Ludwika Mastalerz

Czas Oscarów

Button Masher
/fwm/article/Czas+Oscar%C3%B3w-127016
Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/fwm/article/Po%C5%BCar+w+Nibylandii-126900

Pożar w Nibylandii

HOTSPOTPodziel się

W Hollywood latami za alibi robiło enigmatyczne hasło "procesu twórczego", którym można było maskować dowolne formy nadużyć.

W Hollywood latami za alibi robiło enigmatyczne hasło "procesu twórczego", którym można było maskować dowolne formy nadużyć. Jeśli "działalność kreatywna" wymagała zastosowania radykalnych środków –  przekroczenia granic cielesnych, psychicznych czy po prostu reguł dobrego smaku – nikt się nie dziwił i nie narzekał, a co najwyżej grzecznie prosił o dublera. To właśnie temu – wśród innych istotnych kwestii – przeciwstawia się ruch #MeToo. 

Kiedy hollywoodzka piramida dobrego samopoczucia zaczęła się sypać, nikt specjalnie nie ronił łez ani nie bił na alarm. Fundamenty wciąż trzymały się mocno. Z zewnątrz było co prawda widać skomplikowany labirynt pęknięć i bruzd, ale ubytki bez trudu dawały się łatać zaprawą z przeczekania. Typowe Hollywood – jeśli coś tutaj istnieje naprawdę, to tylko w nadmiarze. Góra pieniędzy, seksu, używek, tak to sobie wyobrażaliśmy. Afery obyczajowe pęczniały gwałtownie jak baloniki z helem, żeby za chwilę skurczyć się, sflaczeć, zniknąć. Gdzieś pod skórą czuło się, że przemoc przenika Fabrykę Snów na wielu poziomach; że kobiece ciało sprowadzone do roli erotycznego gadżetu to nie wyłącznie marketingowy lep na spojrzenie (męskiego) widza, ale element głębszego systemu ufundowanego na nierównościach płciowych i nadużyciach władzy. Że obok bulwersujących spraw kryminalnych – gwałtów, szantaży, wymuszeń – problem ma także drugie, zupełnie powszednie oblicze. Mości się w codziennych, dyskryminujących praktykach, seksistowskim języku, bezkarnym naruszaniu granic osobistych, uprzedmiotawiających gestach. W kulturze mizoginii, której liberalne kryteria poprawności politycznej bynajmniej nie wyrugowały, a jedynie przykryły cienką woalką towarzyskiego wstydu. I której Hollywood jest jedynie powiększonym, lekko zdeformowanym lustrzanym odbiciem. 

Tyle że to cały czas nie była opowieść o nas – szarych czytelniczkach i czytelnikach – ale korespondencja z Nibylandii, obrazek z wnętrza króliczej nory, gdzie obowiązują inne normy i prawa. Pod tym impregnatem z fantazji kotłowało się jednak coraz więcej cuchnącej mazi. Kiedy runęły ostatnie zapory i gówno zalało słoneczną Kalifornię, smród uderzył z siłą tsunami, pochłaniając kolejne życiorysy i przestawiając – przynajmniej na pewien czas – wektory władzy. Hollywood przestało wybaczać i patrzeć przez palce – dowodem jest coraz większa grupa ludzi dystansujących się od Woody'ego Allena. Teraz to faceci boją się, że ktoś zajrzy im do szafy i odkryje trupa. Robią pośpieszne rachunki sumienia. Decydują się na autorefleksję, a na branżowych imprezkach organizują w doraźne grupy terapeutyczne ("Spojrzałem w głąb własnej duszy i zadałem sobie pytanie: czy kiedykolwiek zrobiłem coś złego? Czy zawsze byłem fair?" – czytamy w relacji z bankietu u "ważnego hollywoodzkiego producenta"). Kiedy trzeba porozmawiać z asystentką albo szukającą angażu młodą aktorką, drzwi do gabinetu na wszelki wypadek pozostają otwarte. W Stanach – nie tylko tych lewicowo-liberalnych i kwestujących na rzecz Demokratów – sprawa jest już przesądzona: żyjemy w nowych czasach, w epoce "po Weinsteinie". Odwrotu prawdopodobnie nie będzie.

Proces za proces

Nie ma w zasadzie tygodnia, żeby ktoś nie został ustrzelony – kiedy piszę te słowa, James Franco właśnie nie otrzymał nominacji do Oscara.
Marcin Stachowicz
Możemy oczywiście śmiać się z takiej nadgorliwości – ile to już razy próbowano nam wmawiać, że drobne tąpnięcia oznaczają nadchodzący koniec świata? Możemy się również bać – "polowania na czarownice", rewolucyjnych nadużyć, widma purytanizmu. Płaczmy w komciach i publicystyce, że na stosach płoną nasi ulubieńcy (case "znikającego" Kevina Spaceya), że w imię nowego porządku rezygnuje się z kryterium zasług i talentów. Rzeczywistość pozostaje jednak nieubłagana – pomimo zbiorowej (kontr)histerii, fala postępuje i zagarnia kolejne terytoria. Najcześciej zaczyna się od wpisu na Twitterze albo Fejsie, ploteczki, wywiadu w kolorowym magazynie, te jednak – inaczej niż w przeszłości – pociągają za sobą realne konsekwencje: zawieszenie lub zwolnienie z pracy, ostracyzm środowiskowy, negatywne reakcje największych medialnych czy politycznych graczy. Nie ma w zasadzie tygodnia, żeby ktoś nie został ustrzelony – kiedy piszę te słowa, James Franco właśnie nie otrzymał nominacji do Oscara. Fala dawno przekroczyła granice jednej grupy zawodowej i jednego "ośrodka władzy", pod hasztagiem #MeToo zyskując globalny, ponadnarodowy zasięg i inicjując nie tylko debatę na temat seksizmu i mizoginii w życiu społecznym, ale stawiając uniwersalne pytania o seks jako przestrzeń swobody bez ryzyka krzywdy. A jednak pierwszy kawałek domino – nawet jeśli weźmiemy pod uwagę żyzne podglebie prezydentury Trumpa i amerykańskich kobiecych marszów – przewrócił się właśnie w Hollywood. W miejscu, gdzie rzeczywistość cały czas przenika się z fantazją i karmi jej potencjałem. Rewolucyjna fala wezbrała w Fabryce Snów nie tyko dlatego, że działa tu wielki biznes, a nadmiar pieniędzy i władzy wytwarza dobre warunki do spektakularnych nadużyć. W Hollywood kapitał bardzo wcześnie zawarł strategiczny sojusz z nadmiarem fikcji, pozwalając na niczym nieograniczoną realizację własnych (czyt.: przede wszystkim męskich) pragnień. Na ekranie i w życiu codziennym. I raczej nikt nie zamierzał się przejmować, że za grubym murem fantazji kryją się ludzie z krwi i kości. 

Wystarczy przewertować któryś z "post-Weinsteinowskich" artykułów w amerykańskich magazynach opinii, żeby sprawy zaczęły nabierać klarownych kształtów. W Hollywood latami za alibi robiło enigmatyczne hasło "procesu twórczego", którym można było maskować dowolne formy nadużyć. Jeśli "działalność kreatywna" wymagała zastosowania radykalnych środków – przekroczenia granic cielesnych, psychicznych czy po prostu reguł dobrego smaku – nikt się nie dziwił i nie narzekał, a co najwyżej grzecznie prosił o dublera. Na straży "wolności twórczej" i "autonomii dzieła" stał amerykański wymiar sprawiedliwości, a zdrajcy, którzy wystąpili przeciwko hollywoodzkim pryncypiom, musieli szukać pracy w innych branżach. Przykłady można mnożyć. Dana Goodyear z "New Yorkera" opisuje historię kobiety, która pod koniec lat 90. pracowała jako asystentka zespołu scenarzystów ultrapopularnego serialu "Przyjaciele". Do jej obowiązków należało między innymi zapisywanie wszystkiego, o czym rozmawia się w "pokoju pisarzy". "Pisarzy", a nie "pisarzy i pisarek", bo zespół składał się niemal w stu procentach z białych facetów. Na ich "pracę kreatywną" – jak zeznała później Amaani Lyle – składały się między innymi głośno wypowiadane fantazje o seksie analnym czy oralnym z serialowymi aktorkami, omawianie szczegółów anatomicznych – wielkości piersi czy kształtów wagin – wymyślanie scen gwałtu czy kategoryzowanie współpracownic podług kryterium "puszczalskości". Kiedy sprawa wreszcie trafiła do sądu, obrońcy "kreatywnych" powołali się na 1. poprawkę do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, tłumacząc, że ich "kontrowersyjne" zachowanie zostało podyktowane "twórczą koniecznością" (creative necessity), a praca nad serialem o "paczce dorosłych przyjaciół, niebędących w dodatku w stałych związkach" wymaga posługiwania się "pasującym do kontekstu", nacechowanym seksualnie językiem. Za kolegami wstawiła się część środowiska, podkreślając w liście otwartym, że "procesy twórcze, prowadzące do uchwycenia niezbędnej magii dzieła, są trudne do wyjaśnienia, sprzeczne z intuicją, nielinearne, często bolesne – a, ponad wszystko inne, bardzo delikatne", dlatego wszelkie formy wymuszonej "autocenzury" poskutkują w dalszej perspektywie "spadkiem scenariopisarskiej produktywności". Ostatecznie w 2006 roku kalifornijski Sąd Najwyższy opowiedział się po stronie branży. Warner Bros., producent "Przyjaciół", mógł otwierać szampana – zasada, że "wszystko, co padło w pokoju pisarzy, zostaje w pokoju pisarzy" (którą bez problemu można przenieść na plan zdjęciowy), zyskała oficjalne umocowanie prawne. Jeśli jakaś koleżanka poczuje się seksualnie napastowana, obrażona czy potraktowana przedmiotowo, sprawcy zawsze mogą powołać się na precedens i stwierdzić, że przecież nie byli na randce, tylko w pracy. A "proces kreatywny" wymagał akurat, żeby wszystkie napotkane kobiety witać słynnym dowcipem polskiego pisarza: "o, kurwy już przyszły".


"Przyjaciele"


Kobiety z przeszłością


"Weinsteinizm" Fabryki Snów sięga daleko głębiej.
Marcin Stachowicz
Sądowe precedensy to jedno, ale w Hollywood przyzwolenie na tak pojmowaną "twórczą ekstrawagancję" ma długi rodowód. Szczególny status "działalności twórczej" – nie do końca pracy, ale też niehobby i niezabawy – wpłynął na branżowe poczucie omnipotencji: jako kapłani masowych gustów i projektanci alternatywnych rzeczywistości, hollywoodzcy decydenci rzeczywiście uwierzyli, że mogą samodzielnie wyznaczać granice (własnych i cudzych) fantazji. Przesuwali je więc coraz dalej, biorąc w posiadanie nie tylko język i obrazy – porządki, w których pragnienie może się realizować w miarę bezpiecznie – ale realne ciała. Hollywoodzki syndrom Kasandry z choroby zamienił się w normę – jeśli kobieta mówiła publicznie, że doświadczyła przemocy seksualnej w miejscu pracy albo wchodziła na drogę sądową, natychmiast wpychano ją w ramy dominujących mitów i fantazji. Wytykano skandale z przeszłości, nieudane małżeństwa, romanse, nadużywanie alkoholu i narkotyków, zwyczajną głupotę, przewrotność i czart wie co jeszcze. Dyskredytować było niezwykle łatwo, bo nikomu nie chciało się bawić w rzetelne weryfikowanie informacji – rozwiązłość była przecież częścią romantycznej legendy o herosach masowej wyobraźni. To właśnie ta kasandryczna kultura wydała na świat Harveya Weinsteina – faceta, który, pod przykrywką liberalnych wartości, z wykorzystywania, gwałcenia i poniżania kobiet uczynił sobie styl życia. Jednak "weinsteinizm" Fabryki Snów sięga daleko głębiej, obejmując nie tylko życie społeczne, ale również wspomniany świat obrazów, fikcji, konwencji. To, co część z nas brała za pyszną zdobycz rewolucji seksualnej albo – odwrotnie – efekt postępującej seksualizacji sztuki i pop-kultury – ekranowa nagość, odważne sceny seksu, często bez wyraźnego umocowania w fabule – funkcjonowało także jako narzędzie realnej przemocy, środek do zaprowadzania dyscypliny i podkreślania męskiej dominacji. Dla "New York Timesa" przejmująco pisała o tym Salma Hayek – sceny łóżkowe we "Fridzie", które aktorka i reżyserka dokręcała na wyraźne żądanie Weinsteina, były nie tylko karą za wcześniejszą odmowę kontaktów seksualnych, ale swego rodzaju ultimatum: albo zrealizujesz konkretne "wizje artystyczne", albo nigdy nie skończysz filmu. W "robienie sztuki" zostały wpisane bezradność, poniżenie i trauma – emocjonalno-cielesne konsekwencje, niewidoczne z perspektywy zrealizowanego już dzieła. Z zewnątrz mogliśmy dostrzec co najwyżej działanie creative necessity: autonomiczne decyzje twórców, wybór określonych środków wyrazu, zestaw konwencji i reguł, chwyty marketingowe. O tym, że "Frida" mieści w sobie kobiece cierpienie, wiedzieli tylko Hayek i Weinstein


"Frida"



Zmiana warty

Oczywiście, wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę, że praca nad filmem to w praktyce przede wszystkim krew, pot i łzy – gotowość do podążania za autorytetem, samodyscyplina, przekraczanie własnych i cudzych granic cielesnych i psychologicznych. Czym innym jest jednak pasja i nieuznające kompromisów szaleństwo Jima Carreya na planie "Człowieka z księżyca" – genialnie uchwycone w netfliksowym "Jimie i Andym" – a czym innym sytuacja, w której na końcu łańcucha "kreatywnych decyzji" znajdujemy mizoginię i barbarzyńskie pragnienie odwetu. Albo prościej i łagodniej – kiedy przestrzeń na odmowę, wyrażenie świadomej decyzji, obronę własnej autonomii jest zbyt wąska albo nie istnieje w ogóle. 

Jeśli chcemy żyć, kochać i pracować w prawdziwie wolnych społeczeństwach, powinniśmy zdawać sobie sprawę, że uwolnienie połowy populacji od przymusu niechcianych spojrzeń, gestów i słów będzie krokiem w stronę większej sprawiedliwości.
Marcin Stachowicz
Hollywoodzka gorączka czyszczenia najwięcej obaw budzi tam, gdzie dotyka delikatnych kwestii wolności twórczej i sprawiedliwości – interesuje nas, kto jeszcze, obok Spaceya, zostanie w najbliższym czasie "wymontowany" albo cyfrowo wymazany z gotowego już filmu. Czyją karierę przekreśli "skradziony pocałunek" czy "muśnięte kolano"? "Gwałt jest przestępstwem. Ale podrywanie, nawet natarczywe lub chamskie, nie jest. Tak samo jak męska galanteria nie jest maczystowską agresją" – czytamy w liście prominentnych francuskich kobiet do "radykałek", podpisanym m.in. przez Catherine Deneuve i opublikowanym w szacownym dzienniku "Le Monde". Takie głosy są oczywiście cenne i należy się w nie uważnie wsłuchiwać, jednak samo przekonanie o kobiecej wspólnocie doświadczeń wydaje się w tym przypadku mocno iluzoryczne – Deneuve i spółka zbyt łatwo uwierzyły, że ich uprzywilejowana pozycja jest w istocie pozycją uniwersalną, zignorowały więc kontekst klasowy i pokoleniowy. W pewnym sensie uderzyły w same zręby kobiecej podmiotowości – podały w wątpliwość zdolność kobiet do samodzielnego definiowania własnych granic cielesnych, oddzielania kontaktów "chcianych" od "niechcianych", racjonalnych ocen od subiektywnych wyobrażeń. Tymczasem – jak pokazuje choćby sprawa Aziza Ansariego – rewolucyjny zapał wcale nie przekreśla trzeźwego osądu. Nie jest tak, że za chwilę pod pręgierzem znajdą się wszyscy faceci, którzy nie potrafią czytać w myślach. W głównym nurcie dominuje raczej pogląd, że Ansari – oskarżony o molestowanie przez nowojorską fotografkę na łamach popfeministycznego serwisu "Babe" – zrobił w danej sytuacji tyle, ile mógł i powinien: przede wszystkim uznał wyrażony werbalnie brak zgody na seks. Dlatego, wbrew obawom sygnatariuszek listu z "Le Monde", stos nie zawsze daje się łatwo podpalić. I nie płonie na nim póki co "podryw i męska galanteria", tylko kultura tolerująca nadużycia i uprzedmiotowienie – bo nikt mi nie powie, że poruszanie intymnych tematów na biznesowej kolacji ze współpracownicą nie jest jawnym przekroczeniem granic. 

***

W Hollywood "po Weinsteinie" chodzi również o coś więcej – o przemyślenie, czym jest obecnie i czym powinna stać się w przyszłości nowocześnie rozumiana wolność artystyczna. O refleksję nad bardziej równościową, poszerzoną definicją krzywdy – "wolności od", która w większym zakresie traktowałaby ciało jako niezbywalną własność podmiotu. Jak się bowiem zdaje, "autonomia twórcza" – czyli hołubiona w USA "wolność do" – w niektórych aspektach całkowicie zdominowała i pożarła inne wolności, w tym tę najważniejszą: nienaruszalność granic osobistych; "wolność od" krzywdy, cierpienia, poniżenia i "wolność do" swobodnego mówienia "nie". To dlatego walka z seksizmem i mizoginią jest jednocześnie walką o pełne urzeczywistnienie w życiu społecznym jednej z podstawowych zasad liberalizmu: wolności osobistej. Na koniec warto przypomnieć, jak wolność definiowali dwaj myśliciele polityczni – niestety, jak zwykle faceci – których różniło niemal wszystko, za to zbliżały pryncypia. "Wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna wolność drugiego" – pisał Alexis de Tocqueville. "Wolność jest to prawo czynienia wszystkiego, co nie szkodzi innym" – tu z kolei kłania się Karol Marks. Jeśli wszyscy – ponad podziałami – chcemy żyć, kochać i pracować w prawdziwie wolnych społeczeństwach, powinniśmy zdawać sobie sprawę, że uwolnienie połowy populacji od przymusu niechcianych spojrzeń, gestów i słów będzie krokiem w stronę większej sprawiedliwości. A więc także – czy nam się to podoba, czy nie – większej swobody. Hollywoodzkie lustro jako pierwsze odbiło fałszywy uśmiech męskiej połówki świata – cóż z tego, że w wyolbrzymionej formie. To stąd wyszedł impuls, tu narodziła się jak na razie największa akcja emancypacyjna XXI wieku. I za to właśnie Nibylandii i jej kobietom należy się nasza dozgonna wdzięczność.
78