Recenzja filmu Huragan (2018)
Rob Cohen

5 w skali Beauforta

Pomijając szereg nakręconych z niemal dziecięcą naiwnością scen akcji oraz całkiem przyzwoite - jak na fabularne założenia - aktorstwo, "Huragan" ledwie się kręci. Scenariusz jest dziurawy jak ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Huragan (2018)
Jeśli reżyser "Szybkich i wściekłych" oraz "xXx" wchodzi na plan filmu zatytułowanego "Huragan", to raczej nie po to, by nakręcić herzogowską diatrybę o beznamiętnej przyrodzie oraz ludziach spoglądających w otchłań. Wyrosły ze szczerych intencji i naładowany energią bezpretensjonalnego kina klasy B obraz Roba Cohena zapowiada zabawę na sto dwa. Ostatecznie jednak pozostaje obietnicą bez pokrycia.


W teorii, praktyce oraz całym kampowym majestacie, jest to opowieść o skoku na grubą kasę w trakcie szalejącego huraganu. Napadu dokonują źli faceci w kominiarkach, przed żywiołem ostrzega szlachetny meteorolog, w końcu zaś wszyscy - z rezolutną agentką federalną oraz zapijaczonym ex-komandosem i zarazem bratem meteorologa na czele - lądują w oku cyklonu. Jeśli zastanawiacie się, czy kino tzw. "wysokiego konceptu", wedle którego scenariusz musi być streszczony w dwudziestu słowach, ma jakiekolwiek granice, to "Huragan" - wink wink - je rozwiewa.    

Bohaterowie są niezniszczalni i na poczekaniu rzucają suchymi żartami, fizykę całego świata pożyczono z kreskówki, a że akcja filmu rozgrywa się w Alabamie, flanele i ciężki akcent są na porządku dziennym. Dodaje to filmowi niespodziewanego kolorytu, podobnie jak fakt, że przed kamerami pręży się Brytyjczyk Toby Kebbell. Co prawda facet lepiej sprawdza się w rolach fotogenicznych dziwaków, lecz nie potrzeba mistrzostwa w metodzie Stanisławskiego, by udźwignąć postać wrażliwego miłośnika trąb powietrznych walczącego z bandą rabusiów.


Pomijając szereg nakręconych z niemal dziecięcą naiwnością scen akcji oraz całkiem przyzwoite - jak na fabularne założenia - aktorstwo, "Huragan" ledwie się kręci. Scenariusz jest dziurawy jak szwajcarski ser, chemia pomiędzy bohaterami została na papierze, zaś wszystkie sceny dialogowe to oczywiście test cierpliwości. I chociaż za nominalnego intelektualistę chwackiej drużyny robi facet, a oddelegowana do kopania tyłków i spisywania nazwisk zostaje kobieta, nie szukałbym tutaj jakiejś wielkiej gatunkowej transgresji. Koniec końców, jedynym sensownym bohaterem pozostaje wygenerowane w komputerze tornado.  

Połączenie filmu katastroficznego oraz heist movie nie jest niczym nowym i mówiąc szczerze, to nie najgorszy pomysł na kino - przypomnę tylko, że trąby powietrzne porywały już całe ławice rekinów, zaś po samolotach pełzały egzotyczne węże. Tym większa szkoda, że "Huraganowi" brakuje jakieś nuty narracyjnego szaleństwa, fabularnej ekstrawagancji, dialogów, bohaterów oraz sytuacji, do których wracalibyśmy z miłością w sercu oraz ironicznym uśmiechem na twarzy. Kule rykoszetują, maszyny wiatrowe pracują pełną parą, ciężarówki wypełnione forsą latają po ekranie. Lecz uczucia, które zostaje po seansie, raczej nie pomylicie z ekscytacją. To zawrót głowy.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 73% uznało tę recenzję za pomocną (11 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni