Recenzja filmu Italian race (2016)
Matteo Rovere

Melodramat na torze

Irytuje telewizyjny sentymentalizm, jakim twórcy zalewają całą historię. Wszystko tu tonie w dość oczywistych wzruszeniach i łzach. Sentymentalna opowieść rodzinna przesłania to, co w tym filmie ...
Filmweb sp. z o.o.
"Italian Race" zaczyna się jak film w dobrze znanej konwencji: młoda kobieta próbuje walczyć o pozycję w zdominowanej przez mężczyzn niszy. W tym wypadku niszą są wyścigi samochodów sportowych. Siedemnastolatka Giulia walczy o mistrzostwo Włoch, poznajemy ją na torze w trakcie niełatwego, potwornie wymagającego fizycznie i psychicznie wyścigu.


Konwencja jednak szybko się zmienia. Na zawał umiera trener i ojciec dziewczyny. Giulia zostaje sama z młodszym bratem i kredytem na głowie. Jeśli nie zdobędzie mistrzostwa i nie spłaci zaciągniętej przez ojca pożyczki, grozi jej strata domu. W dodatku opieka społeczna chce umieścić młodszego brata dziewczyny, Nico, w rodzinie zastępczej. Wchodzimy więc w melodramatyczną historię, tysiące razy pokazaną już na ekranie, głównie w szeregu telewizyjnych produkcji.

I ta konwencja zostaje jednak zarzucona. Zmienia ją pojawienie się brata Giulii, Lorisa. Sam był niegdyś gwiazdą wyścigów, teraz od dziesięciu lat tkwi w nałogu narkotykowym. Razem ze swoją równie zniszczoną przez życie partnerką mieszka w przyczepie kempingowej, na zupełnym marginesie włoskiego społeczeństwa. Jeśli wprowadzi się do domu Giulii, dziewczynie nikt nie odbierze młodszego brata. Problem w tym, że mieszkanie z Lorisem pod jednym dachem oznacza także problemy, wśród których ciężkie narkotyki wcale nie należą do największych.


Loris stopniowo zajmuje miejsce Giulii w centrum fabuły, zmieniając film w opowieść o przegranym ćpunie, który dostaje od losu drugą szansę i może odkupić swoje winy z przeszłości, odzyskać jeśli nie dawne życie, to przynajmniej więzi z ludźmi, które zniszczył nałóg.

Cóż, przyznam szczerze, że jak dla mnie zbyt wiele grzybów w tym barszczu. Pop-feministyczny wątek "dziewczyński", rodzinny melodramat i opowieść o drugiej szansie nie składają się ze sobą zbyt dobrze na ekranie. Żaden z wątków nie wybrzmiewa w pełni. Przeszkadzają też temu nie zawsze fortunne wybory obsadowe. Zupełnie nie przekonuje mnie Stefano Accorsi w roli Lorisa. Jego rola jest przeszarżowana, zagrana zbyt mocnymi i oczywistymi środkami. Giulio Pugnaghi jako Nico jest zwyczajnie irytujący w niemal każdej sekundzie, w jakiej pojawia się na ekranie.

Irytuje też telewizyjny sentymentalizm, jakim twórcy zalewają całą historię. Wszystko tu tonie w dość oczywistych wzruszeniach i łzach. Sentymentalna opowieść rodzinna przesłania to, co w tym filmie najciekawsze – wątek młodej dziewczyny walczącej o pozycję w świecie wyścigów samochodowych.

"Italian race" wypada najlepiej wtedy, gdy trzyma się tego głównego wątku. Gdy pokazuje cały skomplikowany ekosystem mechaników, trenerów, sponsorów, umożliwiający kilkunastu zawodnikom wejście na tor i ściganie się – choć ten wątek warto by docisnąć i uszczegółowić. Sceny wyścigów są całkiem przyzwoicie nakręcone, faktycznie trzymają widza w napięciu.

Niestety, wszystko to tonie w melodramatycznych łzach. Wylane pod koła pędzącego samochodu Giulii powodują, że film wpada w bezsensowny poślizg. Tor wyścigowy z pewnością nie jest scenerią dla melodramatu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 29% uznało tę recenzję za pomocną (14 głosów).
Jakub Majmurek
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie