Recenzja filmu Titanic (1997)
James Cameron

A statek płynie

Warto jeszcze raz wejść na pokład "Titanica", by przespacerować się zadymionymi halami maszynowni i podnieść z pokładu kawałek góry lodowej.
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Titanic (1997)
Titanic jeszcze raz podnosi kotwicę. Tłoki pracują, para bucha, orkiestra gra, Leo stoi na dziobie i wykrzykuje, że jest królem świata. Przeniesiony w trójwymiar film Jamesa Camerona jeszcze lepiej uwypukla to, co zafascynowało Kanadyjczyka w historii feralnego rejsu. Drobiazgowo odtworzona architektura statku to kolejny przejaw jego fetyszystycznego, nabożnego wręcz stosunku do najróżniejszych owoców technologicznego postępu.
 
Kamera, którą Cameron puścił w ruch na planie "Titanica", nigdzie nie czuje się tak dobrze, jak w towarzystwie bezosobowego tłumu, wypełniającego parne maszynownie, zadymione palarnie, barokowo wystrojone kajuty, niższe pokłady zajmowane przez biedotę i wielkie balowe sale. Efekty 3D, choć nie mogą równać się z "Avatarem", czy nawet "Hugonem i jego wynalazkiem", są jak ozdobna wstęga oplatająca każdy element scenografii – od odmierzającego czas do nieuchronnej zagłady zegara, w który wpatruje się bohater, przez mosiężne stery, na których w krytycznym momencie zaciskają dłonie spanikowani marynarze, po zamulone, rozpadające się na naszych oczach dokumenty z zatopionego sejfu. Na zasadnicze pytanie – czy warto jeszcze raz wejść na pokład "Titanica"? – odpowiedź jest więc oczywista: warto, choćby po to, by "dotknąć" rzeczonych faktur i zbadać owe kształty; przespacerować się zadymionymi halami maszynowni i podnieść z pokładu kawałek góry lodowej.

"Titanic" to z dzisiejszej perspektywy ciekawszy film o niedoskonałej pamięci niż o wielkiej miłości. Kiedy Cameron zajął w Hollywood miejsce Spielberga jako trybuna wielomilionowej publiczności, być może zaczął chodzić na kompromisy, ale inteligencji mu nie ubyło. Mając świadomość nieodwracalnej konwencjonalizacji melodramatycznego gatunku, umieścił w swoim filmie współczesną ramę. Nie bez przyczyny historię uczucia, które połączyło Jacka (DiCaprio) i Rose (Winslet), poznajemy z ust tej ostatniej, w prologu i epilogu utworu – wiekowej już staruszki. I w zgodzie z maksymą, że nostalgia jest filtrem wygładzającym krawędzie przeszłości, całą jej opowieść można traktować jako podkoloryzowaną wersję zaszłych wydarzeń. Naszkicowane kreską grubości cumy okrętowej postaci i zamaszyste metafory potwierdzają tę interpretację: każde doświadczenie wydaje się  w jej wspomnieniach doświadczeniem granicznym, a każde uczucie – uczuciem ekstremalnym. Wśród bohaterów zaludniających tę przejaskrawioną rzeczywistość na pierwszy plan wysuwają się: artysta-szuler-wagabunda Jack oraz narzeczony Rose, zawistny i apodyktyczny Cal Hockley (doskonale obsadzony Billy Zane).
 
Niemal wszystkie filmy Camerona opowiadają o ludzkiej potrzebie triumfu i zakodowanym w naszych genach instynkcie przetrwania. W "Obcych – decydującym starciu" człowiek pokonuje własne słabości i poprzez agresję i determinację udowadnia swoją wyższość nad śmiercionośnymi bestiami z kosmosu. W "Terminatorze 2" empatia i umiejętność wybaczania pozwalają bohaterom zatriumfować nad zafiksowanymi na celu, bezrefleksyjnymi maszynami z przyszłości. Nie inaczej jest w "Titanicu", gdzie natura, posyłając statek na dno, tylko pozornie weryfikuje boskie zapędy homo sapiens. Porażka umysłu jest jednocześnie triumfem uczuć. Więc kiedy Leo przekonuje, że nie żałuje ani jednej chwili, którą spędził na pokładzie "Titanica", nie mamy powodów, by mu nie wierzyć.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (189 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (7)

zobacz wszystkie