Damian Wiśniowski

Samuel Fuller – cichy rewolucjonista

Persona
/fwm/article/Samuel+Fuller+%E2%80%93+cichy+rewolucjonista-125340
Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/fwm/article/Trzy+kolory%3A+Bia%C5%82y-123669

Trzy kolory: Biały

HOTSPOTPodziel się

Rasizm w amerykańskim kinie XXI wieku? To brzmi jak hiperbola. Ale chyba coś jest na rzeczy.

Rasizm w amerykańskim kinie XXI wieku? To brzmi jak hiperbola. Ale skoro Japończycy wciąż nie są wiarygodnymi buddystami, taksówkarskie korporacje zatrudniają głównie Hindusów, a takie filmy jak "Uciekaj!" święcą triumfy, to chyba coś jest na rzeczy.  

Świat – przynajmniej w teorii – mamy dzisiaj otwarty i wielokulturowy, pozbawiony odległości i ograniczeń dzięki mediom społecznościowym. Ale przecież nasza tożsamość wykuwa się w ogniu kolejnych aktów terroru, rasowe stereotypy mają się świetnie, a uprzedzenia nasilają się w postępie geometrycznym. Kino tradycyjnie odbija cały ten gościniec –  o drażliwej kwestii rasizmu sporo mówią fabuły hollywoodzkich filmów. Więcej o perspektywach zarobkowych dla czarnoskórych, azjatyckich czy hinduskich aktorów mówi jednak to, kto stoi za kamerą i w jakich celach kręci swój film. 

"Mohammad so-and-so from such-and-such"


Ostatnio w mediach głośno było o whitewashingu, choć sam termin nie jest nowy. Tę praktykę łączyć można z samymi początkami Hollywood, kiedy to niebiałe postacie grane były przez białych aktorów. Przykłady mnożą się, począwszy od lat 30. i serii o Charlie Chanie, chińskim detektywie portretowanym przez urodzonego w Szwecji Warnera Olanda. Aby jak najbardziej upodobnić się do granych przez siebie postaci, aktorzy często nakładali specjalny makijaż zwany w zależności od rodzaju odgrywanej osoby – "blackface" albo "yellowface" (po takie środki artystycznego wyrazu sięgnął m.in. Mickey Rooney w "Śniadaniu u Tiffany'ego", karykaturalnie odgrywając Japończyka, pana Yunioshi, wraz z całym zestawem rasowych stereotypów). Historycy zwracają również uwagę, że na samym początku whitewashing wynikał głównie z niewielkiej liczby aktorów o innym niż biały kolorze skóry – przy odrobinie dobrej woli można więc zgodzić się, że istniało logiczne wytłumaczenie dla takich praktyk.

Kiedy jednak w Hollywood było już wystarczająco dużo Afroamerykanów, Azjatów czy rdzennych Amerykanów, sytuacja wcale nie uległa znaczącej zmianie. Plany filmów o tematyce biblijnej zapełniali biali aktorzy – Max von Sydow grał Jezusa w "Opowieści wszech czasów" (1965), w "Króla Davida" (1985) wcielał się Richard Gere, Scorsese zatrudnił do "Ostatniego kuszenia Chrystusa" (1988) Willema Dafoe i Harveya Keitela. Podobnie jest w kinie współczesnym: "Exodus" (2014) to znów korowód białych gwiazd: Christiana Bale'a, Joela Edgertona, Sigourney Weaver, Aarona Paula. W wywiadzie dla Variety reżyser Ridley Scott bezwstydnie stwierdził, że zatrudnienie "Mohammada-jakiegoś-skądśtam" nie pozwoliłoby mu na sfinansowanie filmu, więc taka opcja w ogóle nie była brana pod uwagę. Filmy z białymi aktorami są atrakcyjniejsze – tak uważa filmowe środowisko, w którym trwa zacięta walka o każdego dolara od inwestora lub producenta. Dlatego mimo że "Na skraju jutra" nakręcono na podstawie noweli Hiroshiego Sakurazakiego, której główny bohater jest Japończykiem, widzowie poszli na film z Tomem Cruise'em w roli głównej. Zresztą, gdyby reżyserzy mieli nie zmieniać rasy bohaterów adaptowanych powieści, Katniss Everdeen miałaby w "Igrzyskach śmierci" oliwkową skórę i czarne włosy, Rooney Mara musiałaby się pożegnać z rolą w "Piotrusiu. Wyprawie do Nibylandii" na rzecz rdzennej Amerykanki, a Carey Mulligan z partią w "Drive" – na rzecz Latynoski. John Wayne, Johnny Depp, Emma Stone, Matt Damon, Jake Gyllenhaal, Max Minghella, Benedict Cumberbatch, Elizabeth Banks – oni wszyscy mają w swej karierze niechlubny epizod związany z whitewashingiem. Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem.


Blada Tilda


W dobie ekspansji mediów społecznościowych nie potrzeba oczywiście wiele, by oburzyć widzów. Niezadowolenie rośnie wprost proporcjonalnie do budżetu i popkulturowej rangi filmu. Prawdziwa burza rozpętała się przy okazji obsadzenia Scarlett Johansson w roli major Motoko Kusanagi. Fani kultowej anime "Ghost in the Shell" podpisali nawet petycję – ponad 100 tysięcy osób zażądało zmiany odtwórczyni głównej roli, a aktorzy i aktorki azjatyckiego pochodzenia (np. Ming-Na Wen) jawnie wyrażały swój sprzeciw, choćby na Twitterze. Odium whitewashingu zaciążyło też na "Doktorze Strange'u". Tildzie Swinton, aktorce o jednej z najbardziej niejednoznacznych aparycji w całym Hollywood, mimo wszystko daleko jest do oryginalnego Ancient One, mężczyzny o tybetańskim pochodzeniu (jej z kolei "wybielanie" zarzuciła w e-mailu Margaret Cho). C. Robert Cargill, współscenarzysta filmu, w rozmowie z Double Toasted stwierdził, że ukazanie w filmie oryginalnego pochodzenia bohatera skutkowałoby upolitycznieniem filmu i rozsierdzeniem wielomilionowej, chińskiej widowni. Nie jest tajemnicą, że Chiny jako jeden z najdynamiczniej rozwijających się rynków filmowych wymagają od Hollywood delikatnych i przemyślanych ruchów. Na marginesie pytania o obecność aktorów azjatyckiego pochodzenia na ekranach kin warto zauważyć, że w amerykańskich filmach zatrudniani są regularnie chińscy aktorzy. Nigdy nie są to jednak główne role, a raczej mniej istotne drugo- lub trzecioplanowe partie. Ich zadaniem nie jest bowiem walka o oscarową nominację, to raczej PR-owcy pracujący na rzecz lokalnych dystrybutorów i kiniarzy. 



Bez taryfy ulgowej

"Hindus-taksówkarz" to dla Hollywood połączenie idealne, jak Bonnie i Clyde, kanapka z masłem orzechowym i dżemem, bilet do kina w jednej ręce i pudełko z popcornem w drugiej.
Ewa Cieślik
Jeśli zatem postacie o innym niż biały kolorze skóry grani są przez białych aktorów, to na jakie role mogą liczyć ich koledzy o pochodzeniu afroamerykańskim czy azjatyckim? W "Specjaliście od niczego" za reżyserię i scenariusz odpowiada grający główną rolę Aziz Ansari. Bohater, będący alter-ego twórcy, jest aktorem, starającym się rozkręcić karierę w Nowym Jorku. W jednym z odcinków Dev idzie na casting do epizodycznej roli w filmie. Wszystko wydaje się iść gładko do momentu, gdy prowadzący przesłuchanie proszą o zaprezentowanie wersji z akcentem. – Ale jakim akcentem? – pyta zdezorientowany. – Jak to jakim? – odpowiadają. – Hinduskim. Trzeba bowiem zaznaczyć, że rodzice Deva są imigrantami z Indii, a rola, o jaką się ubiega, to postać taksówkarza. Nic to, że sam Dev nigdy nie był w Indiach i czuje się stuprocentowym obywatelem Stanów Zjednoczonych. Przecież, by wszystko odbyło się zgodnie z amerykańską tradycją, kierowca taksówki powinien być Hindusem, mówiącym oczywiście nie do końca poprawnie, za to z zabawnym akcentem. Takie role do perfekcji opanował Marshall Manesh – grał taksówkarza wielokrotnie, nie tylko w "Jak poznałem waszą matkę", ale także w "Popołudniowej igraszce", serialach "Persons Unknow" i "Niebieskim Pacyfiku" czy krótkometrażówce "The Florist". "Hindus-taksówkarz" to dla Hollywood połączenie idealne, jak Bonnie i Clyde, kanapka z masłem orzechowym i dżemem, bilet do kina w jednej ręce i pudełko z popcornem w drugiej. Ansari w niezwykle przewrotny, ale i bezpośredni sposób porusza kwestie reprezentacji i różnorodności. W odcinku "Indians on TV", jak sam tytuł wskazuje, twórcy podsumowują historię obecności quasi-hinduskich aktorów na małym ekranie, począwszy od Fishera Stevensa w "Krótkim spięciu", portretującego naukowca pochodzącego z Indii. Ansari pokazuje, że dzisiejsza Ameryka, chcąc go siłą usadzić za kierownicą taksówki, wciąż nie jest wolna od stereotypów i subtelnie wnikającego w każdą sferę życia rasizmu, często niedostrzeganego przez białych.

Chata Wuja Toma


Jeśli chodzi o czarnoskórych aktorów, byli oni obecni w Hollywood od początku, jednak przez długi czas stanowili jedynie tło dla białych gwiazd; pozwalano na obecność czarnoskórych jedynie w silnie stypizowanych rolach. Na ekranach pojawiały się więc określone stereotypowe postacie, m.in. "mamki" (unieśmiertelnionej przez nagrodzoną Oscarem Hattie McDaniel w "Przeminęło z wiatrem"), "dobrzy Murzyni" (czytaj: pokorni, grzeczni i pracowici) oraz analogicznie "źli Murzyni" (czytaj: nieprzewidywalni i skłonni do przemocy). Co znaczące dla kultury Ameryki, to właśnie ten ostatni typ pojawił się w epickim fresku "Narodziny narodu" Davida W. Griffitha z 1915 roku – rasistowskim w swej wymowie filmowym arcydziele. Na "złotą erę" kina Hollywood znaczący wpływ miał tzw. Kodeks Haysa z 1934 roku, który nakładał na kino amerykańskie określone reguły – konserwatywne i niejednokrotnie rasistowskie. Nawet postacie, jakie grał Sidney Poitier, pierwszy czarnoskóry laureat Oscara za pierwszoplanową rolę męską w "Polnych liliach" (1964), nie mogły wymknąć się definiowaniu przede wszystkim przez pryzmat rasy. Jednocześnie jednak jego kreacje inteligentnych i eleganckich czarnoskórych mężczyzn, nadstawiających drugi policzek, przełamały filmowy wizerunek Afroamerykanów i otworzyły drogę "czarnemu kinu". Poitier naraził się na krytykę ze strony swych współbraci, którzy zarzucali mu, że gra postacie zbliżone do poczciwego Wuja Toma i tym samym hołduje oczekiwaniom białej widowni. Czy jednak czarny aktor w tamtych czasach miał jakikolwiek wybór i mógł pozwolić sobie na odrzucenie ról, które nie do końca odpowiadały zarówno jego artystycznym ambicjom, jak i osobistym przekonaniom? 

Czarna Wonder Woman

Dopiero w latach 70. Afroamerykanie wzięli sprawy w swoje ręce.
Ewa Cieślik
Dopiero w latach 70. Afroamerykanie wzięli sprawy w swoje ręce. Choć istnieje wiele definicji nurtu "black cinema", łączy je fakt, że oto kwestie tożsamości rasowej i etnicznej, wcześniej nieśmiało poruszane, teraz ukazano na pierwszym planie, niejako w opozycji do białego kina hollywoodzkiego. Blaxploitation, niskobudżetowe filmy klasy B (a więc niezależne finansowo) obsadzone były czarnoskórymi aktorami i zyskały niebywałą popularność. Nurt ten zapoczątkował autorski obraz "Sweet Sweetback's Baadasssss Song" z 1971 roku, który przyniósł Melvinowi Van Peeblesowi (reżyserowi, scenarzyście, kompozytorowi i odtwórcy głównej roli w jednym) niebywały sukces finansowy. Otworzył drzwi do autonomii twórczej kolejnym reżyserom i produkcjom, takim jak "Shaft" czy "Super Fly", które kwestionowały nie tylko wcześniejszą moralność czy charakter głównego bohatera (którego zamieniały raczej w antybohatera), ale też sposób prowadzenia narracji i portretowania filmowej przestrzeni. Mimo że filmy blaxploitation portretowały głównie silnych mężczyzn, na kilka lat przed telewizyjną "Wonder Woman" wykreowały również postać pięknej, zabójczej i świadomej swej seksualności kobiety. Wcielała się w nią Pam Grier. Grane przez nią postacie można powiązać z Panną Młodą z "Kill Billa"Quentin Tarantino jest zresztą jednym z największych spadkobierców nurtu blaxploitation, o czym sam chętnie mówi i czemu dał wyraz w swoim "Jackie Brown" z Grier w roli głównej. Kino afroamerykańskie, tworzone przez czarnoskórych twórców, skierowane do określonej publiczności i mówiące o doświadczeniu "bycia czarnym" niedługo potem zmieniło się w nurt hood movies (z "Chłopakami z sąsiedztwa" na czele). Natomiast od lat 80. jednym z najważniejszych czarnych twórców pozostaje Spike Lee, realistycznie portretujący rasową dynamikę w obrębie amerykańskiego społeczeństwa. Lee paradoksalnie udało się coś, o czym marzy pewnie każdy twórca o innym kolorze skóry: opowiadając o konfliktach rasowych, przestał być odbierany w kontekście samej rasy. 

Podobne wyzwanie – bycie postrzeganym nie przez pryzmat koloru skóry, lecz zrealizowane dzieła, pozostanie na razie dla większości reżyserów czy aktorów z mniejszościowych grup etnicznych nieosiągalnym marzeniem. Wyniki badania najpopularniejszych w latach 2007-2015 filmów przeprowadzonego przez Annenberg Media, Diversity And Social Change Initiative na University of Southern California wskazują, że w 2015 roku 73,7% filmowych bohaterów było białych. Afroamerykanie stanowili kolejne 12,2%, Latynosi – 3%, Azjaci 3,9%. W sumie zaledwie 26,3% bohaterów, którzy mieli do wypowiedzenie w filmie jakiekolwiek kwestie, byli niebiali, a dane te są w zasadzie niezmienne od 2007 roku. Słowo "triumf" w kontekście filmu "Moonlight" Barry'ego Jenkinsa należy więc wziąć w cudzysłów. I pomimo wysypu takich produkcji (zarówno kinowych, jak i telewizyjnych), jak "Dear White People", "Niepewne", "Uciekaj!", "I Am Not Your Negro" czy kolejnego sezonu "Specjalisty od niczego", aktorzy pokroju Deva dzień w dzień włączają taksometr i ruszają w stronę niepewnej przyszłości.
248