Maciejewski: Nienawidzę walentynek

Filmweb   |   autor: Łukasz Maciejewski   |    |   Artykuł
Znowu się zaczyna. Wszędzie serca. Różowym "ciachem" w pysk. Marketingowy sukces tak zwanych filmowych walentynek jest dowodem na to, że kino to także – może przede wszystkim – część biznesu. Kupno/sprzedaż. Raz kupujemy kilo kiełbasy i papier toaletowy, a 14 lutego koniecznie dwa bilety na "zakochany seans". Wszyscy zadowoleni?

***

Jeszcze nie umilkną żwawe akordy "Last Christmas", poprawnego politycznie świeckiego hymnu supermarketów, nie minie kac po replikach kolejnego smętnego sylwestra, w którym podobnie jak każdego roku udawaliśmy, że się wyśmienicie bawimy, i nawet Maryla z Dodą były cool, a już zaczyna się hardkor walentynkowy.

photo.title Kocha, lubi, szanuje. Problem w tym, że nawet jeżeli nie za bardzo kocha, niespecjalnie lubi i chyba nie szanuje, bez wątpienia kupi nam znowu zmarzniętego tulipana albo wełniane serducho. Bo tak wypada. Bo koleżanki z klasy też dostały. I koledzy tych koleżanek również. Rano esemes, potem shopping, wieczorem rytualny wjazd do kina. W foyer fruwają różowe i czerwone balony, oczywiście przygotowany został wcześniej zestaw podstawowy: pepsi, guma (balonówka) oraz gumka. Zaczynamy ściemniać. Dystrybutorzy udają, że lutowe premiery pięciu filmów romantyczno-podobnych to zwyczajny zbieg okoliczności, my udajemy, że wszystko nam się podoba i absolutnie nie wolno się zdradzić, że film jest do bani, a identycznie brzmiącego esa dostaliśmy już w zeszłym roku. W "walentynki" koniecznie trzeba być uśmiechniętym, podminowanym uczuciowo i podchmielonym erotycznie.

A przecież cała ta impreza to nic innego, jak tylko zwykły szantaż popkultury, chamski pijarowy szajs. Mniejsza o to, że wesołe "zakochane święto" to w prostej linii kontynuacja soc-hybryd w rodzaju "Międzynarodowego Dnia Kobiet", kiedy każdej pracownicy na linii usługowej, oświatowej lub artystycznej, przysługiwał czerwony goździk (sztuk jeden), rajstopy beżowe (sztuk jeden) oraz dar największy i bezcenny: idiotyczny uśmiech szefa bez zęba na przedzie. Kontekst socjologiczny zastąpił woal ekonomiczny. Zaległy towar trzeba przecież upłynnić, sprzedać muzyczne składanki, różowe stringi, kremowe ciastka i miliony biletów do kina.


Idziemy w ten kicz bez zabezpieczenia. Na pewno trochę ze strachu, żeby się nie przyznać, że myślimy inaczej, czujemy inaczej albo – największa w tym dniu zniewaga – nikt nie zaprosił nas na "gumę" i do kina. Kiedy myślę o opętańczych polskich "walentynkach" – w zeszłym roku, w dużym sklepie z artykułami gospodarstwa domowego zobaczyłem "walentynkową promocję" kibla, a nowa cena była oczywiście napisana na przyklejonym do muszli klozetowej czerwonym serduszku – żal mi zawsze dzieciaków, które nie znoszą "walentynek", bo nienawidzą swojej samotności, a mają na tyle zdrowego rozsądku, żeby nie kokietować społeczności szkolnej czy studenckiej fikcyjnymi, facebookowymi ściemami, albo jako geje lub lesbijki wstydzą się wkomponować w multipleksową heteromasę. Niektórzy z nich śmieją się z tego na głos, inni popłakują w poduszkę. Valentine’s day is very sad day.

***

photo.title Kino i miłość to zespół naczyń połączonych. Nie trzeba być sentymentalnym, żeby cenić melodramaty. Może się to podobać lub nie, ale właśnie filmy o miłości (w roli głównej lub drugoplanowej) tworzą mniej więcej siedemdziesiąt procent repertuaru filmowego. Wzruszałem się, jak inni, na "Titanicu" Camerona, symulowałem orgazm z Meg Ryan w "Kiedy Harry poznał Sally", z upodobaniem co jakiś czas oglądam "Casablancę" – wzorzec w Sevres melodramatu, a po obejrzeniu "Ja cię kocham, a ty śpisz" tak bardzo polubiłem Sandrę Bullock, że później wielokrotnie stawiałem się w pozycji samozwańczego adwokata aktorki i w różnych towarzyskich sytuacjach broniłem bezsprzecznego talentu Sandry jak własnej nie-cnoty…  Urocza "Amelia" rzeczywiście sprawiała cuda. Po wyjściu z kina czuliśmy się lepsi i dowartościowani. W "Lewym sercowym" Paula Thomasa Andersona spotkanie dwóch samotności nie było wcale gwarantem lukrowanego happy endu, a mimo to film najzwyczajniej wzruszał. We wspaniałym "Notting Hill" wszystkie zakochane drogi prowadziły do małej księgarenki w artystycznej dzielnicy Londynu, a Julia Roberts nigdy już nie uśmiechała się równie pięknie.


Jednak najpiękniejsze filmy o miłości, jakie kiedykolwiek widziałem, wyreżyserował największy z najmniej znanych reżyserów – Claude Sautet. W "Nelly i panie Arnaud", Sautet opowiedział o miłości niemożliwej. Pan Arnaud (Michel Serrault) dyktuje swoje pamiętniki delikatnej i wrażliwej Nelly (Emmanuelle Beart). Nie będzie między nimi seksu, tylko miłość: ukryta "między słowami". W "Sercu jak lód" Sauteta, grany przez Daniela Auteuila Stephane – początkowo wzbudza jedynie litość, obojętną życzliwość. W ten sam sposób traktujemy ludzi, którzy wycofują się z życia na własne życzenie. Wycofują się, ale jeszcze jakby nie do końca. Jeszcze niby coś od życia chcą, ale ich marzenia, ambicje ciągle się kurczą, topnieją, aż wreszcie nikną zupełnie. Przeczuwamy – a Sautet trafność tych przeczuć co jakiś czas subtelnie dopowiada – że Stephane prawdopodobnie miał talent, był skrzypkiem. Może nie aż wirtuozem, ale na pewno utalentowanym muzykiem. Niestety, był. Bezradność wobec życia i trwanie. Kiedy na horyzoncie tej bezradności pojawiła się piękna skrzypaczka Camille (Emmanuelle Béart) – Stephane otrzymał szansę na jej złamanie. Ale "Serce jak lód" nie jest banalną filmową "walentynką". Sautet był zbyt mądrym twórcą, żeby naiwnie sądzić, że splot zrozumienia, miłości polegającej na bliskości, ma szansę ułożyć ostatecznie w warkocz z napisem: happy end. Tego nie ma. Kiedy Stephane odejdzie naprawdę, Camille dwukrotnie uderzy dłonią o blat filiżanki. Film Sauteta oglądałem ostatnio siedem, może osiem lat temu, a siłę tego uderzenia pamiętam do dzisiaj.

***

Oglądajmy filmy o miłości, wzruszajmy się na melodramatach, ale nie pozwalajmy tak łatwo wciągnąć się do świątyni "walentynkowego" kiczu. Różowe "ciacho" naprawdę może utkwić w gardle. Zakochana niestrawność.

komentarze

Dodaj komentarz

a ja do walentynek nic nie mam, ale także ich nie obchodze. dla mnie walentynki są jak zwykły dzień

Ambiwalentynki - tak ze znajomymi mówimy na to święto, gdyż mamy do niego stosunek ambiwalentny:) To jak z większością projektów: idea dobra, wykonanie fatalne. A tu jeszcze reklamowo-komercyjna otoczka brzydzi i zohydza.

Panie Łukaszu, dziękuję za ten felieton i za ciekawe recenzje filmów wartych obejrzenia.

Walentynki to okropne komercyjne święto, żerujące na braku autentycznej romantyczności współczesnej masy. Każdy prawdziwy romantyk powinien gardzić walentynkami.

Mam goraca prosbe o wypelnienie 3 minutowej ankiety, pomoże mi ona w napisaniu pracy magisterkiej, przepraszam za zasmiecanie forum

http://www.moje-ankiety.pl/wypelnij/kwestionariusz/10866

o tak po stokroć tak, brawo !!
prawdziwe to i wszyscy o tym wiedzą, ciężkostrawna prawda to niestety. I teraz nasuwa się pytanie - ile osób które przeczytają ten artykuł w dniu 14 lutego i tak będą robić to co nakazuje "walentynkowy trend"?
Oby jak najmniej, tego sobie i Wam życzę ..

o tak po stokroć tak, brawo !!
prawdziwe to i wszyscy o tym wiedzą, ciężkostrawna prawda to niestety. I teraz nasuwa się pytanie - ile osób które przeczytają ten artykuł w dniu 14 lutego i tak będą robić to co nakazuje "walentynkowy trend"?
Oby jak najmniej, tego sobie i Wam życzę ..

Brawo. Piwo dla tego pana.
A poza tym nie ma nic romantycznego w tłoczeniu się z facetem w wypchanych masą innych par restauracjach, kinach, kawiarniach, etc.

Walentynek nie obchodzę. Mamy swoje własne święto zakochanych, któym jest Noc świętojańska (Noc Kupały) z 21 na 22 czerwca. Jest nasza, niekomercyjna i jakaś taka bardziej czarodziejska i miłosna. Polecam wtedy obchodzić święto miłości:)

walentynkowe produkcje, tworzone są po to żeby zakochane małolaty mogły iść do kina, a nie na film. Myślicie że że te wessane ustami w siebie pary obchodzi to co idzie na ekranie:). Tylko po co to? nie lepiej iść na romantyczną kolację do kameralnej knajpki i nie trzeba do tego walentynek

genialny artykuł

Prawda, Walentynki to czysta komercha i rzygać się chce wszechobecnymi serduszkami;P
Ale nie przeczę, że na niektóre filmy się skuszę. Na pewno nie na wszystkie pójdę do kina, ale kiedyś tam obejrzę.

jak już jesteście na tym Facebooku to teraz przydałby się taki przycisk, pokaz znajomym na FaceBooku

a artykuł super.

http://www.projektassassin.pl/782.html

mam gorąca prosbe o pomoc, wypelnienie 3 minutowej ankiety pomoze mi napisac prace magisterska

http://www.moje-ankiety.pl/wypelnij/kwestionariusz/10866

Świetny artykuł.

świetnie:) ciekawie i z odrobiną ironii,ale prawdziwe :)

http://www.projektassassin.pl/782.html

Nie cierpię walentynek, ale mimo to kupię w kinie dwa bilety na film "Walentynki". Dla mnie i przyjaciółki.

Zgadzam się całkowicie .........i super napisane

nic dodać nic ująć.;)

Zgadzam się...


Zgadzam się...


Bardzo trafnie wykoncypowane...


...pierdolona polityczna poprawność...
A kto powiedział że geje i lesbijki nie idą do kina z dzień zakochanych? Pomijając absurdalność tego stwierdzenia, żal nad biednymi zahukanymi w walentynki lesbijkami i gejami wywołał u mnie kilometrowy facepalm. Po co to w ogóle w tym felietonie?

http://www.projektassassin.pl/782.html

bardzo tarfnie i zgrabnie ujęte:) zgadzam się w 100% nie dajmy się wciągnąć w amerykański kicz..... nie kocha się tylko raz w roku, na film romantycznny można iść zawsze tak jak każdego dnia można zrobić komuś prezent ponieważ się kogoś kocha, a 14 lutego to czysta komercja....

Dawno nie czytałem na Filmwebie tak trafnego felietonu, z którym się zgadzam niemal w 100 %.

Amen.

Kiedyś snułam się jako ten Wąpierz po szkolnych korytarzach, bo wszystkie koleżanki z klasy coś dostawały, a ja, biedny osesek, nic. Teraz mi przeszło i na 14 lutego sobie gwiżdżę - a raczej świętuję na swój sposób, bo w końcu św. Walenty to patron chorych psychicznie ;) Tylko człowiek nigdzie nie wyjdzie ani czekolady nie kupi, bo magicznym sposobem wszystkie ceny idą w górę. A w tym roku moja Siostra zrobi pyszne pralinki, mniam mniam!

"Ja cię kocham, a ty śpisz" to naprawdę bardzo dobry film. W ogóle, Sandra Bullock jest "rodzinną" aktorką i cała familia bardzo lubi filmy z jej udziałem. Kino 14 lutego omijać z daleka - nie dość, że kity, to jeszcze cała widownia to zakochane pary, które będą bardziej zajęte sobą, niż filmem.

Bardzo dobry artykuł, panie Maciejewski - trafny, zabawny i ciekawy, i podpowiada kilka dobrych tytułów do obejrzenia.

Pozdrowienia i niech kisiel mandarynkowy będzie z Wami ^^

P.S. Zauważyłam, że sporo osób, które wylewało jad na te nieszczęsne Walentynki - nagle bardzo lubi to święto, od kiedy znalazło sobie drugą połówkę ;)

Takie samo zdanie mam w tej materii; w ogóle gdzie się teraz nie obejrzysz to tylko ten plastic - fąfastic, wszystko na pokaz wymuszone i udawane ehh... może po prostu przewrażliwiony jestem :)

Tak jakby ludzie kochali się tylko raz w roku..

W dziesiątkę, Panie Łukaszu.

Zauważył pan to co zawsze nam serwują i to nie tylko w walentynki,to nie jest święto z miłości do ludzi,ale z miłości do pieniędzy (powinno się to dzisiaj nazywać ekonomiczne walentynki, dajmy innym biednym zarobić,którzy w walentynki sami siedzą za projektorem i marzą by zamiast zmieniać szpulę,sami zasiąść z inną osobą na "romantycznym" filmie.
Nieźle się przy okazji usmiałem o walentynkowej promocji kibla!HAHAHA, za nie długo będą sprzedawać promocyjne męskie bokserki z okazji dnia kobiet!!!

Najbardziej pasującym filmem, przynajmniej tytułem, w dniu 14 lutego jest "Masakra w dniu świętego Walentego", sporo w nim iście walentynkowej czerwieni ;)

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:

newsy

zobacz wszystkie newsy

gorące newsy

magazyn