Recenzja filmu Habit i zbroja (2017)
Paweł Pitera

Ciężka jazda

Słowo "film" wydaje się w tym przypadku sporym nadużyciem, gdyż ruchome obrazy są jedynie pretekstem (i zarazem tautologicznym odbiciem) dla płynącej z offu, usypiającej narracji. Przewodnikiem ...
Filmweb sp. z o.o.
"Średniowiecze to nie bajka" – słyszymy z ust narratora "Habitu i zbroi" już w pierwszej scenie, jakby chciał ostrzec widzów o słabych żołądkach i wąskich horyzontach. Lecz wbrew wszystkim tym dworskim intrygom czasów XIV-wiecznych, wbrew politycznym machinacjom, mordom i zdradom, całość przypomina właśnie bajkę – pozbawioną krzty narracyjnego polotu, nieciekawą formalnie i nakręconą dla dwunastolatków, którzy wiercą się na krzesłach podczas lekcji historii. 

Rzecz obejmuje dzieje zakonu krzyżackiego na przestrzeni prawie czterech wieków. Twórcy wędrują z XIII-wiecznej Palestyny na ziemie pruskie, przedstawiają powolną budowę nowego państwa, brzemienną w skutkach strategię Konrada Mazowieckiego, konflikt z Rzeczpospolitą oraz bitwę pod Grunwaldem, zaś całość puentują II pokojem toruńskim. Diagnozują przyczyny dynamicznego rozwoju zakonu, pokazują jego ekspansję, zaznaczają tragiczny paradoks ideologii. Z drugiej strony, rozpływają się w smaczkach rycerskiej kultury, pokazują religię, obyczajowość i politykę, a nawet architekturę czy wojskową etykietę jako sieć naczyń połączonych. To wizja rzetelna od strony faktograficznej i intelektualnie spełniona. Tyle że w trudnym gatunku fabularyzowanego dokumentu nie chodzi wyłącznieo to, co się mówi. 

"Habit i zbroja" jest połączeniem fabularnych inscenizacji, tradycyjnego dokumentu z przechadzającym się po historycznych lokacjach narratorem oraz animacji ilustrujących dziejowe praktyki. Pomysł dobry jak każdy inny, ale niech mnie wsadzą do żelaznej dziewicy i podgrzeją, jeśli nie zatęsknicie podczas seansu za "gadającymi głowami". O stylizowanej na średniowieczne malowidła animacji będzie krótko: jest źle, zasłona milczenia raz! Jeśli zaś idzie o inscenizację pojedynków, krzyżackich podbojów czy rozgrywek na szczytach władzy, całość sytuuje się gdzieś pomiędzy realizowaną w szopie parodią "Gry o tron" a plenerowymi rekonstrukcjami z okazji Dnia Chleba (w rolach zakonnych mistrzów, strapionych królów i szlachetnych rycerzy wystąpili żywo zainteresowani tematem naturszczycy, więc na papierze wszystko się zgadza). Realizacyjnym tour de force jest oczywiście Grunwald, pod którym animowana za pomocą korbki ciężka jazda rusza na odsiecz bitej bez litości piechocie. 

Słowo "film" wydaje się w tym przypadku sporym nadużyciem, gdyż ruchome obrazy są jedynie pretekstem (i zarazem tautologicznym odbiciem) dla płynącej z offu, usypiającej narracji. Przewodnikiem po tym świecie jest Stacy Keach, broadwayowski weteran i hollywoodzki spec od drugiego planu, który dzięki wąsom i barytonowi kojarzy się z figurami autorytetu oraz władzy. W polskiej wersji językowej skutecznie zagłusza go jednak lektor, który wypowiada kiepsko napisane kwestie z rzadką mieszanką infantylizmu oraz protekcjonalności. Czasem brakuje tylko, by jego żartom towarzyszył śmiech niewidzialnych klakierów niczym w sitcomie. Kiedy indziej – by rozpoczynał każde zdanie od "Drogie dzieci". 

Fakt, że z dokumentem – nawet fabularyzowanym – trudno przegrać do zera, niewiele tutaj zmienia. Jasne, "Habit i zbroja" to najlepszy film o Krzyżakach w tym roku i nie powinno to umknąć braci pedagogicznej. Problem w tym, że ta sama brać mogłaby po prostu zabrać drogie dzieci do parku, wbić w ziemię dwa patyki i opowiedzieć im o nich w równie zajmujący sposób. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 37% uznało tę recenzję za pomocną (19 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie