Recenzja filmu 2 noce do rana (2015)
Mikko Kuparinen

Czekając na Golgotę

Problem rysuje się więc sam: żeby zrobić dobry film, który w 70-80 procentach składa się z dialogów, trzeba mieć nie tyle fach w oku, co ucho czułe na żywą mowę. Kuparinen nie posiada ani ...
Filmweb sp. z o.o.
Co zrobić, kiedy dopadnie nas chandra wieku średniego? Oczywiście, jechać do jednej ze wschodnioeuropejskich stolic, zaklepać pokój w sieciowym hotelu i snuć się między zabytkową starówką, najntisowym "city" a postkomunistycznym blokowiskiem. Mimo że "niemiejsca" – wszystkie te odbite na powielaczu moteliszcza, poczekalnie lotniskowe, dworce i zajazdy przy autostradach – uchodzą za przestrzenie nawiedzane przez diabła i depresję, osobiście szanuję je za anonimowość, którą dają wszystkim czekającym i pędzącym dalej. W "2 nocach do rana" ogromny hotel w okolicach wileńskiego Placu Katedralnego to rodzaj azylu dla potłuczonych tożsamości i złamanych serc – można tu spojrzeć na własne życie z dystansu, poudawać kogoś innego, a – jeśli bilanse i maskarady w końcu się nam znudzą – poznać ciekawych ludzi i nawet się zakochać. Mikko Kuparinen traktuje jednak Coppolowski motyw "smutku nowoczesnego człowieka" jak zadanie domowe – atakuje nas taką dawką deklaratywności, że po kilkunastu minutach wyciska wszystkie soki z już i tak porządnie wyeksploatowanego tematu. Zostaje rzewny stereotyp zagubionych dusz, które w "niemiejsca" gna strach przed stabilizacją – bo świat przyśpieszył, bo trudno rozmawiać, trudno kochać. Im tego więcej, im ciężej i czulej, tym bardziej chce nam się wyłączyć światło i iść do domu.


Wszystkie hotelowe perypetie mają u Kuparinena posmak lekkiej żenady – ot, kolejna odsłona "problemów pierwszego świata". Caroline, francuska architektka, przyjeżdża do Wilna niby służbowo, ale fabuła dostarcza licznych sygnałów, że w rzeczywistości ucieka przed sypiącym się związkiem i pielęgnuje własną nieodpowiedzialność. W hotelowej restauracji poznaje przystojnego Fina – jak się niedługo okaże, także popularnego DJ-a – który proponuje wspólną "wycieczkę" na miasto. Bohaterka idzie rzecz jasna "w tango", ale od początku widzi w Jaako znajomość na jeden wieczór – udaje więc, że nie zna angielskiego, nie pyta o imię i życie prywatne, a rano prosto z łóżka ucieka na samolot. W życiu (filmowym) nie ma jednak tak łatwo – nad Litwę nadciąga chmura wulkanicznego pyłu, wszystkie loty zostają odwołane, hotele wypełniają wściekli turyści i Caroline nie ma wyjścia: musi skorzystać z gościnności Jaako. Nowi znajomi dostają od losu kolejną noc na rozmowy i wspólne wałęsanie się po bardzo – a jakże – malowniczym Wilnie. I uświadamiają sobie, że łączy ich gonitwa za autentyczną emocją i ciekawość drugiego człowieka (no tak...). Gadają zatem dalej, wychodzą na kolejną przebieżkę, wracają i – apiać! – znowu gadają.  

Problem rysuje się więc sam: żeby zrobić dobry film, który w 70-80 procentach składa się z dialogów, trzeba mieć nie tyle fach w oku, co ucho czułe na żywą mowę. Kuparinen nie posiada ani jednego, ani drugiego; "2 noce do rana" – mimo że to pełen metraż – są obarczone głównymi grzechami etiud studenckich: całą dramaturgię próbują budować za pomocą słowa. Wielopiętrowe dialogi ślimaczą się niemiłosiernie, bo musi się w nich zmieścić emocjonalne napięcie, muszą zastąpić ruch i czas, dopowiedzieć historię, która w innym przypadku zatrzymałaby się na wysokości romantycznych klisz. Zamiast pozwolić działać trwaniu i milczeniu, reżyser wkłada w usta swoich bohaterów okrągłe deklaracje egzystencjalne – w atmosferze przygodnych kontaktów i zwierzeń snuje się tutaj wielkie opowieści o samotności, życiowych porażkach, ucieczce przed odpowiedzialnością i stabilizacją, a wreszcie – o barierach wznoszonych przez nowoczesną kulturę "niemiejsc" między ciałem a ciałem, duszą a duszą. 


Powinniśmy się zespolić z filmowymi oratorami w ich poczuciu alienacji, a udziela nam się tylko hotelowa nuda – patrzymy wciąż i wciąż na Caroline i Jaake'a wchodzących i wychodzących z pokoju, wkładających i zdejmujących ubrania, otwierających i zamykających laptopy. I chociaż Kuparinen stara się nas przekonać, że życie jest Golgotą, jego wizja nowoczesności – pędzącej, sterylnej i antyludzkiej – przypomina świąteczną bombonierkę: słodko, jak z pocztówki, wygląda tu Wilno, na ulicach i w klubach gra się słodki house, ludzie piękni i pracowici, wszyscy z dobrymi posadami. Jedyny poważny problem, który się tutaj rysuje, to te nieszczęsne odwołane loty. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – przynajmniej można sobie posiedzieć w cieplutkiej poczekalni, a za oknem niech hula opad wulkaniczny. Może – tak sobie czekając – poznamy jakichś fajnych ludzi? Albo chociaż fajniejszych niż DJ z papieru i wiecznie nabzdyczona francuska burżujka? 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (10 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby