Czy Hollywood nie ma już pomysłów?

Rebooty, sequele, prequele czy spin-offy – w ostatnich latach Hollywood nieustannie sięga po te formaty filmowe. Czy to zabieg marketingowy, czy Fabryce Snów brakuje kreatywności? Profesor Wiesław Godzic, medioznawca z Uniwersytetu SWPS, analizuje obecną modę w kinematografii.

Kino gatunków

Parafrazując słynny dowcip z kultowego "Rejsu" (1970, reż. Marek Piwowski): publiczność lubi te filmy, które już zna. Widz chce wiedzieć, co będzie oglądać: komedię romantyczną, western czy musical. W ten sposób przewiduje, czy dana produkcja przypadnie mu do gustu i zyskuje poczucie kontroli podczas seansu.
3 21

To właśnie kino gatunkowe jest tworem łączącym upodobania publiczności z interesami producentów. Już w momencie, gdy widz decyduje się na to jaki seans wybierze, sugeruje się gatunkową klasyfikacją filmu, która wyznacza rozwój wypadków na ekranie. Masowa publiczność rzadko zdecyduje się kupić bilety na film artystyczny. Ponownie parafrazując cytat z "Rejsu": jakże miałaby im się spodobać produkcja, którą oglądają po raz pierwszy?

Gatunek jest kluczowym elementem planowania produkcji. Wytwórnie są w stanie ustalić grupę docelową, stworzyć kampanię marketingową i przewidzieć zysk ze sprzedaży biletów, gadżetów oraz nośników z filmami. Kino gatunkowe jest więc sprytnym pomysłem, na którym Hollywood bazuje od początku swego istnienia i nigdy z niego nie zrezygnuje. 

Ewolucja formy 

Gatunki ciągle ewoluują, a co za tym idzie – Hollywood musi wyczuć, w jaki sposób dany format zmienić, aby publika była usatysfakcjonowana. Widz lubi rozumieć gatunek, jednak gdy ogląda film, który jest identyczny z tym, który już zna, może z łatwością go odrzucić. Producent musi zatem zachowywać czujność i, wbrew powszechnie panującej opinii, pozostawać twórczym i oryginalnym. To, że ta kreatywność podporządkowana jest biznesowi, to już zupełnie inna sprawa.

Seryjność w kinie

Seryjność nie jest wyłączną domeną produkcji telewizyjnych. Oprócz seriali, programów informacyjnych i teleturniejów, które są produkcjami cyklicznymi z tymi samymi "bohaterami" i prezenterami, także w kinie istnieją zjawiska świadczące o seryjności. 

Sequele, czyli kontynuacje, istniały w kinie od zawsze. Już w okresie kina niemego powstawały tak zwane seriale kinowe, czyli filmy poświęcone losom jednej postaci. Mogła to być albo piękna kobieta w tarapatach ("The Perils of Pauline", 1914, reż. Louis J. Gasnier, Donald MacKenzie) albo przestępca (pierwsze produkcje o Fantomasie). Poszczególne odcinki filmowe najczęściej kończyły się cliffhangerem – zawieszeniem akcji w sytuacji krytycznej. Był to sposób na przyciągnięcie publiczności do kina na kolejną część. Taka powtarzalność gwarantuje w showbiznesie przewidywalność ekonomiczną.

Zrzut ekranu 2016-07-19 o 09.59.12.png

Rozkwit "sequelozy" przypadł na lata 70., czyli okres powstania blockbustera – wysokobudżetowego filmu wypuszczanego przez duże wytwórnie głównie w okresie wakacyjnym. Powstały wtedy pierwsze części "Szczęk" (1975, reż. Steven Spielberg), "Gwiezdnych wojen" (1977, reż. George Lucas) oraz "Ojca chrzestnego" (1972, reż. Francis Ford Coppola). Trend ten nigdy w Hollywood nie osłabł, a obecnie przybiera na sile.

Kreatywność vs. zysk

Producenci analizują, w jaki sposób powinny potoczyć się losy bohatera, by publiczność wyszła z seansu zadowolona, ale też zainteresowana dalszym ciągiem historii. To, jak skomplikowane jest skonstruowanie scenariuszy kolejnych części pokazuje przykład filmu "Batman v Superman: Świt sprawiedliwości" (2016, reż. Zack Snyder). Produkcja ta miała za zadanie: kontynuować losy Supermana, wprowadzić nowego głównego bohatera – Batmana, zaprezentować postaci, które w przyszłości otrzymają swoje własne filmy i jednocześnie być reklamą produkcji o Wonder Woman. W tym wszystkim zapomniano, że jest to przede wszystkim film, a dopiero w drugiej kolejności produkt marketingowy należący do serii zaplanowanej na kilka-kilkanaście lat. Mimo że publiczność oceniła "Batman v Superman: Świt sprawiedliwości" lepiej niż krytycy, wielu widzów narzekało na nieumiejętną konstrukcję fabuły. Potwierdza to tylko tezę, że Hollywood musi być twórcze, działa bowiem na pograniczu marketingu i kultury. To zupełnie inny rodzaj kreatywności niż w przypadku kina artystycznego.

Zrzut ekranu 2016-07-19 o 09.56.36.png

Historie opowiedziane na nowo

Największe pole do popisu mają autorzy rebootów, czyli filmów rozpoczynających nową serię znanego wątku. Twórcy tego rodzaju produkcji muszą zwrócić szczególną uwagę na nostalgię widzów za znaną historią, jednak mogą sobie pozwolić na dużą dozę oryginalności. I tak: wizja historii Batmana przedstawiona przez Tima Burtona jest czymś innym niż ta, zaproponowana przez Christophera Nolana. Nie mam na myśli tylko wybranych przez reżyserów wątków, które filmy podejmują, ale również takie aspekty mise-en-scène jak scenografia, kostiumy oraz gra aktorska. Reboot może też łączyć się z poprzednimi adaptacjami historii, którą opowiada. Tak było w przypadku najnowszej serii o X-menach, w której film "X-men: Przeszłość, która nadejdzie" (2014, reż. Bryan Singer) scalał wszystkie filmowe historie o mutantach za pomocą podróży w czasie. Alternatywna linia czasowa pojawia się także w filmie "Star Trek" (2009, reż. J.J. Abrams) usprawiedliwiając powstanie reboota.

Zrzut ekranu 2016-07-19 o 09.54.38.png

Potrzebę oryginalności traktuje bardzo poważnie film "Ghostbusters. Pogromcy duchów" (2016, reż. Paul Feig). Według wszelkich zapowiedzi jest to reboot będący jednocześnie kontynuacją. Na ekranie ujrzymy tych samych bohaterów, w podobnej historii, ale trzydzieści lat później i w zupełnie innych, bo kobiecych ciałach. Taki zabieg obrazuje czym jest reboot. Gatunki mówią dokładnie, jak dany film powinien wyglądać. Reboot natomiast snuje baśń na temat głównych postaci, fantazjuje i wyraża miłość do danej historii.

Oryginalność?

Mówi się, że od czasów Jana Kochanowskiego napisano w poezji już wszystko. Nie byłbym aż tak cyniczny. Chociaż oryginalność jest złudzeniem, to powielanie, przetwarzanie i reinterpretowanie może być twórcze. Widz jest surowym sędzią i gdy kreatywność zostanie pożarta przez powtarzalność, poinformuje o tym producentów. Dopóki jednak nie słabnie zainteresowanie seryjnymi blockbusterami, trudno oczekiwać by Hollywood mogło bardziej eksperymentować.

Prof. Wiesław Godzic, Nowe Filmoznawstwo, Uniwersytet SWPS
Informacja sponsorowana