Recenzja filmu Straszna kobieta (2017)
Christian Tafdrup

Baby są jakieś inne

Film jest czymś więcej niż tylko relacją z usidlania dobrego mężczyzny przez złą kobietę. Tafdrupowie dają możliwość spojrzenia z dystansem na związek dwóch niepasujących do siebie osób - ...
Filmweb sp. z o.o.
"Straszna kobieta" może wydawać się najbardziej mizoginicznym obrazem kobiet, jaki widzieliście. Z wizją, jaką przedstawili bracia Christian i Mads Tafdrupowie, trudno jednak polemizować.

Reżyserzy utrzymują, że film zrodził się z ich prywatnych doświadczeń z kobietami i wszystkie opisane przez nich sceny wydarzyły się naprawdę. Twierdzą nawet, że niektóre wątki musieli złagodzić bądź całkowicie się ich pozbyć, bo gdyby opowiedzieli o swoich związkach jeden do jednego, tytułowa bohaterka przestałaby być odbierana jako autentyczny człowiek, tylko istne wcielenie zła. Podobno wszyscy ich duńscy znajomi mają tak samo. Podobno wszystkie duńskie kobiety są takie same. Podobno, być może. 

Skoro na wstępie wiadomo, że w filmie jest "straszna kobieta", musi być w nim również mało straszny mężczyzna. A tym jest przystojny, blondwłosy, stuprocentowy kawaler - Rasmus. Poznajemy go na domówce, którą zorganizował dla swoich najlepszych kolegów. Ich spotkanie przypomina zlot jaskiniowców. Chłopaki piją, palą, opowiadają sobie o pikantnych szczegółach swojego życia seksualnego i zaśmiewają się z żartów. W tle leci ostra muzyka. W kulminacyjnym momencie chłopaki zdejmują koszulki i zaczynają kotłować się w jednym uścisku na kanapie. Testosteron sto procent. I wtedy do mieszkania wchodzą one - ich dziewczyny, żony i kochanki. A wśród nich piękna Marie. Impreza natychmiast się uspokaja. Rasmus i Marie od razu łapią kontakt. Sprawa wydaje się przesądzona.

Początki ich związku są wspaniałe. Dużo seksu, dużo śmiechu i głębokich spojrzeń. Sytuacja zmienia się drastycznie, gdy niczego nieświadomy Rasmus wypowiada w przypływie euforii dwa magiczne słowa: bardzo cię lubię. Tafdrupowie dają widzom do zrozumienia, że w ten sposób niczego nieświadomy chłopak podpisał na siebie wyrok, a Marie dostała jasny sygnał, że może przystępować do akcji usidlania. Bajka właśnie się skończyła.

Opowieść o kobiecie, która rozgaszcza się w życiu - i mieszkaniu - mężczyzny niczym złośliwy rak, ratuje przed tendencyjnością błyskotliwość i inteligencja jej autorów. A także olbrzymie poczucie humoru. Mimo jasnej tezy, że wszystkie kobiety dążą do zdominowania i ubezwłasnowolnienia mężczyzny, Tafdrupowie traktują swoją bohaterkę - w miarę - uczciwie. Przez cały czas kamera prowadzona przez Nielsa Buchholzera jest blisko zarówno Rasmusa, jak i Marie - wyłapuje każdy ich gest, każde drgnienie twarzy i dwuznaczność sytuacji. Dzięki temu, przy odrobinie dobrej woli, sympatia niejednego widza znajdzie się od czasu do czasu także po stronie fantastycznie zagranej przez Amandę Collin dziewczyny (bez trudu uwiarygadnia ona toksyczne zachowania swojej bohaterki). W zależności od przyjętej perspektywy, tytuł filmu może się wręcz wydawać nieadekwatny.

Niezależnie od intencji twórców, będę się więc upierała, że film jest czymś więcej niż tylko relacją z usidlania dobrego mężczyzny przez złą kobietę. Tafdrupowie dają możliwość spojrzenia z dystansem na związek dwóch niepasujących do siebie osób - przeanalizowania, jakie błędy oboje popełniają, czego nie widzą, w którym momencie są szczerzy, a w którym manipulują bądź są manipulowani. Jako wyobrażenie współczesnych kobiet z perspektywy współczesnych mężczyzn ich film pozostaje udanym żartem. I jak w każdym udanym żarcie, jest w nim też ziarenko prawdy.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (5 głosów).
Dorota Kostrzewa
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry