Łukasz Muszyński

Hans Zimmer. Jakby miało nie być jutra

Persona
/fwm/article/Hans+Zimmer.+Jakby+mia%C5%82o+nie+by%C4%87+jutra-123297

Ścieżki chwały

REACTION SHOTPodziel się

Niewielu reżyserom udało się rozwinąć prędkość od zera do setki równie błyskawicznie, jak uczynił to Stanley Kubrick.

Niewielu reżyserom udało się rozwinąć prędkość od zera do setki równie błyskawicznie, jak uczynił to Stanley Kubrick, którego cztery pierwsze filmy z lat 1953-1957 stanowią przykład geometrycznego wręcz przyrostu sprawności warsztatu i głębi refleksji. Debiutanckie "Strach i pożądanie" (1953) nie zdradzają prawie żadnych oznak wybitnego talentu, podczas gdy "Ścieżki chwały" (1957) to już dzieło dojrzałego mistrza, który w międzyczasie wyostrzył zęby na dwóch noirach, "Pocałunku mordercy" (1955) i "Zabójstwie" (1956) (pierwszym – stanowiącym co najwyżej błyskotliwą wprawkę i drugim – redefiniującym na zawsze reguły gatunku tzw. caper movie).

Spośród tej czwórki filmem najbardziej poruszającym po dziś dzień pozostają "Ścieżki chwały": inspirowana prawdziwym zdarzeniem opowieść o trzech żołnierzach armii francuskiej, straconych dla przykładu za rzekome tchórzostwo na zachodnim froncie pierwszej wojny światowej. Pycha i personalna rywalizacja między dowódcami doprowadza do sytuacji, w której generał Mireau (George MacReady), podjudzany przez generała Broualda (Adolphe Menjou), wydaje rozkaz szturmu wzgórza zwanego Mrowiskiem – śląc tym samym swych ludzi na pewną śmierć, a następnie publicznie oskarżając o tchórzostwo tych, którzy rozkazu nie wykonali. Bogu ducha winnych kozłów ofiarnych przed trybunałem wojskowym broni pułkownik Dax (Kirk Douglas), w cywilu prawnik i zarazem jedyny z ukazanych tu oficerów kierujący się nakazami sumienia.

Scenariusz oparty został na pełnej gniewu powieści Humphreya Cobba z roku 1935, którą Kubrick przeczytał jeszcze jako nastolatek. Książka – mimo że pozbawiona surrealnego posmaku takich późniejszych klasyków prozy antymilitarnej, jak choćby "Paragraf 22" Josepha Hellera – do dziś pozostaje jedną z mocniejszych pozycji beletrystyki pacyfistycznej. Proces adaptacji, jakiemu zjadliwy w tonie tekst poddali Kubrick, Calder Willingham i (weteran prozy kryminalnej) Jim Thompson, radykalnie skrócił i uprościł całość (trzymając się zresztą trajektorii wyznaczonej przez sceniczną adaptację pióra Sydneya Howarda z 1938 roku), destylując element szaleństwa militarnego, miażdżącego na swej drodze niewinność, empatię i jednostkę ludzką jako taką.

W rezultacie powstał film wielkiej siły i klarowności: czarno-biała opowieść z jasno rozdzielonymi racjami, która zarazem stanowi hipnotyzującą wizję militarnego obłędu. Popisy techniczne w rodzaju legendarnych już jazd kamery przez kręte okopy francuskie, tudzież skąpane w księżycowym świetle sceny rekonesansu za liniami wroga sprawiają, że film ma jedyną w swoim rodzaju fakturę, zarazem dokumentalną i silnie stylizowaną, łączącą najbrutalniejszy konkret z najbardziej subtelną alegorią. Jeśli dodać do tego znakomite aktorstwo całego zespołu, włącznie z rolami trójki oskarżonych (zwalisty Timothy Carey, udający chojraka Ralph Meeker i wyłoniony do odstrzału drogą losowania Joe Turkel), otrzymamy film wbijający się z siłą pocisku i w pamięć widza, i w filmowy kanon.

Twórczość Kubricka bywa najciekawsza, kiedy istnieje w niej napięcie między wymaganiami mainstreamu a formalnym eksperymentem – i tak właśnie jest w "Ścieżkach chwały".
Michał Oleszczyk
Twórczość Kubricka bywa najciekawsza, kiedy istnieje w niej napięcie między wymaganiami mainstreamu a formalnym eksperymentem – i tak właśnie jest w "Ścieżkach chwały". Bardziej niż jakikolwiek film reżysera przed "Lśnieniem" (1980) stanowi on jednocześnie wypowiedź w pełni autorską i tak zwany star vehicle, czyli film zbudowany wokół silnej osobowości gwiazdorskiej – w tym przypadku (współprodukującego film) Kirka Douglasa. Od jego pierwszego pojawienia się na ekranie – celowo opóźnionego aż do dziewiątej minuty projekcji i uatrakcyjnionego brakiem koszuli, co aktor miał zresztą zapisane w kontrakcie – film konsekwentnie wybija na pierwszy plan prawość Dixa, który jako jedyny nie zostaje nakreślony karykaturalnie grubą kreską.

Mimo że "Ścieżki chwały" pozostają najbardziej konwencjonalnym filmem Kubricka (a już na pewno najsilniej melodramatycznym, zważywszy na całkowitą niewinność oskarżonych), odnajdziemy tu mnóstwo tropów rozwiniętych dopiero w późniejszych (i bardziej radykalnych) dziełach reżysera. Temat absurdu wojny jako zabawy niemądrych chłopców morderczymi zabawkami pojawi się oczywiście w "Doktorze Strangelove" (1964) i w "Full Metal Jacket" (1987), a kontrast kultury i przemocy – i w "Barrym Lyndonie" (1975), i w "Oczach szeroko zamkniętych" (1999). Nawet walc tańczony przez oficerów w barokowym pałacu (nota bene tym samym, w którym Alain Resnais już wkrótce nakręci "Zeszłego roku w Marienbadzie") zwiastuje zarówno sceny balowe ze "Lśnienia", "Barry’ego…" i "Oczu…", jak i baletowy manewry statków międzyplanetarnych w "2001: Odysei kosmicznej".

Jeśli filmy Kubricka mają jakiś wspólny rdzeń tematyczny, to jest nim niewątpliwie śmieszno-straszna daremność ludzkich starań – niemoc jednostki wobec technologii i historii (tudzież, jak we wczesnym "Zabójstwie", wobec głupiego przypadku, zamieniającego dwa miliony dolarów w konfetti). Mimo to warto przypomnieć, że akurat ten film kończy się (dość przewrotną) nutą afirmatywną: dostajemy w finale słynną scenę, w której schwytana w niewolę niemiecka dziewczyna śpiewa francuskim żołnierzom pieśń "Wierny huzar" Frantzena-Gustawa Gerdesa, zamieniając rozochoconą bandę w łkających chłopców.

Tak wielki, bezwstydnie sentymentalny moment (zagrany przejmująco przez późniejszą żonę reżysera, Christine) zasadza się na bliskiej sercu każdego humanisty sugestii, że nawet pod najgrubszą skorupą brutalności bije tęsknota za pięknem (po prawie czterech dekadach z równie świetnym skutkiem podobną scenę, tym razem wzmocnioną Mozartem, da nam w "Skazanych na Shawshank" Frank Darabont). Jako zakończenie antywojennego melodramatu scena ta jest więcej niż idealna – a jako zakończenie filmu Kubricka działa także na poziomie perwersyjnym. Skoro to kultura i piękno stanowią nasz wspólny ratunek, to dlaczego piękno francuskiego zamku i tańczonych przez wojskową elitę walców nie przebudziło zawczasu generalskich sumień…? Trzeba będzie zaczekać do "Mechanicznej pomarańczy" (1971), by Kubrick mógł wyłożyć z całą mocą filozofię, wedle której kultura uśmierza przemoc jedynie naskórkowo, a żądnego krwi zwierzęcia w nas samych nie da się unicestwić bez unicestwienia nas samych.
13