Recenzja filmu Nieznajomi: Ofiarowanie (2018)
Johannes Roberts

Funny Games na serio

Podstawowe pytanie, na jakie odpowiedzieć musi sobie odbiorca horroru, brzmi: straszy czy nie? Po to przecież przychodzi się do kina na film grozy, by przeżyć ją w bezpiecznych warunkach sali ...
Filmweb sp. z o.o.
Podstawowe pytanie, na jakie odpowiedzieć musi sobie odbiorca horroru, brzmi: straszy czy nie? Po to przecież przychodzi się do kina na film grozy, by przeżyć ją w bezpiecznych warunkach sali kinowej. Na tym podstawowym poziomie – straszy, nie straszy – "Nieznajomi: Ofiarowanie" – wywiązują się z nawiązką z oczekiwań publiczności.


Twórcy znają swój fach i wiedzą, co zrobić, byśmy niejednokrotnie podskoczyli na fotelu w trakcie seansu. Położony na odludzi kemping; akcja rozgrywająca się w trakcie jednej, ciemnej nocy; tajemniczy, pozbawieni motywu i litości mordercy w białych maskach, terroryzujący bogu ducha winną przeciętną rodzinę; gwałtownie zmieniająca poziom głośności muzyka; skokowe, szybkie przejścia montażowe, ukazujące obrazy zagrożenia – wszystko to tworzy klimat i sprawnie zarządza naszymi emocjami.

Koneserzy gatunku doskonale co prawda znają sztuczki, jakimi posługują się twórcy filmu; będą wiedzieli, kiedy spodziewać się pierwszego trupa, w którym momencie muzyka przyspieszy, a ekran nagle wypełni blada maska mordercy. Domyślą się też, kto przeżyje noc grozy, a dla kogo będzie ona ostatnią nocą na ziemi. Wiedza ta w niczym jednak nie zmniejsza pewnej podstawowej przyjemności obcowania z filmem. Choć doskonale wiemy, co nas za chwilę będzie straszyć – i tak się boimy.

Po skończonym seansie pojawia się jednak pytanie, czy poza tym podstawowym doświadczeniem strachu film ma coś do zaoferowania. Horror często traktowany był w przeszłości jako niepoważny gatunek, zdolny zaoferować widowni co najwyżej kinowy odpowiednik przejażdżki po pałacu strachów z jakiegoś podrzędnego lunaparku. Nigdy nie zgadzałem się z tymi zarzutami; kino grozy wydawało mi się zawsze narzędziem, zdolnym w metaforyczny sposób portretować nasze najgłębsze indywidualne i kolektywne lęki, w niektórych wypadkach lepiej wyrażającym napięcia swoich czasów niż realistyczne kino społeczne. Ostatnie 5-7 lat to zresztą złota era poważnego kina grozy o bardzo wysokiej artystycznej jakości. "Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii", "Coś za mną chodzi" czy "To przychodzi o zmroku" to znakomite kino, należące do ścisłej czołówki amerykańskich produkcji tej dekady. "Nieznajomych: Ofiarowania" nie da się niestety umieścić na półce obok tych dzieł i wpisać w znakomitą, nową falę horroru. 


Trudno powiedzieć o co, poza makabryczną rozrywką miałoby chodzić w filmie. Nie widzę tu żadnej stawki, szerszego kontekstu, związku z głębszymi emocjami czy nastrojami społecznymi. Mam raczej wrażenie, że ktoś nakręcił na serio "Funny Games" Michaela Hanekego, zdejmując z dzieła Austriaka całą głębię, awangardową formę i metapoziom refleksji nad reprezentacją grozy, przemocy i makabry we współczesnej kulturze audiowizualnej.

Zostaje z tego wszystkiego dość sadystyczna fantazja, roller coaster  grozy. Doceniam wymagające jego zbudowania rzemiosło, przyznaję też, że nawet nie najgorzej bawiłem się w trakcie przejażdżki. Tym niemniej, po zejściu z maszyny zostaje poczucie, że jechaliśmy tą trasą być może zbyt wiele razy i że był to dość pusty przebieg. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 33% uznało tę recenzję za pomocną (33 głosy).
Jakub Majmurek
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni