WAŁKIEM NA ODLEW: Zakochać się w kinie

Filmweb   |   autor: Michał Walkiewicz   |    |   Felieton
Zwane nie bez przyczyny sztuką uwodzenia kino wie o miłości wszystko. Stan zakochania metaforyzuje od niechcenia, jakby zostało stworzone, by celebrować tę ulotną chwilę, w której przestajemy żyć dla siebie, a zaczynamy dla kogoś innego.

photo.title
"500 dni miłości"

I znów walentynki. Coroczny szach i mat popkultury – róż w ofensywie, pluszaki u bram, marketingowy blitzkrieg. Prawa komora serca zapchana pralinkami, lewa zalana czekoladą, promocje na gumy i zniżki na gumki. W kinach większy ruch, bo przecież rytuał musi trwać.  Jaki kraj, taki plan: najpierw kino, potem kolacja i seks przy świecach. Cały rok harówki, więc coś się od życia należy.

Lubię chodzić do kina w walentynki, bo zawsze ciekawią mnie współtowarzysze seansu, zastanawiam się, kto, z kim i dlaczego. Czy para przy kasie jeszcze hoduje motyle, czy już tyra na budowie "dojrzałego związku"? Czy rytm ich kinowych przygód wyznaczają pożyczone od Amerykanów święta, czy może tworzą z X Muzą uczuciowy trójkąt? Zabawa kończy się jednak tuż przed wejściem do sali, bo stało się już regułą, że najlepsze filmy o byciu zakochanym – nie o wielkiej miłości, nie o toksycznym współuzależnieniu ani o trudach bycia razem – omijają walentynki szerokim łukiem.

photo.title
"Nikt nie woła"

Jest w arcydziele Kazimierza Kutza "Nikt nie woła" scena, która, przepraszam za wyrażenie, znaczy więcej niż tysiąc słów. Odwracając się na chwilę od bohaterów – żołnierza AK, Bożka, który zdezerterował na Ziemie Odzyskane, oraz Lucyny, młodej kobiety, którą uciekinier poznał na stacji kolejowej – kamera podgląda rozkładające się tkanki przygranicznej mieściny. Pośród omszałych ścian i popękanych murów zauważa przykrywającą dach, roztapianą przez prażące słońce papę, która długimi językami ciągnie się do samej ziemi. Ten niepozorny fragment jest genialną w swojej prostocie metaforą tego, co połączyło Lucynę i Bożka.  Pokazuje moment "otwierania się" na uczucie, zmianę stanu skupienia naszego umysłu. Nie bez przyczyny mówimy: "rozpływać się w miłości".

photo.title
"Debiutanci"

To moja ulubiona filmowa metafora stanu zakochania. Ujęcie skondensowane i precyzyjne – małe, a jednak większe niż cały film. Po głowie błąkają się jeszcze inne powidoki cudzego afektu: uliczny taniec Josha Pecka z "Wackness", zapalającego chodnikowe płytki niczym Michael Jackson w teledysku "Billie Jean"; wyśpiewany przez Lou Reeda "magiczny moment" z "Zagubionej autostrady", gdy krzyżują się spojrzenia Patricii Arquette i Balthazara Getty'ego; nieśmiały komplement Roberta Forstera pod adresem krzątającej się w kuchni "Jackie Brown" (w tle niezawodni Delphonics z kawałkiem "Didn't I Blow Your Mind This Time"); świat w technikolorze, tańczący tylko dla bohatera "(500) dni miłości". Hania, w cywilu Ta Jedyna, podpowiada: Vesper Lynd wyznająca miłość Jamesowi Bondowi w "Casino Royale". Redakcyjna korektorka Dorota wspomina ważące kilka ton powietrze między Carey Mulligan a Ryanem Goslingiem w "Drive". Kolega Maciek z działu wideo podrzuca kolejne fragmenty "Debiutantów". Facebook, dziś reprezentowany przez koleżankę po piórze Kaję, również pamięta: randka Angeliny Jolie i Jonny'ego Lee Millera w "Hakerach". Oboje byli w sukienkach. I śnili te same sny. How cool is that?

Podobnie jak w życiu, filmowa miłość zmierza od asymetrii do symetrii – od niewspółmiernych snów o idealnym love story do wspólnoty potrzeb, zainteresowań, marzeń. Ciekawa i inspirująca jest w każdym stadium, ale najbardziej fotogeniczna wydaje się wtedy, gdy raczkuje. Filmowcy wypracowali język opisu tego szalonego stanu i choć zwykle nie zwracamy na niego uwagi, bywa, że mamy do czynienia z narracyjnym creme de la creme.

photo.title   photo.title
"Casino Royale"

Zakochani mają nawet dedykowaną sobie figurę stylistyczną, czyli synestezję. Miłość uderza znienacka i choć rozpoczyna się od spojrzenia, szybko zajmuje inne zmysły. Ekranowy "moment" to zwykle pocałunek, który sami czujemy, woń, posiadająca własny kolor i swoją konsystencję; piosenka, którą możemy zobaczyć –  jak wtedy, gdy wyobrażamy sobie, że jesteśmy bohaterami filmu o swoim życiu.  To, co dzieje się później, dowodzi transgresyjnej mocy kina. Ile razy zapytaliśmy podczas seansu: Czyż to samo nie przytrafiło się właśnie mnie?

Bojkotujemy z narzeczoną walentynki, bo celebrować to wannabe-święto to trochę tak, jakby unieważnić dzień powszedni. Usprawiedliwić amory na pół gwizdka, przyjąć miłość jako niezbywalne prawo. I tu też najlepszym nauczycielem okazuje się kino. Związek to w nim dramat, miłość to proza, zaś zakochanie – poezja. Do czasu, gdy zobaczymy film, w którym, zupełnie jak w życiu, będzie zupełnie inaczej. 

komentarze

Dodaj komentarz

dobrze ze mój facet ma wyobraźnie i nie musi mnie zabierać na taki szajs .... ach

Świetne! Szkoda, że tak mało na filmwebie tekstów luźnych, napisanych z polotem, ale bez ignorancji.

Przy okazji zapraszam na mojego bloga www.kurtula.blogspot.com

sever - dzieciaku, odpowiedz sobie ja jedno podstawowe pytanie. Czy porozumiewamy się w języku polskim, który ma określoną składnie i gramatykę - i wtedy staje się komunikatem zrozumiały dla każdego. Czy też mówimy krasomówczym dialektem walkiewiczowym, który przestawia szyk zdania do tego stopnia, że staje się zrozumiały tylko dla autora.
Otóż -pewnie o tym wiedziałeś - dziennikarz z racji misji jaką wypełnia powinien dbać przede wszystkim o komunikatywność swojego przekazu. Jego język powinien być przezroczysty. Epatowanie własnym stylem (jeśli się go ma) właściwe jest dla pisarzy i poetów, czasem reportażystów ale nie dla zwykłego dziennikarzyny.
sewer - jak chwilę pomyślisz - zastanowisz się nad poziomem intelektualnym swoich "wypocin", to wcześniej czy później przyjdzie refleksja, że nie jesteś w stanie mnie obrazić :)

Straszny z ciebie beton Tom__Tom (dawno nie udalo mi sie spotakac czlowieka, do ktorego tak bardzo nic nie dociera) i w dodatku niezbyt lotny. A to twoje bucówa i nieuzasadniona duma z "uprawianego zawodu" wskazuje na jakiegos studencika pierwszego roku z warszawki - przykro mi, ale takie sprawiasz wrazenie. :)

sever - i tu masz rację - w tym kontekście, ktoś z nas dwóch z pewnością się ośmieszył :)

Tom__Tom: nietrudno wyczytac kim jestes z zawodu, ale to o niczym nie swiadczy. A jesli już, to miazdząco swiadczy przeciwko Tobie.
Swoją drogą naprawdę myslisz ze Twoj zawód w kontekscie tej dyskusji cos znaczy? Jesli tak, to troche sie osmieszasz.
Druga sprawa, skoro wydaje Ci sie, ze artykuł podobac sie moze tylko "kolegom autora" to dziwny z Ciebie człowiek.

Walentynki to jak widzę bardziej święto frustracji i kompleksów...



"How cool is that?" mnie powaliło panie Michale. A i jeszcze fragment o gumkach i o komorach wypełnionych słodkościami naprawdę poetycko. Brakuje mi tu jednak wątku LGTB. Ostatnio najbardziej romantyczne wydają mi się filmy o związkach homoseksualnych. Polecam "Zupełnie inny weekend".

sever - koledzy autora się uaktywnili... :) Mój post był dla ciebie za trudny? A mógłbyś wyczytać kim jestem z zawodu.
Tekst powyżej nie jest za trudny... To stylistyczny gniot, napisany na kolanie, żeby było "coś różowego" - walentynkowego...

Alunek:
Sens dyskutowania i rozmowy jest zawsze. To wiele wnosi, nie sadzisz? ;)
A walentynkowe swieto faktycznie bezsensowane. Natomiast jesli porownujesz go do obchodzenia swieta Bozego Narodzenia, to swiadczy to o tym ze nie rozumiesz ani jednego ani drugiego swieta.

saint_k55, Tom__Tom i biankamaj20:
Bzdury piszecie. Tekst jest swietny. Artykuł naprawde wyjatkowo dobry, ale niestety stanowi wyjatek na Filmwebie, bo pozostali resaktorzy raczej sklaniaja sie ku schlebianiu takim jak wy (nie obrazajac nikogo).
A jesli ten tekst jest dla was za trudny, to przeniescie sie na Popcornera.

Dobry tekst. Zaraz szukam "Debiutantów"
I zgadzam się z Mendzią.Ostatnie zdanie idealnie opisuje aktualnie prezentowane w kinie filmy romantyczne, które nijak mają się do rzeczywistego wyglądu związków.

nie rozumiem zarzutów, lekki i zabawny felieton, świetnie się czyta.

Kino: Związek to w nim dramat, miłość to proza, zaś zakochanie – poezja. Do czasu, gdy zobaczymy film, w którym, zupełnie jak w życiu, będzie zupełnie inaczej. - Świetnie to ująłeś drogi Autorze!

saint_k55 - to grono czytelników jest bardzo wąskie, najczęściej składa się z jednej osoby. Wiem co mówię. Miałem kiedyś w redakcji traki egzemplarz. Tłumaczenie, że pisze dla czytelników a nie dla siebie - absolutnie się nie sprawdza. Łatwiej zwolnić niż nauczyć... :)

Już wiadomo, skąd te dziwne teksty na Facebooku. Dajcie spokój z "lubicie kogoś tam...?", bo nie da się tego znieść, nawet jak news ciekawy.

Tom__Tom i biankamaj20 - Zgadzam się, strasznie ciężki tekst, skierowany to wąskiego grona czytelników, których nie rozboli głowa od próby przeczytania go :( Szkoda, bo pomysł naprawade fajny. Pozdrawiam autora

Zadziwiające ile w ludziach jest nienawiści. chcesz - świętujesz, nie chcesz - nie świętujesz. Nie ma sensu dyskutować nad komercyjnością walentynek. A może Boże Narodzenie to od kiczu i komercji jest wolne (ach! te stosy tandetnych stroików świątecznych, bombki od października itp. itd.)? Albo Wielkanoc (zamiast bombek wieszamy pozdobione jajeczka na gałązkach wierzbowych, cały dom pelen jest kurczaczków, baranków, zajączków itd. itp. - choć fakt, jest to chyba najmniej skomercjalizowane święto.) Poza tym, zadziwiającym wydaje się fakt, że święto bojkotują ci, którzy nie mają partnerów i tylko do tego momentu. Gdy partner odnajdzie się na tej 7 miliardowej planecie okazuje się, że ten jeden dzień w roku da się jakoś przeżyć i bywa nawet całkiem miło. Dajmy ludziom wolność wyboru, nie ma co afiszować się ani z zachwytem ani niechęcią do walentynek, tak się po prostu utarło i tak już jest ;)

Jeśli ktoś nie przepada za klimatami walentynkowymi, to polecam obejrzenie tego filmu:
http://www.filmweb.pl/film/Kocha...+Nie+kocha!-2002-32566

Tak walmy po łbie walentynki. Och jaki to kic, ohc jak obrzydliwie. Decyzją ogóły skasowane zostało to "puste" święto sprzedawców i kupców.
CO TERAZ?

skończta wszyscy już. afiszowanie się z nieobchodzeniem walentynek jest conajmniej tak samo żenujące jak ich obchodzenie. bo co? bo jesteśmy tacy offowi, tacy mądrzy, że widzimy kicz, że wiemy, że to komercja, że nasze uczucia są lepsze od uczuć innych i że nie potrzebujemy na ich okazywanie specjalnego dnia... och naprawdę! i musimy o tym mówić całemu światu, bo odkryliśmy amerykę?

zgadza się monika199406 !!!1

walentynki to święto komercyjne
zostało wymyślone przez sprzrdawców którzy nie mieli zarobku między bożym narodzeniem a wielkanocą
miłość powinno się wyzanwać codziennie a nie tyko raz do roku...

Ciężko się czyta. Rubryka "Kosz"

Pani korektorko Doroto. Pierwszy akapit powinien trafić do rubryki "kosz". Tak zagmatwanej składni dawno nie widziałem. Kto kogo metaforyzuje celebrując??

Etam,etam, Miłość to tylko chemia...

"Miłość uderza znienacka i chodź rozpoczyna się od spojrzenia (...)". Wydaje mi się, że jednak powinno być "choć". ;-)
A co artykułu: mimo niewielkich rozmiarów, znalazło się w nim wiele ciekawej treści. Jestem na tak. ;-)

bojkotujecie, ale walentynki. to żadne święto państwowe, żeby jego znaczenie uwypuklać wielką literą!
na marginesie: krótko, ale zwięźle. Ciekawie napisane ze szczyptą, lubianego przeze mnie, ironicznego poczucia humoru.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:

newsy

zobacz wszystkie newsy

gorące newsy

magazyn