Maciej_Karwowski

CINEMAciej Karwowski

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

#16 - Bejbi blues
| 0 komentarzy |
Bardzo lubię filmy o młodzieży. Polskie kino jednak nie podziela mego zdania i po tę tematykę sięga bardzo rzadko i niechętnie. Z pomocą przyszła w 2009 roku Katarzyna Rosłaniec z filmem „Galerianki”. Teraz nadeszła pora na kolejny, również opisujący młodych ludzi, pt. „Bejbi blues”.

Ulotka promująca film odwołuje się do „Sali samobójców” Komasy oraz „Jesteś bogiem” Dawida. Pierwszy film uważam za dobrze zrobioną bzdurę, natomiast drugi za przeciętny z kilkoma dobrymi scenami. Z Rosłaniec było lepiej- jej „Galerianki” bardzo mi się podobały, dlatego z niecierpliwością oczekiwałem kolejnego projektu tej reżyserki. Z każdą kolejną informacją na temat „Bejbi blues” rósł mój apetyt i oczekiwania. Kilka dni po krajowej premierze wybrałem się do kina.

Przez chwilę myślałem, że recenzję tę zamieszczę w dziale ku temu przeznaczonym na profilu filmu na tym portalu. Jednak finalnie tekst ląduje, jak wszystkie poprzednie, tu, a to ze względu na moją nieodpartą chęć opisania otoczki jaka towarzyszyła seansowi w kaliskim Centrum Kultury i Sztuki.

Wszystko zaczęło się niepozornie- kupiliśmy bilety u miłej pani w kasie. Co prawda nie zapytała nas o preferowane miejsca, ale tłumów wśród widzów nie dostrzegłem, więc nie robiłem problemu, zwłaszcza że szybko zastał nas inny- szatnia. Obowiązkowa i płatna złotówkę. Do kina wybrałem się z partnerką, stąd standardowy pomysł, by oba okrycia powiesić na jednym wieszaku. I cóż się okazuje- złotówka opłaty tyczy się okrycia, a nie wykorzystanego wieszaka. Jakże urzekł mnie komentarz szatniarki „proszę nie mylić pojęć”. Moje pytanie- jakich pojęć? Jakiej dezinformacji mogłem ulec po lekturze tabliczki z napisem „SZATNIA PŁATNA ZŁOTÓWKĘ”? Ciekawe czy ktoś przyszedł kiedyś z chęcią kupienia całej szatni za złotówkę. Hmm… Zapłaciliśmy dwa złote, a kurtki zostały odwieszone na jeden wieszak. Wedle życzenia.

Kolejne kilka minut minęło bez komplikacji. Film się rozpoczął. Pierwsza rzecz, która perfidnie rzuciła mi się w oczy- sala CKiSu ma przeznaczenie kinowe, jak i teatralne, dlatego w pomieszczeniu w przeróżnych miejscach popowieszane są reflektory. Pech chciał, że rząd takowych znajdujący się najbliżej ekranu akurat dziś zgrał się z trefnym ustawieniem projektora, co zaowocowało kilkoma centymetrami cieni u góry ekranu. O, nawet jeden z kabli się załapał. Kino zadbało, żebym jeszcze przed seansem mógł się zdenerwować. Brawo.

Po wyświetleniu parunastu tablic z instytucjami współtworzącymi film, dostajemy na dobry (?) początek koślawe półzbliżenie i zastajemy bohaterów w trakcie rozmowy. Tworzy to u widza pewnego rodzaju zagubienie i zaskoczenie. Fajnie. Tyle, że to odczucie powinno zostać z czasem rozwiane; film powinien w którymś momencie nam się wyjaśnić. Nie robi tego. Co gorsza, ciągle dokłada kolejne sytuacje, w których brakuje kilku słów, które by określiły po co dana scena właściwie ma miejsce. „Bejbi blues” to w zasadzie kolaż zdarzeń z życia kogoś tam. Dlaczego piszę „kogoś tam”? Bo nie wiem kim są bohaterowie. To, co jest jasne i zrozumiałe, jest banalne i nieciekawe. Mamy tu typową dziewczynę (Magdalena Berus), która miota się w swojej młodzieńczej nieokreśloności, i chłopaka (Michał Trzeciakowski) który jeździ na desce i zbija żółwie z kolegami, popalając co drugą scenę trawkę. Tyle wiadomo. Ale na przykład co bohaterowie myślą, co czują, co nimi kieruje? Nie wiadomo, bowiem w każdej scenie wygląda to inaczej, sytuacja skacze jak na trampolinie, doprowadzając widza do odruchów wymiotnych. Bardzo pomocny w tym jest autor zdjęć, Jens Ramborg. Praktycznie w każdej scenie otrzymujemy przesadnie „gibiące” się ujęcia „z ręki” i kadry nie przekazujące sobą niczego. Do tego brawurowy montaż, który stanowi naprawdę sporą zachętę do opuszczenia kina, dopełnia dzieła zniszczenia. Bo nie dość, że wydarzenia w sposób nieokrzesany przeskakują z jednego na drugie, to jeszcze poprzedzielane są czarnymi planszami, które tworzą wrażenie filmu niedopracowanego i niedokończonego. Ale żeby tak działo się jedynie między scenami! Kilkakrotnie zabieg ten został całkowicie niezasadnie zastosowany w środku danych sytuacji, całkowicie rozbijając ciągłość i sens filmu! Gdybając nad tymi czarnymi planszami, od razu na myśl przyszły mi „33 sceny z życia” Szumowskiej. Sprawdzam w obsadzie „Bejbi blues” montaż. Jacek Drosio. A w jego filmografii oczywiście „33 sceny z życia”. A Małgorzata Szumowska była opiekunem artystycznym filmu. Aha. No to dorzućmy jeszcze fakt, że mąż Szumowskiej gra tutaj postać drugoplanową („ Zerżnę Cię tak, że pójdziesz poskarżyć się mamusi”) i już mogę mieć tylko do siebie pretensje, że dałem się tak wrobić.

Film jest potężnie przejaskrawiony. I nie chodzi mi tu już o hipsterskie kostiumy czy pstrokatą scenografię, ale o sam scenariusz. Wszystko jest tu tak wydumane i nieprawdopodobne, co doprowadza do sytuacji, o której pisał w swojej recenzji Jacek Socha- odczucie jakiejkolwiek dramaturgii jest praktycznie niemożliwe. Widz nie ma możliwości poczuć tego, co postaci. Zwłaszcza, że mamy tu do czynienia głównie z debiutującymi aktorami, którym absolutnie nie udało się przekonać mnie do swych ról. Jedyna osoba, której postać jest choć trochę wiarygodna, to Katarzyna Figura. Tyle, że jest jej na ekranie jakieś 5 minut.
 
Film ten nie ma ani początku, ani rozwinięcia. Jest tylko zakończenie, tyle że żałośnie idiotyczne. I na domiar złego, naprawdę trudno do niego dotrwać. Może gdyby zrobić z „Bejbi blues” etiudę filmową, wówczas scenariusz nie byłby taki rozlazły i dziurawy, a użyte zabiegi operatorskie i montażowe byłby przyjemniejsze w odbiorze. Może wtedy zamiary twórców byłby czytelniejsze. Może.
 
Gdy wycierpieliśmy swoje, czyli film dobiegł końca, tradycyjnie zjawiły się napisy. Kasia Rosłaniec najwidoczniej stwierdziła, że i tak nikt ich nie ogląda, więc nie dodała do nich żadnej muzyki. Szkoda, zwłaszcza że nowa wersja „Laleczki z saskiej porcelany” jest rewelacyjna, a w filmie pojawia się przez ułamek sekundy. Mimo niesprzyjających okoliczności, zapoznajemy się z treścią listy płac, rzecz jasna w pustej już sali. W którymś momencie podeszła do nas bileterka i nieśmiało powiedziała nam, że za drzwiami ludzie czekają już na kolejny seans, a oni i tak mają opóźnienie, więc czy nie moglibyśmy wyjść. Chciałbym umieć to jakoś skomentować.

W trakcie powrotu z kina staram się usilnie poszukać jakiejś dobrej strony tego filmu. Naprawdę się starałem. Nic nie znalazłem. Dosłownie wszystko w „Bejbi blues” boli i mierzi. Scenariusz jest dziurawy, bohaterowie są papierowi i głupi, tempo narracji nie istnieje, aktorsko jest średnio, montaż i zdjęcia wypalają oczy. Ostatni raz tak zdegustowany z kina wyszedłem po „Weekendzie” Pazury. Myślałem, że gorzej już nigdy nie będzie. A jednak. Nie mam pojęcia komu ten film może się spodobać. Wiem jednak jedno- na kolejny film Rosłaniec z pewnością nie pójdę do kina. Zwłaszcza tego w kaliskim centrum kultury.
Udostępnij

komentarze

brak komentarzy

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

dodaj komentarz
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię