Recenzja filmu Hannah Arendt (2012)
Margarethe von Trotta

Hannah zapala papierosa

Gdy Arendt nie pali, wysłuchuje peanów na temat swojej intelektualnej świetności, której śladów wśród papierosowego dymu próżno szukać na ekranie. Nikotyna pozostaje jedyną odpowiedzią na ...
Filmweb sp. z o.o.
Hannah wyciąga papierosa, odpala, zaciąga się i powoli opada na kanapę, wpatrując się w przestrzeń. Hannah jest filozofem, a w tym filmie oznacza to dużo patrzenia w przestrzeń i dużo zapalonych papierosów.

Filmy o myślicielach to ciężki kawałek chleba dla filmowców, a zwykle niestety równie ciężki dla widzów. Z rozpalających idei ciężko zrobić rozpalające widowisko, tym bardziej gdy ich autorzy wiedli życie raczej przeciętne. Sami mędrcy nie stronią od fikcji, by udramatyzować trochę proces myślenia i tak powstają bajeczki w rodzaju jabłka spadającego na głowę Newtona. Ale gest zapalania papierosa – obrazek "Hanny myślącej", raz po raz pojawiający się w filmie Margarethe von Trotta – to także smutny gest kapitulacji. Autorka nie ma bowiem innych pomysłów na to, jak zafascynować publiczność postacią kobiety, której idee (jak głosi wyeksponowane na plakacie hasło reklamowe) zmieniły świat.


Szczęśliwie nie jest to klasyczna biografia – scenariusz skupia się na jednym epizodzie z życia Arendt – procesie Adolfa Eichmanna w Jerozolimie, który filozofka relacjonowała dla "New Yorkera". Tekst oczywiście nigdy nie miał szans zmieścić się w formie prasowego sprawozdania – publikowany na łamach magazynu w częściach i wydany nieco później w formie książki wzbudził mnóstwo kontrowersji. Obserwowany na procesie architekt Holocaustu, uprowadzony w 1960 roku z Argentyny przez izraelski wywiad, nie dorastał w oczach Arendt do roli demona. Był ograniczonym urzędnikiem o wąskich horyzontach – stąd pojęcie "banalności zła", które wiele osób odebrało jako krzywdzące i kwestionujące wyjątkowość cierpienia ofiar Holocaustu. Z drugiej strony Arendt zwróciła szczególną uwagę na rolę, jaką w procesie zagłady odegrała współpraca żydowskich przywódców. To wystarczyło, by niesłusznie interpretować jej tekst jako próbę przerzucenia odpowiedzialności.

Wydaje się, że jest w tym punkcie wyjścia wiele dramatycznego napięcia: między wzburzającymi opinię publiczną emocjami a procesem chłodnej analizy faktów; między chęcią wyparcia traumatycznych wspomnień a naukową ciekawością; między bezmiarem nazistowskich zbrodni a żałosną przeciętnością posadzonego na ławie oskarżonych człowieka. Ciężko powiedzieć, co stało się z tym napięciem w filmie. Gdy Arendt nie pali, wysłuchuje peanów na temat swojej intelektualnej świetności, której śladów wśród papierosowego dymu próżno szukać na ekranie. Nikotyna pozostaje jedyną odpowiedzią na pytanie, skąd wzięły się "idee, które zmieniły świat", a sugestii, w jaki sposób go zmieniły, nie dostajemy żadnej. Bohaterka z pełnym przekonaniem robi, co do niej należy, prze do przodu jak czołg, cytuje własne teksty. Z godnością znosi niesłuszne razy, odreagowuje przy papierosie i okazjonalnie uderza w szloch. Równie pustymi obrazkami co "sceny myślenia" są sceny pozorowanych konfliktów, sprowadzające się do sytuacji, w których papierowi bohaterowie wygłaszają na zmianę swoje przemowy. W zasadzie nigdy nie wychodzą z ról gości programu publicystycznego, pełnymi zdaniami, wyjętymi wprost z encyklopedii, objaśniających swoje stanowiska. Reakcje między nimi nie zachodzą żadne, więc film przypomina wizytę w muzeum mówiących figur woskowych.


Jeszcze gorzej jest, gdy von Trotta próbuje pokazać swoją bohaterkę jako osobę prywatną, bo próby zmiękczenia jej wizerunku wręcz uderzają nieporadnością. Arendt wydaje się zakłopotana, kiedy musi wychodzić z roli wielkiego filozofa i zajmować się życiem codziennym. I nie jest to rys charakterystyczny postaci, ale właściwość rozciągająca się na cały świat przedstawiony. Uproszczenia prowadzą do niezamierzenie komicznych sytuacji, np. kiedy telefony od oburzonych czytelników "New Yorkera" są łączone bezpośrednio do biurka redaktora naczelnego albo gdy delegacja Mosadu napada Arendt przy drodze, robi "złowieszcze wrażenie", by zaraz zniknąć jak gang Olsena. Dziwacznie wypadają retrospektywne fragmenty z Martinem Heideggerem – młodzieńczą miłością, intelektualną fascynacją i wielkim rozczarowaniem Arendt. Wstąpienie wielkiego filozofa do NSDAP musiało być dla niej wydarzeniem formującym – tu pozostał z niego ckliwy obrazek.

Można by potraktować "Hannah Arendt" ulgowo, jako prosty film edukacyjny, gdyby tak dramatycznie nie brakowało mu tego, co wydaje się głównym tematem tej opowieści – intelektualnej odwagi.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (100 głosów).
Darek Arest
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby