ncreep

nie podano imienia i nazwiska

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

Rozmowy niedokończone ;)
| 1 zdjęcie | 7 komentarzy
Niniejszy temat był pierwotnie inny, jednak średnio pasował on do postów, które się w nim znalazły. W ramach porządków i dbania o przejrzystość postanowiłem dokonać zatem podmiany. Nowy tytuł wraz z fotką to tylko drobny żarcik z mojej strony. Nie liczcie zatem na to, że znajdziecie w poniższych postach jakiekolwiek treści głoszone przez radio, które "kocha wszystkich ludzi" ;)
Udostępnij

komentarze

Ja także bardzo lubię Kubricka, szczególnie za "Spartakusa", "Pełen magazynek" i "Lśnienie". Jeśli chodzi o ten ostatni, to według mnie jest to genialny film, ale tylko pod względem reżyserii, aktorstwa, muzyki, zdjęć...wszystkiego oprócz scenariusza. Czytałem książkę Kinga, więc u Kubricka denerwowało mnie pominięcie i zmiana wielu scen, a także zbyt szybki rozwój akcji. Chodzi mi głównie o to, że nie widzieliśmy "staczania" się Jacka. Kubrick próbuje całą winę zrzucić na duchy i hotel, ale w książce bardzo dużą rolę odgrywał pociąg Jacka do alkoholu i jego słaba wola, którą właśnie wykorzystał hotel i jego mieszkańcy. Lecz muszę pochwalić jedną zmianę, a mianowicie zastąpienie młotka do roque'a (nie wiem, co to za gra) siekierą, która robi większe wrażenie. A jeśli chodzi o samego Kubricka, to muszę powiedzieć, że lubię każdy jego film, nawet zjechane przez wielu ludzi "Oczy szeroko zamknięte". Pozdrawiam i zapraszam do siebie.

Masz rację odnośnie tych zmian wobec Kinga ale nie zgadzam się żeby one aż tak mocno obniżały jakość scenariusza. Faktycznie można odczuć poczucie braku pewnych scen wyjaśniających motywację Jacka czy też pozwalających na zrozumienie sensu kilku szczególnych ujęć. Zwłaszcza scenka z goścmi z balu przebierańców, których widzi Wendy - bez znajomości Kinga - wydaje się być zupełnie wyrwaną z kontekstu. Ale pomijając te niedociągnięcia uważam, że troszkę nie doceniasz geniuszu Kubricka w przypadku tej adaptacji. Oczywiście mam świadomość, że jako jego wielbiciel nie jestem do końca obietywny ale myślę, że to jedna z najlepszych adaptacji w historii kina. Nawet najlepszy pierwowzór literacki nie jest bowiem gwarantem sukcesu filmu i wymaga umiejętnego zaadaptowania w realia filmowe. Boleśnie przekonał się o tym choćby miniserial z 1997. Wszystko w nim jest zgodne z Kingiem - w końcu sam był scenarzystą - a mimo to film oglądany nawet w odcinkach dłuży się i robi wrażenie wypranego z emocji. I to nie tylko ze względu na słabą jego konstrukcję ale też w konsekwencji (wynikającego ze scenariusza) zbyt dużego skupienia się na rozwoju problemu alkoholowego Jacka jako głównego przyczynku do dramatycznych wydarzeń w Overlook. Kubrick zamiast tego proponuje niedopowiedzenie. Oczywiście wpływ naprzyrodzonych sił tkwiących w hotelu ciężko zakwestionować ale można się doszukiwać u Jacka symptomów schizofrenii wynikających z izolacji - nakładających się na jego poczucie życiowego niespełnienia. Alkoholizm choć nie tak czytelny też zdaje się być do uchwycenia choć przyznam, że większe rozbudowanie wątku pogłębiłoby jeszcze tę postać.
Zdecydowanie z kolei zgadzam się odnośnie tego toporu, który zastąpił młotek... nie trzeba wysilać wyobraźni by dokonać porównania - wystarczy obejrzeć w obu wersjach. Także - będący efektem ograniczeń w budżecie - przerażający labirynt z żywopłotu wprowadzony w miejsce agresywnych krzaczków-zwierzątek ;) okazał się jakże trafioną inwencją twórczą Kubricka.
Odnośnie pozostałych filmów Kubricka to w tym momencie zwrócę tylko uwagę na pewien na pozór mało istotny aspekt, który mnie w nich fascynuje a mianowicie genialne operowanie architekturą wnętrz. Oczywiście doskonała scenaografia z jednej strony ale przede wszystkim wspaniale poprowadzone ujęcia. Potwornie zapadają w pamięć... a już sekwencja z Dannym na rowerku to dla mnie absolutny majstersztyk.

Nie twierdzę, że zmiany obniżają mocno jakość scenariusza, ale sprawiają, że nie jest on tak genialny jak reszta filmu. Bo pod względem reżyserii i aktorstwa - o czym już pisałem wcześniej - ten film jest genialny. Wielkie arcydzieło światowego kina i jeden z najlepszych horrorów, jakie powstały. Ale jednak scenariusz mógł być lepszy. Przedłużenie akcji o jakieś 30 minut sprawiłoby, że ten film stałby się w pełni genialny. Zgadzam się odnośnie labiryntu, ale moim zdaniem "zwierzątka" dałoby się upchnąć w filmie i byłby to świetny efekt. Nie trzeba było specjalistów od efektów specjalnych, żeby to osiągnąć. Wystarczyłoby filmować "zwierzątka" w róźnych pozycjach i odległościach, nie pokazując ich ruchu. To na pewno dałoby się zrobić, szkoda, że Kubrick o tym nie pomyślał.

Ja także uwielbiam dobre ujęcia w filmach i muszę przyznać, że w tym aspekcie filmowej techniki Kubrick jest mistrzem. Świetnie też prowadzi narracje; pod tym względem jest u mnie na drugim miejscu (po Brianie De Palmie). Jeśli chodzi o De Palmę, to uważam, że to on dokonał najlepszej ekranizacji prozy Kinga. Wprost uwielbiam "Carrie". "Lśnienie" to druga najlepsza ekranizacja (trzecia to "Zielona mila" i - na tym samym miejscu - "Skazani na Shawshank").

W filmach Kubricka uwielbiam też idealne dopasowanie muzyki do ujęć. Najlepszym tego przykładem jest "2001: Odyseja kosmiczna". Piękne - i długie - ujęcia, wypełnione muzyką, która wydaje się stworzona właśnie dla nich.

Ostatnio zastanawiałem się nad moimi ulubionymi reżyserami i muszę stwierdzić, że Kubrick awansował:

1)Quentin Tarantino
2)Brian De Palma
3)David Lynch
4)Sergio Leone
5)Krzysztof Kieślowski
6)Stanley Kubrick

Mam wielu ulubionych reżyserów, więc szóste miejsce jest bardzo zaszczytne. Może kiedyś nawet awansuje. Chciałbym obejrzeć "Killing", film, który może właśnie awansowałby go, ale nie mogę nigdzie go dostać. Widziałeś go?

Na razie i pozdrawiam.

Ciężko mi sobie wyobrazić dodatkowe 30 minut wplecione do tak misternej konstrukcji ale zgodzę się, że gdyby to się udało to z ogromnym pożytkiem dla filmu. Co do aktorstwa to napewno absolutnie genialny Nicholson - mało kto potrafi zagrać tak naturalnie "szaleństwo" bez uciekania się w nadekspresję gestów i mimiki. Nawet zastanawiałem się wielokrotnie kogo innego mógłby obsadzić Kubrick w tej roli i nikt z ówczesnej "pierwszej ligi" nie przyszedł mi do głowy. A że to rola dźwigająca na sobie ciężar całego filmu więc wybór mniej uznanego aktora był wykluczony. Świetnie też poprowadzona jest u Kubricka rola Danny'ego. Wystarczy porównać z beznadziejnym odpowiednikiem z miniserialu aby docenić naturalność małego Danny'ego Lloyda. Żadnych głupawych min udających momenty metafizycznych doznań - tylko to wywolujące dreszcz spojrzenie... Aż pozazdrościć chłopakowi takiego epizodu w dzieciństwie ;) Z kolei Shelley Duvall - świetnie dobrana ze względu na warunki fizyczne - czasami sprawia wrażenie jakby nie interpretowała roli tylko zdawała się na intuicję. Ogólny efekt jest znakomity, nadała bowiem postaci niepowtarzalny charakter, ujawniający się szczególnie w nietypowych reakcjach bohaterki w sytuacji zagrożenia. Jednak w kilku momentach aktorkę intuicja zawodzi i odczuwam wtedy "lekki zgrzyt". Swoją drogą uśmiałem się całkiem niedawno z epizodu w "Kung fu hustle" parodiującego właśnie tę rolę ;)
W kontekście animacji "zwierzątek-żywopłotów" muszę przyznać, że masz naprawdę ciekawe pomysły. Zresztą po przejrzeniu fragmentu scenariusza z Twojego bloga - należało się tego spodziewać;) Uruchomiłem troszkę wyobraźnię i stwierdzam, że wg. zaproponowanej przez Ciebie metody Kubrick mógłby stworzyć naprawdę interesujące sceny, pasujące co ważne do koncepcji estetycznej filmu. Kluczowy jednak byłby odpowiednio dynamiczny montaż ujęć z niezbyt długim czasem eksponowania samych "zwierzątek". Uważam bowiem, że w przypadku filmów budujących napięcie (horrory, thrillery itd.) najlepiej sprawdza się zasada "im mniej tym lepiej" czyli jak najmniejszej obecności bezpośrednio w kadrze "obiektu straszącego". Prowokowanie wyobraźni wywołuje zdecydowanie lepszy efekt niż nawet najbardziej dopracowny obiekt wizualny ukazany w pełnej krasie.
Przyszła mi nawet do głowy własna propozycja przykładowej scenki ze "zwierzątkami". Wyglądałoby to mniej więcej tak, że Jacka na zewnątrz hotelu zaczynają podchodzić "krzaki" ale poruszają się one tylko poza polem jego wzroku. Widz tak jak bohater nie widzi tego ruchu - tylko jego efekty po każdym pownownym odwróceniu głowy przez Jacka. I tak coraz bliżej Jacka, coraz bliżej aż on nie wytrzymuje i ucieka do budynku ;) Oczywiście wszelkie tego typu sceny mogłyby stanowić rozszerzenie bo w wątkach z labiryntem nie zmieniłbym żadnego ujęcia.

Teraz odnośnie reżyserów. Osobiście nie uznaję jakiejś specjalnej ich hierarchi - no może poza numerem 1 dla Kubricka ;) Mam za to pewne grono szczególnie ukochanych reżyserów i dalsze grono tych, których także ogromnie szanuje ale niekoniecznie podziwiam. Wspomnę jeszcze o tym w większym temacie na blogu ale do pierwszej grupy napewno zaliczyłbym Kubricka, Jarmuscha, Cimino, Lyncha, Scorsese, Stone'a, Coppolę, Kurosawę, Kieślowskiego.W drugiej znalazłyby się z kolei takie nazwiska jak: Altman, Lumet, De Palma, Tarantino, Scott (Ridley) itd. Głównie oceniam ich pod kątem ich dzieł, choć niektórych także jako osobowości artystyczne.

"Killing" widziałem ale nie wywarł na mnie ówczesny seans tak piorunującego wrażenia jak to było z pozostałymi filmami Kubricka. Zapewne kwestia wieku była decydująca, tak czy inaczej to jeden z filmów, na który także intensywnie poluję. Poluję także na "Greetings" De Palmy. Mimo, że znalazłem go ostatnio w zestawieniu 50 najgorszych filmów świata to jednak strasznie mnie interesują wczesne role De Niro. Widzę, że De Palma to Twój numer dwa - sam jednakowo uwielbiam pewne jego filmy (Carrie, Scarface i Carlito's way) jak i nie potrafię do innych się dostroić (Femme fatale). Ale ogólnie zalicza się do czołówki moich ulubieńców.

Zgadzam się odnośnie tej scenki z Jackiem i "zwiarzakami". O to właśnie mi chodziło. Ale w książce była scena, w której Jack widzi zmiany pozycji "zwierząt" (oczywiście samego ich ruchu nie dostrzega, tylko zmianę pozycji po odwróceniu głowy), ale nie ucieka, ponieważ bierze to za halucynacje. Jakby nigdy nic przycina dalej żywopłot. Moim zdaniem Kubrick powinien wykorzystać tą scenę. Jack nie musi wiedzieć (albo wie, ale zaprzecza temu), że dzieje się coś dziwnego i niepokojącego, ważne, żeby to wiedział widz, bo to właśnie dla niego powstał ten film. Jeśli chodzi o ten film, wydaje mi się, że Kubrick trochę nie docenił widzów. Wyciął wiele scen, które dla widza mogłyby wydawać się nudne i niepotrzebne - i to był błąd. Być może nie wpłynął on tak bardzo na konstrukcje filmu, ale sądzę, że ludzie chcieliby też zobaczyć zwykłe sceny. Weźmy np. Kieślowskiego. On potrafił zaciekawić każdym gestem wykonanym przez bohaterów jego filmów. Chodzi mi o takie sceny, jak np. parzenie herbaty czy nawet leżenie i rozmyślanie. Kieślowski komponował takie sceny w magiczny sposób. Kubrick chyba za bardzo uległ producentom i zgodził się ich nie zamieszczać (albo to był jego pomysł, nie wiem). Przedstawię ci teraz listę scen, których mi brakowało albo które mnie denerowały w "Lśnieniu" Kubricka:
1)zrobienie z Ullmana dobrego i miłego urzędnika (bardzo chciałbym zobaczyć jego utarczki z Jackiem)
2)brak scen z albumem z wycinkami, który Jack znalazł (w książce) w piwnicy
3)brak scen, retrospekcji bądź chociaż wspomnienia o tym, że Jack miał kiedyś problemy alkoholowe (Kubrick całą winę za jego zachowanie zrzuca na hotel; co z tego, że przed atakiem Jacka na Wendy jest scena, w której barman-duch podaje bohaterowi alkohol, bez wyjaśnienia, że Jack był kiedyś alkoholikiem ta scena nie ma większego znaczenia)
4)za mała ilość scen pokazujących Jacka jako dozorcę (np. mógłby naprawiać dach)
5)brak scen ze "zwierzątkami" (nie przeszkadza mi to tak bardzo, ale jednak chciałbym je zobaczyć)
6)brak większej ilości scen rodzinnych (np. kiedy rodzina obchodzi Święto Dziękczynienia lub kiedy Jack uczy Danny'ego chodzić na rakietach śnieżnych)
W ciągu 30 minut (albo i mniej) Kubrick zmieściłby to wszystko, jestem tago pewien.

Zgadzam się z tobą, że nikt inny nie mógłby zastąpić Jacka Nicholsona w tej roli. Ewentualnie Al Pacino, ale teraz nie mogę go sobie za bardzo wyobrazić w tej roli. Jeśli chodzi o Wendy to tą postać mogłoby zagrać wiele aktorek (chociażby Sissy Spacek), ale wybór Shelley Duvall - która notabene po "Trzech kobietach" stała się jedną z moich ulubionych aktorek - był jak najbardziej trafny, i to nie tylko ze względu na wygląd. Ona jest bardzo dobrą aktorką. Dlatego nie mogę zrozumieć dlaczego dostała Złotą Malinę za tą rolę (podobnie jak Kubrick). Danny Lloyd również zagrał bardzo dobrze. Jego naturalność i talent stworzyły wiarygodny portret zagubionego i przerażonego, ale bardzo inteligentnego i dojrzałego chłopca. Szkoda, że porzucił aktorstwo.

Jeśli chodzi o twoich ulubionych reżysrów, to w większości lubię ich, a niektórych podziwiam. Altman to geniusz w ukazywaniu psychologii postaci, Lumet ma bardzo ciekawe filmy, De Plama - wiadomo, co o nim sądzę, Tarantino (to samo), Scott...hmm...Lubię Ridleya Scotta, jego styl charekteryzuje się baśniową niemal mrocznością, ukazaną nawet w takich filmach jak Thelma i Louise. Jarmuscha także bardzo lubię za świetne dialogi (uwielbiam "Noc na Ziemi"), Cimino....według mnie stworzył tylko jeden genialny film ("Łowca jeleni"), reszta jest taka sobie. Lyncha i Kuroswaę wprost uwielbiam, a jeśli chodzi o Coppolę to nie mógłbym go nazwać inaczej niż "pierdolonym skurwysynem (wybacz), który robi cudowne filmy". Skurwysynem jest dlatego, że bardzo mi nie odpowiada jego styl pracy, a w szczególności jeden rzeczownik, którym określił Winonę Ryder, moją ulubioną aktorkę, na planie "Draculi". Ale muszę przyznać, że robi wspaniałe filmy. Został jeszcze Stone, którego porównuję do Coppoli. Nie w sensie stylu, ale epitetów, którym mógłbym go nazwać, choć bardziej delikatnych niż miałoby to miejsce z Coppolą. Po pierwsze, Stone co prawda ma styl, i to nawet niezły, ale nie wszystkie filmy mu wychodzą (patrz np. "Aleksander"). Stone zdenerował mnie, zmieniając scenariusz Tarantino do "Urodzonych morderców". Wyciął kilka naprawdę fajnych scen i zrobił z tego ciężki, dramatyczny film w przeciwieństwie do wersji Tarantino, która była bardziej luźna i przewrotna, trochę podobna do "Pulp Fiction". Czytałem scenariusz Tarantino, więc wiem, co piszę.

Ja również poszukuję "Greeting". Z bardzo wczesnych filmów De Palmy widziałem tylko "Cześć, mamo". A "Carrie", "Człowieka z blizną", "Życie Carlita", jak również "Wybuch" i "Ubranie mordercy" wprost uwielbiam. "Femme Fatale" nawet mi się podobało, na pewno bardziej niż "Mission Impossble", które, mimo niezłego sukcesu i kilku fajnych scen, a także świetnej reżyserii i aktorstwa, jest filmem kiepskim (pod względem scenariusza).

Na koniec wrócę jeszcze do Kubricka i zrobię listę jego filmów, które widziałem (wraz z ocenami):
1)"Spartacus": 9,5/10
2)"Lśnienie": 9,5/10 (gdyby to była trochę dokładniejsza adaptacja, dałbym 10/10)
3)"Mechaniczna pomarańcza": 9/10
4)"Pełny magazynek": 9/10 (gdyby druga połowa była tak dobra ja pierwsza, dałbym może nawet 10/10)
5)"Oczy szeroko zamknięte": 9/10 (nie wiem, o co ludziom chodzi, ten film jest świetny)
6)"2001: Odyseja kosmiczna"

Zapomniałem ocenić "Odysei". Daję jej 9,5/10. Naprawdę świetny film.

Sorki za brak szybkiego respondu ale wpadam ostatnio na niezbyt długo...

Nie wszystkich scen, które wymieniłeś jednakowo brakowałoby mi gdyby była możliwość ich dodania. Szczególnie tych jak piszesz "zwykłych scen". Trzymałbym się jednak zwartej konstrukcji filmu, no chyba że tego typu scenki byłyby zwieńczone naprawdę istotną dla interpretacji filmu reakcją Jacka lub Wendy. U Kieślowskiego faktycznie sporo tego typu ujęć - pozornie zwyczajnych, pozbawionych głębszej wymowy a jednak potrafiących oczarować widza i przykuć jego uwagę. Byćmoże to "naleciałości" z twórczości dokumentalnej ale napewno świadczy o ogromnej wrażliwości i umiejętności obserwacji.

Odnośnie Cimino to zgadzam się z Tobą, że nic oprócz "Deer huntera" specjalnie mu nie wyszło a już przy "Heaven's gate" wprost nie mogłem dokończyć seansu. Jednak ze względu właśnie na "Deer huntera" ma on u mnie taryfę ulgową... ;) To mój ulubiony, ukochany film - według mnie jeden z najwspanialszych obrazów destrukcji ludkiego umysłu przez piekło wojennych doświadczeń.

Odnośnie Coppoli i Stone'a to spokojnie - w żaden sposób nie dotykają mnie epitety pod ich adresem. Po pierwsze mało mam na tym świecie autorytetów a nikt z przedstawicieli szeroko pojętego show-biznesu do nich nie należy. Więc spokojnie możesz przy mnie nawet Kubricka wyzywać od sk.. (chociaż zapewne w tym wypadku byłoby to jak najbardziej na miejscu, bo jak inaczej nazwać kogoś u kogo kilkadziesiąt dubli na scenę to nic nadzwyczajnego ;) ). Mimo, że niektórych twórców podziwiam za ich dzieła, a niektórych także za ujawniającą się - na przeróżne inne sposoby - osobowość, to jednak tak naprawdę nigdy żadnego z nich nie poznałem nigdy na tyle blisko by móc go postawić na półeczce pt. "Autorytet - nie obrażać w mojej obecności". Własną dziewczynę ciężko tak naprawdę poznać a co dopiero ze znanengo lub co gorsza nieżyjącego reżysera.

O reszcie w następnym poście...

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

dodaj komentarz
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię