Łukasz Muszyński

Hans Zimmer. Jakby miało nie być jutra

Persona
/fwm/article/Hans+Zimmer.+Jakby+mia%C5%82o+nie+by%C4%87+jutra-123297

Jak oglądać, by nie zwariować

REACTION SHOTPodziel się

Jak pozostać w kontakcie z filmową klasyką, nie tracąc z oczu tego, co nowe i świeże?

Obejrzałem wczoraj w pobliskim multipleksie dwa nowe filmy: "Amerykańską sielankę" i "Kłamstwo". Oba słabe, ale oba nowe i podejmujące ważne, aktualne tematy. Terroryzm, manipulacja prawdą, kulturowe wojny i odpowiedzialność za słowo. Uczestniczę w programie promocyjnym jednej z sieci polskich kin, więc nie zapłaciłem za tę przyjemność ani złotówki (ewentualnie kilka złotych po przeliczeniu kosztów karty członkowskiej). Cieszyłem się jak dziecko, wystawiając (niskie) oceny na Filmwebie, a następnie czytając recenzje online. Przez moment miałem nawet złudne, ulotne poczucie, że "ogarniam"; że jestem świadomym uczestnikiem współczesnej kultury filmowej. Po czym…

Wszedłem na Netflixa, który powiedział mi od razu, kawa na ławę, że w ostatnich trzech tygodniach pojawiło się w serwisie 75 nowych seriali i filmów. Przeglądam: faktycznie. Serial, serial, serial… i to od razu kompletne sezony! Nerwowo klikam w HBO GO, a tam jeszcze więcej dobra. Włączam kablówkę – same cuda, a na nagrywarce czeka jeszcze nadana niedawno seria Fassbindera, że nie wspomnę o nagranym przed rokiem filmie "Jowita" Janusza Morgensterna i czterdziestu innych pozycjach (zużycie pamięci: 94.5%). Naprawdę powinienem tę "Jowitę" obejrzeć (tym bardziej że jest po rekonstrukcji cyfrowej, uwydatniającej zmysłowe czernie i biele)…

W tym samym momencie przychodzi jednak newsletter Criterion Collection (jak każdego ostatniego dnia miesiąca). Mam trochę zaoszczędzonych dolarów na specjalnym koncie na takie zakupy, więc na jedno Criterionowe wydanie miesięcznie mogę sobie pozwolić bez bólu. Tylko… wkrada się lęk. Czy ja jeszcze "ogarniam"…? Czy moja nagrywarka kiedykolwiek będzie pusta, a ja naoglądany do syta? Czy chyląca się ku upadkowi wieża kilkuset DVD i Blu-rayów, która stoi tuż przy moim telewizorze (to te filmy do obejrzenia "w pierwszej kolejności") kiedykolwiek zmaleje? W tym momencie puka listonosz. Przyszła paczka. Zamówiony z używanego Amazona "Portret rodzinny we wnętrzu" (35 zł z wysyłką). I jak tu nie odświeżyć sobie późnego Viscontiego w jakości Blu-ray…?

Pora zrobić mocną herbatę. W kuchni to wgapiam się w czajnik, planując wybór serialu Netflixa ("Stranger Things" ponoć najlepsze, ale to już niemal antyk – po pół roku mało kto o nim mówi, mimo że był takim must-see), to sprawdzam smartfona. Ktoś wrzuca na fejsa mema o niskim stanie czytelnictwa w Polsce. Boże, przecież ja prawie wcale nie czytam; tyle, co mi każą do "Tygodnika Kulturalnego"…! Może zrezygnować w tym tygodniu z kina, wejść do sklepu internetowego i zakupić na Kindla – bo ja wiem – całą Sylwię Chutnik i choć raz móc w towarzystwie rzucić bon-mota o tym, jaką to ciekawą drogę twórczą przeszła od "Cwaniar" w górę…? Ewentualnie zainwestować w cztery aktualne reportaże, poczytać i potem rzucić mimochodem, że przecież Swietłana Aleksiejewicz ten nasz wszechświatowy kryzys już dawno opisała w "Cynkowych chłopcach"…? Zgryz.

Herbata gotowa. Kindle otwarty. Palec gotów do zakupu, ale głowa podpowiada, że przecież gdzieś na pozycji dwusetnej książek wciąż na czytniku obecnych (i nietkniętych) jest "Matka Makryna" Jacka Dehnela. Może to właśnie ten wieczór? Może to jest ten wieczór, w którym zatopię się w "Matkę Makrynę" (czy to się odmienia…? jak mogę tego nie wiedzieć w rok od zakupu książki…?) tak, jak za dzieciaka zatapiałem się w "Nędzników", kątem oka rejestrując tylko wędrówkę słońca na nieboskłonie i robiąc przerwę to na siku, to na (dostarczane do lodówki przez nieznane mi siły) jedzenie? Tak, to ten wieczór! Ale… Ping! Kolega wysłał gifa. Gif jest tak śmieszny i tak celnie puentuje naszą poranną rozmowę, że po prostu domaga się kontr-gifa, najlepiej tego z tańczącym do Abby mrówkojadem, co mi go kiedyś wysłała koleżanka – on tu na pewno jest, trzeba tylko przeskrolować tamtą rozmowę do ostatniego listopada. Jest! Wysłany. Ripoście stało się zadość. "Matka Makryna" zaczeka. Chyba pójdę spać.
Jak oglądać, żeby nie zwariować…? Jak pozostać w kontakcie z filmową klasyką, nie tracąc z oczu tego, co nowe i świeże – i świadkować ciągłym narodzinom nowych talentów i twórców? Formuła "codziennie jeden nowy film i jeden odcinek serialu", a "co drugi dzień jeden film stary" – nie zdała egzaminu.
Michał Oleszczyk
Jak oglądać, żeby nie zwariować…? Jak pozostać w kontakcie z filmową klasyką, nie tracąc z oczu tego, co nowe i świeże – i świadkować ciągłym narodzinom nowych talentów i twórców? Formuła "codziennie jeden nowy film i jeden odcinek serialu", a "co drugi dzień jeden film stary" – nie zdała egzaminu. W drogę weszło jej tzw. życie. Im więcej rozmawiam ze znajomymi, im więcej obserwuję swoją własną walkę z żywiołem internetowego nadmiaru, tym bardziej kwestionuję i pytam nie tyle o to, czy w ogóle warto – ale jakim sposobem mamy uczestniczyć w tym informacyjnym overloadzie, który (naukowcy są do tego zgodni) regularnie ryje nam banię, niszcząc neurony i stawiając pod znakiem zapytania dobrobyt naszych zwojów w tzw. wieku starczym, kiedy już będziemy pobierać te nasze 400-złotowe emerytury…?

No to teraz flashback. Kiedyś było to wszystko naprawdę proste. A przynajmniej takim to pamiętam. Jako najntisowe dziecko z domu niebogatego, ale i niebiednego, miałem swoje rytuały. Poniedziałek rano: zakup "Tele Świata" i "Super TV". Zakreślanie interesujących filmów jeszcze przed pierwszym dzwonkiem na lekcje. Detekcja ewentualnych konfliktów czasowych, kiedy to jedna emisja zachodziła na drugą. Prewencja: telefon do przyjaciółki z prośbą, by tego a tego wieczora nagrała dla mnie to i to – bo ja wówczas nagrywać będę co innego. Pielgrzymka do rodziców w celu wydębienia kasy na nowe kasety wideo, oczywiście po uprzednim określeniu, czy będą potrzebne dwie 240-tki czy raczej jedna 195-tka i jedna 240-tka (dla niewtajemniczonych dzieci wieku XXI: liczby oznaczają ilość nawiniętych na szpulę minut). Jeśli wyciąganie kasy nie szło za dobrze, przychodziła pora na bolesny proces eliminacji: który z nagranych już i wpisanych do (ręcznie prowadzonej) ewidencji film "zagrać", czyli wymazać go, nagrywając film nowy…?

"Zagrywanie" filmów było złem koniecznym: jakość nie była już tak dobra jak film nagrany na czystej taśmie, a czasami dało się słyszeć nawet dźwiękowe przebitki z filmów zajmujących taśmę magnetyczną wcześniej (oczywiście ten mankament dotyczył tylko taśm tanich i badziewnych: raczej Panasonix niż Panasonic). Ale bywało, że trzeba. Serce bolało, bo czasem czarny ząbek w roku kasety był już wyłamany: niechybny znak, że w pewnym momencie zdecydowaliśmy, że zawartość taśmy była definitywna i że należy tym wyłamaniem mechanicznie ochronić ją przed przypadkowym "zagraniem". Nasze magnetowidy wiedziały, które taśmy są chronione – jeśli by nacisnąć czerwone "record" w takim wypadku, kaseta była błyskawicznie wypluwana, trochę na zasadzie "WTF, koleś?". No ale, jako się rzekło, czasem "zagrywać" trzeba było, więc w ruch szła taśma klejąca. I to nie jeden wątły pasek, ale najlepiej kilka, bo jeden mógł zostać wepchnięty do środka przez mechanizm wciskowy – i wtedy wszystko na nic. Kaseta zaczynała więc brzydnąć, trochę jak nerd w sklejonych taśmą okularach. Trzeba było też zacząć kreślić po nalepce, bo tytuł "zagranego" filmu był już nieaktualny. Ewentualnie można było kupić nalepkę czystą, ale one nigdy nie wyglądały jak te oryginalne, dołączone do dziewiczej, zafoliowanej taśmy. Każde "zagranie" było ciosem w nienaganną estetykę stojącej na półce kolekcji VHS-ów.
Był taki czas. Był taki czas, że wszyscy "ogarnialiśmy", bo nowych filmów w kinach pojawiało się miesięcznie ok. 15. Dziś co piątek mamy 8-9 premier kinowych, a każdego dnia dowiadujemy się pewnie o dziesięciu nowych filmach i serialach dostępnych innymi drogami. 
Michał Oleszczyk
Mniej więcej około roku 1995 pojawił się szerszy dostęp do Polsatu i innych nowych polskich stacji, a wraz z nimi niespotykany dotąd problem: reklamy. Wycinanie reklam to była sztuka, zwłaszcza że polscy nadawcy przerywali filmy na chybił-trafił (TVN robił to czasem w pół słowa, Polsat stosował irytujący fade-out/fade-in, który na zawsze znaczył już sklejki w "gotowym" filmie). Kolekcjoner filmów sprzed ery DVD i internetu był jednocześnie kustoszem, technikiem, złotą rączką, historykiem i badaczem. Przed rokiem 1996, kiedy to po raz pierwszy wszedłem do sieci – i od razu wstukałem zapisany na karteczce adres IMdB – jednym z większych wyzwań było sprawdzanie czasów trwania oryginalnych filmów, w celu sprawdzenia, czy w polskiej telewizji nie jest pokazywana wersja skrócona.

Był taki czas. Był taki czas, że wszyscy "ogarnialiśmy", bo nowych filmów w kinach pojawiało się miesięcznie ok. 15. Dziś co piątek mamy 8-9 premier kinowych, a każdego dnia dowiadujemy się pewnie o dziesięciu nowych filmach i serialach dostępnych innymi drogami. Pytanie, czy w takim razie zakopać się w klasykę i już z niej nie wychodzić (trochę na zasadzie: "Po co mi literatura współczesna, mam Biblię, Szekspira i Balzaka"), czy też starać się uprawiać slalom, w którym liczba kijków rośnie z każdym dniem i w którym nie wywalić się na twarz jest coraz trudniej? Co ciekawe, mało o tym mówimy; prawie wcale o tym nie rozmawiamy. Wszyscy czujemy, że jest inaczej niż kiedyś; że każdy z nas pływa w trochę innej medialnej bańce i że te bańki się oddalają od siebie, zamiast zbliżać, ale ponieważ nikt nie dał nam języka do opisu tego nowego paradygmatu, zazwyczaj udajemy, że wszystko jest po staremu. Pora to zmienić. Pora wykuwać nowe modele krytyki filmowej i nowe modele mówienia o filmach, w którym "ogarnianie całości" nie będzie już naczelnym nakazem.

Obudziłem się dziś rano dosyć wcześnie. Na biurku nadal leży rozpakowany Visconti, nagrywarka mruga do mnie, jak mrugała wczoraj, obok leży zagrzebany w pościeli Kindle, na którym łypie nowy numer "The New York Review of Books", dostarczony przez niewidzialną wróżkę WiFi w nocy, kiedy spałem. I mimo że ten felieton miał być o czymś zupełnie innym – o odkrytym przeze mnie rewelacyjnym postapokaliptycznym nowozelandzkim sci-fi "The Quiet Earth" z 1985 roku, naprawdę wspaniałym! – kiedy usiadłem do pisania, poczułem potrzebę podzielenia się tą prostą konstatacją: Ja nie ogarniam. Jeśli Wy też nie ogarniacie, możemy sobie przybić piątkę. Oglądajmy każdy na własną rękę, mówmy sobie, co jest fajnego w sieciowym "out there", ale nie definiujmy swej misji jako za wszelką cenę zdobycznej; nie polujmy na wszystko na raz. Przy porannej kawie zacząłem nawet czytać "Cwaniary" Sylwii Chutnik. W tramwaju poczytałem jeszcze kilka stron. Fajna książka. Może nawet uda mi się ją skończyć. A jeśli nie, poczytam coś innego. Albo pójdę do kina. W końcu zawsze grają coś ciekawego.
42