Michał Oleszczyk

Halloween

Reaction Shot
/fwm/article/Halloween-125913
Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/fwm/article/Czekaj%C4%85c+na+Mela+Gibsona-125772

Czekając na Mela Gibsona

GORĄCZKA ZŁOTAPodziel się

Świdziński naśmiewa się ze świata, który stanął na głowie i kręci bączki.

Świdziński naśmiewa się w "Powstaniu. Filmie narodowym" ze świata, który stanął na głowie i kręci bączki; świata prowizorki, gdzie wszystko jest przyklejone na ślinę. Naśmiewa się z rodzimych konserwatystów, którzy widzą w Zachodzie tylko moralną zgniliznę, co nie przeszkadza im pielgrzymować do Hollywood, marzyć o polskich "Transformerach" i szukać zbawienia w Melu Gibsonie

***

Na pierwszej planszy czarna kropka i dwie wygięte kreski połączone tak, żeby wyglądały jak ptak. Na drugiej dochodzi jeszcze jedna kropka. Gdy przerzuci się kartkę, znika ptak, zamiast niego zjawiają się ludzie, a wraz z nimi regularna jatka – kropki to bomby, które unoszą się nad polem bitwy, zaraz zmiotą tych po prawej: grupę kosynierów. Ci, którzy padli, za chwilę powstaną i udadzą się do kręgarza, żeby wymasował im kręgosłupy i wypisał lewe zwolnienie na jutro, kiedy planowane są sceny "Rzezi Warszawy albo czegoś równie uniwersalnego". W komiksie "Powstanie. Film narodowy" Jacka Świdzińskiego zostajemy dopuszczeni za kulisy produkcji polskiego filmu historycznego. A kulisy produkcji polskich filmów historycznych są nierzadko dużo ciekawsze niż polskie filmy historyczne. Chodziła swego czasu w środowisku anegdota o pewnych filmowcach uprawiających powyższy rodzaj kina, którzy przygotowując się do kręcenia jednej ze scen, tak niefortunnie ustawili kamerę, że wjechała w nią pojawiająca się w filmie lokomotywa. W nakręconym przez nich obrazie już takich spektakularnych scen nie było. W ogóle nic w nim nie było.

Świdziński szarżuje aż miło – to jedna z tych polskich szarż, która się udała. W jego komiksie na planie spotykają się: emerytowany reżyser Kina Moralnego Niepokoju, który właśnie wyszedł z lasu; członkowie Stowarzyszenia Monarchistów, protestujących przeciwko historycznym wypaczeniom; wolontariusze wykorzystywani do eksplozji; kaskaderzy przemianowani na aktorów; chłopi przemianowani na statystów; prezes spółki skarbu państwa, przyjaciel trzydziestu ministrów, łapiący nagle za szabelkę, bo udzielił mu się patriotyczny nastrój; druga reżyserka, powoli odchodząca od zmysłów, ganiana z kąta w kąt przez ambitnego filmowca-amatora zatrudnionego, oczywiście, na umowę o dzieło, przygotowującego "making of". Świdziński wprowadza na scenę też absolwenta filmoznawstwa, który odbywa na planie bezpłatny staż i jest tak zalatany, że posila się tylko makaronem z serem. Pierwszy reżyser, aktorzy i scenariusz, póki co, nieobecni. Ponoć mają niedługo przybyć zza oceanu. Nad powodzeniem tej misji czuwa producent.

Podczas gdy większość zatrudnionych na planie wygląda jak patyczaki, producent jest okrąglutki jak słoneczko. Kiedyś budował autostrady (z tamtego doświadczenia zostały mu cytaty z Jana Kulczyka), teraz przerzucił się na kino. Zabrał się za nie z właściwej strony – rozpisał ogólnopolski konkurs na scenariusz, zmontował honorową radę, uruchomił akcję crowdfundingową. Zatrudnił też tabun ludzi do działu promocji, absolwentkę filozofii – ta ma dbać o idee – i kupił sobie bilet do Hollywood, gdzie pojechał bez jakiejkolwiek znajomości języka angielskiego. Oczywiście na miejscu się skompromitował, ale oczywiście nawet tego nie zauważył. W czasie, gdy szef jest za granicą, zastęp jego pomagierów myśli usilnie, jak go po powrocie mile zaskoczyć i uszczęśliwić.

Dałoby się z tego komiksu nakręcić dobry film, żeby jednak do tego doszło, decydenci w Polsce musieliby mieć do siebie więcej dystansu.
Jakub Socha
Podejrzewam, że dałoby się z tego komiksu nakręcić dobry film, żeby jednak do tego doszło, decydenci w Polsce musieliby mieć do siebie więcej dystansu – a z tym jest problem. Klimat jest taki, że już niedługo najlepiej będą sobie radzić ci, którzy nauczą się czytać w myślach włodarzy. Świdziński naśmiewa się ze świata, który stanął na głowie i kręci bączki; świata prowizorki, gdzie wszystko jest przyklejone na ślinę. Naśmiewa się z rodzimych konserwatystów, którzy widzą w Zachodzie tylko moralną zgniliznę, co nie przeszkadza im pielgrzymować do Hollywood, marzyć o polskich "Transformerach" i szukać zbawienia w Melu Gibsonie. U Świdzińskiego Gibson pojawia się na chwilę; szkoda, że polski komiksiarz tego wątku nie ciągnie, ostatecznie stawia na paradoksalny happy end, w którym to nad Polską tromtadracją triumfuje gust selekcjonerów małego festiwalu filmowego. Chciałoby się, żeby chociaż w komiksie, bo w życiu chyba będzie ciężko, Mel Gibson nakręcił film w Polsce i skąpał tę Polskę, jak to robi w swoich filmach, w krwi i przemocy. Zrobił z niej "Pasję".

W najmocniejszym obrazku z komiksu – który zaczął już hulać po Facebooku i żyć własnym życiem – pijany producent siedzi na podłodze rządowego samolotu i mówi: "Sztuka narodowa musi dawać po pysku, inaczej ludzie będą szukać tego gdzie indziej". I chwilę dalej dodaje, że chodzi mu o "po prostu taki film, żeby każdy, zanim do nas przyjedzie, trzy razy się zastanowił". W tych dwóch sentencjach jest całe sedno problemu, przed którym przestrzega Świdziński – przekonanie, że musimy zrobić duży film, którym rozsławimy Polskę w całym świecie, to zasłona dymna. W rozsławianiu dużo lepiej sprawdzają się małe, autorskie projekty – o tym też napomyka Świdziński, a potwierdza ten fakt choćby "Ida". Chodzi tak naprawdę o to, żeby naszych przerobić, a innych odstraszyć. Pocieszające jest tylko jedno, że jak się nawet uda – co, sądząc po przygotowaniu zawodowym tych, którzy misję tę będą wcielali w życie, jest raczej wątpliwe – to i tak prędzej czy później skończy się tak jak w przypadku Zygmunta Maklakiewicza. Ponoć po jednym z przedstawień teatralnych jak zwykle zapuścił się on w miasto i gdzieś w ciemnej alejce spotkał kilku panów, o dziwo, wracających z teatru. Ci panowie mieli tak rzec do aktora: "Ale złapał nas pan za mordę w tym spektaklu, teraz dla odmiany my pana złapiemy". 
25