Recenzja gry State of Decay 2 (2018)

Mój sąsiad zombie

W 2013 roku studio Undead Labs pokusiło się o stworzenie tytułu ukazującego apokalipsę nieumarłych z perspektywy grupki ocalałych, którzy aby przetrwać, muszą zbudować swój mały azyl i zadbać o ...
Filmweb sp. z o.o.
Choć największa moda na zombie już minęła, to ten wątek nadal bywa eksploatowany w grach. Najczęściej mamy do czynienia ze strzelankami i survival horrorami – twórcy rzadko decydują się na zmianę albo choćby rozszerzenie konwencji. W 2013 roku studio Undead Labs pokusiło się o stworzenie tytułu ukazującego apokalipsę nieumarłych z perspektywy grupki ocalałych, którzy aby przetrwać, muszą zbudować swój mały azyl i zadbać o jego poprawne funkcjonowanie.


Sukces "State of Decay" z pewnością był też pokłosiem wielkiej popularności ekranizacji komiksu "The Walking Dead". Dodatkowo nieźle przemyślana mechanika rozgrywki oraz konieczność podejmowania trudnych decyzji przykuwała do ekranów – przy tym wszystkim dało się nawet przeżyć ogromną liczbę błędów i niedoróbek, które były wynikiem dość ograniczonego budżetu.

Osobiście ze "State of Decay" miałem styczność dopiero w 2015 roku, kiedy to została wypuszczona odświeżona i poprawione wersja gry, zawierająca dodatkowo dwa rozszerzenia. Choć bugi dalej dają się we znaki, a historia jest mało oryginalna, i tak wciągnąłem się w tę historię. Druga odsłona "State of Decay" zapowiadała się jeszcze lepiej. Twórcy obiecali większą otwartość świata i idącą za tym swobodę, bardziej angażujące historie, a także tryb sieciowy. W realizacji planów miał pomóc większy budżet i wsłuchanie się w głosy społeczności grającej w "jedynkę".

Swoją przygodę w tym nieprzyjaznym świecie zaczynamy od wyboru pary bohaterów, która stanie się trzonem nowej społeczności. Każda dwójka różni się wyjściowymi umiejętnościami, co po trochu determinuje nasze pierwsze godziny rozgrywki.

Kilkunastominutowy wstęp pozwala zapoznać się z podstawowymi mechanikami gry, a także poznać kolejną dwójkę ocalałych, którzy z ważnych dla siebie powodów pozostali w opuszczonym obozie przejściowym. Nie zdradzę też zbyt dużo, pisząc, że nasz współtowarzysz zostaje ugryziony przez zombie i jednym z głównych zadań będzie na początku przygotowanie dla niego lekarstwa. Opuszczając obóz, możemy zdecydować, gdzie się udamy w pierwszej kolejności. Do wyboru mamy trzy miasteczka, ale różnią się od siebie niewiele, więc w moim odczuciu ta decyzja nie rzutuje zbytnio na dalszą rozgrywkę. Gdy docieramy do określonego punktu docelowego, zajmujemy nasz pierwszy dom, który na kolejne ileś godzin staje się głównym schronieniem i bazą wypadową. W tym momencie akcja gry zaczyna znacznie zwalniać.


Podobnie jak w pierwszym "State of Decay", i tu osią rozgrywki jest zbudowanie dobrze funkcjonującej małej społeczności, która będzie potrafiła przeżyć w nieprzyjaznym otoczeniu. Aby tego dokonać, musimy odnaleźć zapasy zgromadzone w pobliskich domach, sklepach czy magazynach, zabijać zombiaki i rozbudowywać naszą posiadłość – np. budując szpital polowy, dodatkowe sypialnie albo latryny (te podnoszą morale). Warto też od początku przyjąć zasadę, że w miarę możliwości każdy z mieszkańców powinien rozwijać swoje umiejętności, a te nabywane są w sposób praktyczny poprzez ich używanie. Dlatego dobrze jest dość często przełączać się pomiędzy ocalałymi i wykonywać nimi różne działania. W ten sposób otrzymujemy też dostęp do unikatowych dla każdego misji pobocznych.

Z czasem zaczniemy też w krótkofalówce odbierać sygnały od innych ocalałych. Niektórzy pilnie potrzebują naszej pomocy, inni chcą pohandlować, są też tacy, którzy mają dla nas jakieś zadania do wykonania. Każde z tych "wezwań" ma określony czas aktywności. Jeśli nie zareagujemy, to szansa (bądź ryzyko) przepadnie nam na zawsze. Zdradzę wam, że nawet nie macie się co łudzić, że uda się wam wszystkim pomóc. Czasami trzeba będzie podjąć trudną decyzję o zaniechaniu jakiegokolwiek działania. Może to wynikać z braku zasobów, zbyt dużej odległości od celu. Szacujcie ryzyko, wszak bezpieczeństwo waszej enklawy jest najważniejsze.

Kiedy już odrobinę zagrzejemy miejsce w naszej nowej posiadłości, to ruszamy do walki z istotą problemu, czyli powodem panoszenia się nieumarłych. Na mapie odnajdujemy tzw. serca plagi, które wyglądają jak pulsująca czarno-szkarłatna narośl. Jej zniszczenie nie jest proste, wymaga odpowiedniego arsenału i dobrego wyposażenia. Jak nietrudno się domyślić, gdy tylko zabierzemy się za usuwanie plugastwa, wokół zacznie roić się od zombiaków, które zrobią wszystko, aby nam przeszkodzić.


Na podstawie tego opisu można sądzić, że "State of Decay 2" to zróżnicowana i rozbudowana produkcja, ale niestety tak nie jest. Gra po kilku godzinach robi się monotonna, wręcz nudna, a z czasem bardziej irytuje, niż bawi.

W czasie rozgrywki borykamy się z permanentnym brakiem surowców potrzebnych do funkcjonowania bazy. Jedzenie, potrzebne części, medykamenty – wszystko to topnieje w zastraszającym tempie. Z jednej strony zmusza nas to do ciągłego poszukiwania, z drugiej – jesteśmy zdani tylko na siebie. Po co nam kilkuosobowa społeczność, skoro nie można jej członków wysłać poza obszar enklawy? Co gorsze – nasi mieszkańcy mają roszczeniowe podejście do życia i nie powstrzymują się od narzekania. Co prawda można ich zabrać ze sobą na poszukiwania lub misję, ale wtedy będą sprawiać jeszcze więcej kłopotów – hałasując w najmniej odpowiednim momencie, ściągają na siebie hordy niebezpiecznych zombiaków. Po kilku wypadach wszystko robiłem samodzielnie.

Szczątkowy wątek fabularny jest równie nieciekawy co misje poboczne. Pomaganie napotkanym ocalałym z reguły sprowadza się do wytłuczenia kilkunastu nieumarłych, na co zużywamy niemało amunicji albo niszczymy sobie broń białą. Nagroda jest niewspółmierna do wyłożonych na cel środków. Na dłuższą metę, jeśli nie macie niedoborów w bazie, nie ma się co trudzić.


Każde nasze działanie zakończone sukcesem daje nam punkty wpływu, które możemy wydać np. na wskazanie miejsc z ukrytymi surowcami, ujawnienie położenia serca plagi albo też przejęcie jednego z budynków jako wysuniętego posterunku. Żeby jednak dochrapać się sensownej liczby tychże punktów, musimy wykonać dziesiątki bliźniaczo podobnych zadań.

Nie pomaga też słabe sterowanie. Od razu zaznaczę, że granie na padzie ma większy sens niż chwytanie za myszkę i klawiaturę. Irytuje za to pewna "ospałość" całego systemu poruszania się. Postać reaguje na nasze komendy z lekkim opóźnieniem, co nieraz prowadzi do dramatycznych sytuacji, zwłaszcza w ferworze walki.

Zgniłą wisienką na torcie są błędy. Kilkukrotnie zdarzyło mi się, że gra nie zaliczyła mi jakiejś misji pobocznej. Po wykonaniu zadania nie dało się porozmawiać z NPC-em albo ten po prostu znikał. Samochody wielokrotnie blokowały się w losowej teksturze, a bohaterowie niezależni z uporem maniaka próbowali forsować ogrodzenie, zamiast je przeskoczyć lub ominąć.


Warto też wspomnieć o trybie sieciowym, który jest de facto niedorozwiniętą kooperacją. Wbrew oczekiwaniom nie możemy wspólnie ze znajomymi budować wesołej komuny w świecie zombie. Twórcy dają nam możliwość zaproszenia do zabawy trzech naszych kumpli lub też wystrzelenie flary, co powinno skutkować dołączeniem losowych graczy. Problem w tym, że wszystkie znalezione surowce trafiają wyłącznie do enklawy gospodarza rozgrywki, a pozostali uczestnicy mogą co najwyżej wynieść ze sobą aktualnie przechowywane fanty.

Od strony audiowizualnej zdecydowanie na plus wyróżnia się klimatyczna muzyka. Graficznie jest za to mocno średnio, a na dodatek gra dostaje czasem zadyszki i wyraźnie w wielu miejscach traci płynność.

W dniu premiery otrzymujemy przeciętną produkcję, która ma potencjał, ale zmarnowany przez błędy graficzne i sztuczną inteligencję. Niedoszlifowane elementy mechaniki zamiast bawić, na dłuższą metę irytują, a całość dopełnia kiepskie sterowanie (zwłaszcza na klawiaturze i myszce). "State of Decay 2" może być jednak przypadkiem podobnym do pierwszej odsłony gry. Jeśli Udead Labs wyeliminuje błędy i pochyli się nad płynnością prowadzonej rozgrywki, gra może się stać pozycją wartą uwagi. Na razie jednak wydawanie na nią pieniędzy nie ma sensu. 


Tym, którzy chcieliby jednak sprawdzić tę pozycję bez wydawania (wielkich) pieniędzy, można polecić usługę Xbox Game Pass. Za niewielką opłatą albo decydując się na 14 darmowych dni testowych, możecie uzyskać dostęp do biblioteki gier, gdzie znajdziecie m.in. "State of Decay 2". Pomimo nazwy "Xbox" usługa dostępna jest też dla posiadaczy PC z Windows 10.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (10 głosów).
Paweł Kozierkiewicz
ocenia tę grę na:
1 10 5/10 średna