Recenzja filmu Kobieta w czerni (2012)
James Watkins

Koszmar żałoby

Watkins dobrze wykorzystał możliwości gatunku.
Filmweb sp. z o.o.
Horror to jeden z gatunków filmowych zepchniętych do getta taniej rozrywki. Ma nas bawić, strasząc lub obrzydzając, ale nikt nie wymaga od niego większych ambicji. Na szczęście są twórcy, którzy potrafią wyjść poza wąskie definicje gatunku i pozostając wierni formie, dodają do niej nowe znaczenia. Do takich reżyserów z całą pewnością należy James Watkins, autor "Kobiety w czerni".

Remake telewizyjnej produkcji na pierwszy rzut oka wygląda jak klasyka horroru. Pierwsza połowa XX wieku. Wioska leżąca na uboczu. Jej mieszkańcy trapieni są plagą dziwnych śmierci, o których jednak milczą przed obcymi. Mroczne domostwo, pełne sekretów i tragedii z przeszłości. Przyjezdny młody mężczyzna wpada po uszy w tarapaty, nie bardzo wiedząc, co się wokół niego dzieje. Ponura pogoda, kurz i błoto, szaleństwo, śmierć i tajemnicze zjawy. Watkins i scenarzystka Jane Goldman niczego sobie nie żałowali i wykorzystali wszystkie elementy horrorów, jakie tylko udało im się zmieścić w półtoragodzinnym filmie.

Jednak myli się ten, kto sądzi, że za sprawą tych wszystkich klisz "Kobieta w czerni" jest filmem przerażającym bądź oferuje tanią, bezmyślną, ale za to atrakcyjnie brutalną rozrywkę. Watkins, owszem, z powodzeniem buduje klimat niepokoju i tajemnicy, ale na tym poprzestaje. Zdecydował się wykorzystać elementy składające się na horror do opowiedzenia historii o tym, czym jest żałoba. "Kobieta w czerni" jest bowiem próbą zobrazowania cierpienia po stracie ukochanej osoby. Z każdego kadru wyziera niepojęty ból graniczący z szaleństwem; wściekłość, która zaślepia i sprawia, że oddalamy się od bliskich i krzywdzimy niewinnych. Śmierć jest horrorem, z którego nie ma wyjścia.

Pokazanie ludzkiego dramatu tak, by mogli go poczuć widzowie, nie jest proste. Skorzystanie z formy horroru ułatwiło reżyserowi zadanie i Watkins dobrze wykorzystał możliwości gatunku. Obawiam się, że znaczna część osób, spodziewając się "prawdziwego horroru", wyjdzie z kina rozczarowana. No cóż, to ryzyko, które reżyser zdecydował się podjąć. I uważam, że dobrze zrobił.

Obecność gwiazdy w filmie nakazuje wspomnieć o aktorstwie. Daniel Radcliffie za sprawą sagi o Harrym Potterze ma piętno na całe życie. Mimo tego wydaje się, że skutecznie uwalnia się z ograniczeń narzuconych przez oczekiwania publiczności. Nie jest może najzdolniejszym aktorem Wielkiej Brytanii, ale do roli bohatera "Kobiety w czerni" pasował i wywiązał się bez większych problemów z obowiązku podtrzymania na swoich barkach całości.

Koniec końców "Kobieta w czerni" to melancholijny i dość pesymistyczny film o tym, że ból po stracie nigdy nie mija.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 84% uznało tę recenzję za pomocną (333 głosy).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)