprawdę. Oto jak pisał o Wellsie Piotr Gociek w jednym z numerów pisma „Wprost”:

Wellsowskie prace historyczne dziś nudzą, a rozważania polityczne irytują. Ocalał za to Wells wizjoner, który wymyślił antygrawitację, światy równoległe, ludożercze rośliny i telewizję międzyplanetarną.

Najważniejszymi, a zarazem najbardziej znanymi powieściami Wellsa są książki takie jak „Wehikuł czasu” (1895, debiut autora), „Wyspa doktora Moreau” (1896), „Niewidzialny człowiek” (1897), „Pierwsi ludzie na Księżycu” (1901) oraz bodaj najważniejsza- „Wojna światów” z 1898 roku. Na podstawie każdej książki powstało po kilka adaptacji filmowych o różnej jakości i podobieństwie do pierwowzoru. W tej pracy chciałbym pochylić się nad ostatnią z wymienionych książek, a zwłaszcza nad jej adaptacjami.

„Wojna światów” powstała dzięki zainteresowaniu autora domniemanym odkryciem kanałów na Marsie, których dokonał Giovanni Schiaparelli w 1894 roku. Wydarzenie to wzbudziło dużą ciekawość społeczeństwa i było materiałem licznych spekulacji. Wells, pchnięty tym impulsem, napisał dość krótką powieść o najeździe Marsjan na Ziemię, którzy według jego wizji mieli by być na wyższym szczeblu ewolucji niż rasa ludzka. Autor skoncentrował się na przeżyciach bezimiennego głównego bohatera, będącego jednocześnie narratorem, który trafił w środek bezlitosnego i niszczycielskiego ataku przybyszów z innej planety. Wells w bardzo wiarygodny i precyzyjny sposób opisał kosmitów, ich machiny jak i samą akcję, która jest tu wyjątkowo wartka. Ludzie, jak to łatwo przewidzieć, popadli w popłoch i zbiorową panikę; ówczesna broń była bezużyteczna w tej sytuacji, Ziemianie byli całkowicie bezsilni. Jednak finalnie Marsjanie (uwaga, spojler) giną nie od jakiegoś genialnego wynalazku wymyślonego naprędce czy w wyniku walki z superbohaterem, jak to by zapewne wyglądało u współczesnych twórców. Marsjanie umierają w sposób naturalny, bowiem zostali oni zaatakowani przez ziemskie bakterie, które na Marsie na drodze ewolucji już dawno zanikły.

Książka ta jest niesamowicie wciągająca, napisana łatwym, acz inteligentnym językiem, z typowym dla Wellsa naukowym podejściem do omawianej sprawy,  a akcja jest wyjątkowo dynamiczna (co u tego autora jest dość nietypowe. Zwykle skupia się on na rozważaniach filozoficznych, dla których bieg wydarzeń zdaje się być jedynie tłem). Jak stwierdza w swojej pracy na temat „Wojny światów” Paweł Brudek- nikt przed Wellsem tak dobrze nie oddał w tak sugestywny sposób odczuć samotnego człowieka. Warto też zauważyć, że w tej właśnie książce po raz pierwszy w historii literatury pojawiło się zjawisko wojny totalnej, wojny której uczestnikiem był każdy człowiek.  Jednak nie tylko to wizjonerstwo, pionierstwo gatunku science-fiction sprawiło, że to arcydzieło jest wciąż wzmiankowane i tak ważne dla historii. Miały na to bardzo duży wpływ jego adaptacje.

Pierwszą znaną adaptacją „Wojny światów” jest słuchowisko radiowe z 1938 roku w reżyserii Orsona Wellesa, czyli późniejszego reżysera równie legendarnego "Obywatela Kane'a". Była to jedna z całego cyklu audycji będących radiowymi adaptacjami utworów literackich (m.in. Oliver Twist, Hrabia Monte Christo czy Dracula).  Treść książki była przedstawiona w formie serwisu informacyjnego, mającego imitować prawdziwą transmisję z inwazji obcych. Wielu słuchaczy w nią uwierzyło i popadło w popłoch, wywołując tym ogólnokrajową panikę. Odnotowano nawet kilka przypadków samobójstw. Na stację CNS, emitującą słuchowisko, nałożono bardzo wysokie kary, które jednak nie przysłoniły ogromnego sukcesu widowiska.

Na kolejną adaptację, tym razem filmową, przyszło nam czekać aż do 1953 roku. Mimo, że wytwórnia Paramount prawa do ekranizacji wykupiła już w 1925, jednak wiele powodów, m.in. kilka wersji scenariusza, sprawiło, że projekt odłożono. W 1951 roku George Pal zebrał w końcu ekipę filmową, reżyserię powierzając Byronowi Haskinowi (pierwotnie jako reżysera chciano obsadzić wówczas jeszcze mało znanego Alfreda Hitchcocka). Za scenariusz odpowiadał Barré Lyndon, który w latach 1962-65 pisał scenariusze dla serialu „Spotkanie z Alfredem Hitchcockiem”. „Wojna światów” otrzymała dwie nominacje i jedną statuetkę Oskara, za efekty specjalne. Fabuła poza głównym wątkiem ataku Marsjan została praktycznie całkowicie zmieniona. Akcja została przeniesiona do Ameryki czasów współczesnych. Główny bohater, grany przez Gene’a Barry’ego jest tu naukowcem, który w typowo amerykański sposób wie więcej niż ktokolwiek inny, nakazując wszystkim naokoło postępowanie według jego instrukcji. Co chwilę raczy widza swoimi pseudointelektualnymi wywodami przesiąkniętymi pretensją i sztucznością. Bohaterowi towarzyszy z trudnych do ustalenia przyczyn córka miejscowego pastora, Sylvia, grana przez Ann Robinson, która starała się najwyraźniej maksymalnie zirytować widza swoimi nieustawicznymi krzykami. Adrian Szczypiński, w swojej recenzji tegoż filmu słusznie zwrócił uwagę, iż została do niego na siłę dopisana kwestia religijna- pastor Collins uważa lepiej technologicznie Marsjan za bliższych Bogu, a gdy do bohaterów dochodzi wieść o prognozowanej zagładzie świata (Ameryki?) za sześć dni, Sylvia przywołuje skojarzenia z 6 dniami, przez które bóg świat miał stworzyć. Najbardziej rażącą w oczy jest jedna z ostatnich scen, kiedy to bohaterowie ukrywają w kościele. Tutaj stają się całkowicie nietykalni, by już za chwilę się przekonać, że ich modlitwy zostały wysłuchane, bowiem Marsjanie padają trupem u ich stóp. Taka koncepcja całkowicie odbiega od wizji pisarza, który w religii odnajdował wielkie rozczarowania w sytuacjach kryzysowych.

Film nie przetrwał destruktywnej próby czasu. Można by skrytykować w nim praktycznie wszystko- od gry aktorskiej po reżyserię. Efekty specjalne dziś kłują w oczy, a scenografia woła o pomstę do nieba. Haskin posunął się do czegoś niedopuszczalnego- argumentując to brakiem innych możliwości rozwiązania problemu, zastąpił ogromne, trójnogie maszyny bojowe Marsjan na latające obiekty, przypominające plastikowe rogaliki z antenką. Fakt ten całkowicie przekreśla film, zwłaszcza jako ekranizację książki Wellsa.

Kolejną adaptację stanowi muzyczna wersja powieści, skomponowana przez Jeffa Wayna, dotychczasowego twórcę jingli reklamowych, na 40 rocznicę pamiętnej audycji radiowej. Napisane przez niego utwory i piosenki zostały uzupełnione fragmentami tekstu „Wojny…” czytanymi przez Richarda Burtona, walijskiego aktora znanego przede wszystkim z ról w filmach takich jak „Kleopatra” (1963), „Kto się boi Virginii Woolf?” (1966) czy „Poskromienie złośnicy” (1967). Wokalnie w wydawnictwie udzielili się angielscy muzycy, m.in. David Essex, Phil Lynott, Justin Hayward, Chris Thompson czy Julie Covington.

Dwupłytowy album okazał się gigantycznym przebojem i wielkim wydarzeniem lat 70., a jak dla mnie, jest to najwspanialsza rzecz, jaką można stworzyć w dziedzinie muzyki. Od 2006 roku trwają widowiskowe trasy koncertowe, z czego w 2013 jeden z koncertów odbędzie się również w Polsce, a dokładniej w Gdańsku. Na podstawie tej muzycznej wersji powstały trzy gry, kolejno w 1984, 1998 i 2011, każda na inną platformę.

W latach 1988-90 transmitowany był przez stację Syndicated serial, który był ponoć sequelem filmu Haskina, przez co z powieścią Wellsa łączył go już tylko tytuł.

Na kolejną adaptację przyszło nam czekać aż do 2005 roku. Miały wówczas premierę aż 3 filmy. Jako pierwsza premierę miała wersja stworzona przez Timothy’ego Hinesa w Pendragon studio. Sam pomysł na film powstał w głowie reżysera już w 2000 roku, jednak z niewiadomych mi powodów produkcja ruszyła dopiero we wrześniu 2001. Scenariusz napisał sam Hines z pomocą Susan Goforth, z którą współpracował już przy swoim poprzednim dziele. Mimo, iż premiera filmu zapowiadana była kolejno na 2002 i 2003 rok, zdjęcia ukończono dopiero w 2004, a prace nad efektami specjalnymi sprawiły, że film swoją premierę miał, jak już wspomniałem, w 2005 roku. Produkcja pochłonęła 25 milionów dolarów, co jak na standardy amerykańskie jest niskim budżetem. Jakichkolwiek informacji o nim ciężko się doszukać, bowiem film był dystrybuowany jedynie na rynku dvd i jest dziś praktycznie nie do zdobycia. Jednak można „w ciemno” powiedzieć, że jako adaptacja książki Wellsa jest niewątpliwie najwierniejszy, gdyż akcja rozgrywa się w czasach elżbietańskiej Anglii.

Za kolejną ekranizację odpowiada Steven Spielberg, której premiera światowa miała miejsce 13 czerwca. Jest to najpotężniejsza z adaptacji; pochłonęła ona budżet 132 milionów dolarów, dzięki czemu znajdowała się przez pewien czas na liście najdroższych produkcji wszech czasów. Sama obecność Spielberga na stanowisku reżysera, a Davida Koeppa jako scenarzysty wieściła sukces komercyjny. Tego pierwszego doskonale znamy dzięki „Szczękom”, „Kolorowi purpury”, „Parkowi jurajskiemu”, „Liście Schindlera” czy „Szeregowcowi Ryanowi”, natomiast Koeppa ze scenariuszy „Parku jurajskiego”, „Życia Carlita”, „Mission Impossible”, pierwszego „Spider-mana”, „Azylu” czy „Sekretnego okna” (które zresztą sam wyreżyserował). Należy również wspomnieć, iż ścieżką dźwiękową w filmie zajął się John Williams, autor muzyki m.in. z „Gwiezdnych wojen” i „Harry’ego Pottera”, a zdjęcia wykonał nasz rodak, Janusz Kamiński, nieraz już współpracujący ze Spielbergiem. Postarano się, by ta superprodukcja mogła się pochwalić również gwiazdorską obsadą. W roli głównej obsadzono Toma Cruisa („Urodzony 4. Lipca”, „Wywiad z wampirem”, „Vanilla sky”), a towarzyszyli mu m.in. Dakota Fanning („Sam”) i Tim Robbins („Skazani na Shawshank”). Dodatkowym smaczkiem filmu jest fakt, że do epizodycznej roli zaangażowano odtwórców głównych postaci w wersji z 1953 roku. Doczekał się trzech nominacji do Oskara- za najlepsze efekty specjalne, za najlepszy dźwięk oraz za najlepszy montaż dźwięku. Wśród wielu innych ważnych nominacji trafiła się również jedna niechlubna- nominacja do Złotej Maliny dla Toma Cruise’a. Film odniósł wielki sukces komercyjny, w samych Stanach zarobił ponad 234 miliony dolarów. Jednak jeśli spojrzeć na niego jako na adaptację sprawa wygląda już gorzej. Akcja oczywiście dzieje się we współczesnej Ameryce. Postaci w niczym nie przypominają swoich pierwowzorów, może poza kreacją Tima Robbinsa, która miała scalić w sobie książkowego kleryka i artylerzystę. O wiele łatwiej odnaleźć tu powiązania z filmem Haskina niźli z książką Wellsa. Nie jest to jednak typowe kino amerykańskie, po pierwsze postać Toma Cruise’a nie jest wielkim bohaterem, który dzięki swoim heroicznym czynom ratuje cały świat. Stara się on jedynie zadbać o swoje bezpieczeństwo, jak i swoich bliskich. Pod tym względem jest to zbliżony obraz do tego, który przestawił Wells. Po drugie film nie składa się z przedstawień bitew i starć ludzi z kosmitami- akcję obserwujemy z perspektywy głównego bohatera, wszelkie wielkie wydarzenia dzieją się w tle. Moim zdaniem wyszło to filmowi na duży plus, gdyż dzięki takiemu zabiegowi odbiegł od banałów, jakimi posługują się produkcje USA. Największym atutem filmu jest sposób, w jaki graficy komputerowi wykonali olbrzymie trójnogi Marsjan- są one potężne, śmiercionośne, a dźwięki które wydają sprawiają, że film ogląda się w wielkim, przyjemnym napięciu.

Ostatnia adaptacja, którą szerzej omówię to filmowa wersja Michaela Latta. Latt to twórca (producent, scenarzysta, montażysta, w małym stopniu także reżyser) na stałe współpracujący z wytwórnią Asylum, która zajmuje się głównie, jeśli nie jedynie, kręceniem niskobudżetowych wersji amerykańskich hitów (filmy takie zwane są mockbusterami). Są one dystrybuowane tylko i wyłącznie na rynek dvd i to wówczas, gdy jego hollywoodzki odpowiednik ma akurat  swoją kinową premierę. Tak więc „Wojna światów” Latta, nakręcona za jedynie milion dolarów, trafiła na półki wypożyczalni 28 czerwca 2005 roku. W zasadzie nie ma czego w nim oceniać- jest to jedna z wielu robionych taśmowo produkcji, w których scenariusz prawdopodobnie spisany został na serwetce w przydrożnym barze, reżyseria jest dziełem przypadku, a aktorstwo bardzo często zapomina o swoim istnieniu. Choć akurat w tym filmie główną rolę powierzono Thomasowi Howellowi, który złym aktorem nie jest, a można go było zobaczyć nie tylko w tych niskobudżetowych surogatach superprodukcji („E.T.”, „Autostopowicz”). Należy również nadmienić słówko o efektach specjalnych, gdyż one również są ciężkostrawne. Robią wrażenie stworzonych na domowym komputerze (hmm… podobne skojarzenie, jak podczas oglądania „Strefy X”) o czym starają się nam przypomnieć na każdym kroku. Nie ma w tym filmie w zasadzie dobrych stron- scenariusz jest podziurawiony jak durszlak, większość dialogów nie wnosi nic do fabuły, a samej fabuły też jest niewiele, choć twórcom trzeba przyznać, że widać tu cień chęci oddania choć krzty z oryginału. Pojawiają się, w lekko zmienionej formie, postaci z pierwowzoru i starają się, choć w dość mętny sposób, przekazać przypisane dla siebie treści. Jednak mimo to film jest wydmuszką- choćby zagrała w nim plejada genialnych aktorów a efekty specjalne byłyby na wysokim poziomie, to i tak byłby nudny i bezwartościowy.

W kolejnych latach dorobek adaptacyjny „Wojny światów” wzbogacił się o sequel powyżej omawianego filmu Latta (tym razem wyreżyserowanego przez samego Howella). Timothy Hines pokusił się również do ponownego sięgnięcia po ten temat- w 2011 wyreżyserował film „War of worlds- true story”, będący mockdokumentem. Od kilku lat można również napotkać się z materiałami z projektu „War of worlds: Goliath”, czyli wersji animowanej która ma opowiadać o wydarzeniach które miały miejsce po tych z książki- Ziemianie korzystając z wraków pojazdów obcych asymilują ich technologię i przygotowują się do ponownego starcia, które ma nastąpić już niebawem- czyli to samo, czego już doświadczyliśmy w „Wojnie światów 2” Howella. W 2011 została wydana platformowa gra na komputery stacjonarne.

Jak widać adaptacji „Wojny światów” jest naprawdę wiele, a każda z nich jest zupełnie inna. W doskonały sposób pokazuje to jak ważnym dziełem jest ta wspaniała książka wybitnego pisarza, Herberta George’a Wellsa. No nic, trzeba wreszcie zarezerwować bilet na gdańskie widowisko.
Udostępnij

komentarze

brak komentarzy

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

dodaj komentarz
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię