Recenzja filmu Photon (2017)
Norman Leto

Mikrohistoria

U Leto najważniejsze jest to, żeby niewidzialnemu dać widzialną formę, zachować zgodność z prawami nauki, ale jednocześnie pozwolić działać wyobraźni. Obrazy to prawdziwe clou "Photonu" – gdyby ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Photon (2017)
"Coś przewieszone przez coś, listewki, usuwanie twarzy, nagość i te pieprzone neony" – taką laurkę, ustami Andrzeja Chyry, wystawia sztuce współczesnej biolog molekularny, narrator "Photonu". I rzeczywiście, twórczość Normana Leto kojarzyła mi się do tej pory z galeryjną błahostką, ale nie ze względu na jej minimalizm czy słabą przejrzystość konceptualną. Odwrotnie, w "Sailorze" widziałem zbyt dosłowną próbę przepisania zjawisk społeczno-kulturowych na język nauk ścisłych. Daleko idący determinizm biologiczny i scjentyzm, który artyście – nienaukowcowi – pozwalał przedstawiać uczucia i relacje w formie wykresów, struktur czy maszyn, wydawał mi się bardzo powierzchownym – i pełnym pretensji – odczytaniem doktryn twardej nauki. Leto się jednak opamiętał i w "Photonie" odwrócił akcenty – za pomocą narzędzi sztuk wizualnych i przykładów zaczerpniętych z codzienności opowiada pasjonującą historię molekuł i ubiera w obrazy skomplikowane prawa biologii i fizyki kwantowej. Teoria nie służy już uzasadnianiu życia, ale życie ilustruje teorię. I jest to strzał w dziesiątkę, bo Leto wyciska wszystkie edukacyjne soki ze sztuki współczesnej – tworzy awangardowy wizualny esej, który jednocześnie uprzystępnia złożoną wiedzę. Dobry do galerii, świetny jako serial popularnonaukowy, taki w kontrze do nabożnego "Kosmosu" z Neilem DeGrasse'em Tysonem.


Nie jest do końca tak, że "Photon" łyka się na zasadzie infografiki z "Focusa". Żeby przez film przebrnąć, trzeba dobrze wytężyć uwagę, bo wykład o molekułach, czerwonych karłach, DNA i wyobraźni – nawet bogato okraszony porównaniami "z życia" – to nie elementarzyk. Zadanie ułatwia nam klarowna, liniowa struktura, którą jednocześnie łatwo uznać za wadę. Opowieść o dziejach cząsteczek Leto podzielił na trzy części – powstanie materii, pojawienie się życia i przyszłość organizmów żywych – i jest to wizja świata bliska ewolucjonizmowi, a więc upchnięta na sztywnej osi czasu. Proste struktury, zgodnie z zasadą postępu, dążą do coraz bardziej skomplikowanych form organizacji, aż w końcu – w finale – tradycyjnie rozumiana materia staje się przeżytkiem minionych epok. Jednak konia z rzędem temu, kto opowie o krążeniu życia i nieżycia w mniej przewidywalny sposób i zachowa przy tym podobną jasność wywodu. Dodatkową klamrę zapewnia "Photonowi" także kontekst wywiadu telewizyjnego. Wspomniany narrator-naukowiec zmaga się z ignorancją przepytującej go dziennikarki, ale także z własną emocjonalną ciasnotą: nie potrafi wyjść poza laboratoryjny dryl i myślenie procesami, kluczy i teoretyzuje w odpowiedzi na co bardziej osobiste pytania. Jego oderwanie od rzeczywistości to reakcja Leto na kontakt ze światem nauki – podobno konsultujący scenariusz "Photonu" fizycy z PAN nie potrafili zrozumieć, dlaczego jakiś gość z galerii chce wizualizować zjawiska, które nie podlegają prawom optyki i po prostu w żaden sposób nie wyglądają. 

Bo i rzeczywiście u Leto najważniejsze jest to, żeby niewidzialnemu dać widzialną formę, zachować zgodność z prawami nauki, ale jednocześnie pozwolić działać wyobraźni. Obrazy to prawdziwe clou "Photonu" – gdyby wyłączyć głos z offu, film broniłby się jako instalacja wideo. Leto wykorzystuje oczywiście swoje ulubione artystyczne zagrywki. Zjawiska molekularne przedstawia za pomocą animowanych struktur plastycznych – na przemian kurczących się i rozszerzających, zmieniających stany skupienia i faktury, bardzo organicznych, zmysłowych. Czasami ich perypetie przypominają body horror – jak w przypadku nici materii skręcających się w spirale DNA, innym razem balet kropek i plam. Całkowicie abstrakcyjne passusy przeplatają się z realistyczną fotografią. Tematy czysto "ludzkie" – powstanie wyobraźni, funkcje snu, choroba Parkinsona – niosą ze sobą subiektywne narracje, odwołania do rodzinnych i zawodowych doświadczeń reżysera. Ale Leto nawet tak abstrakcyjne zagadnienie, jak twardość, ilustruje przykładem reklamówki wrzynającej się w palce. Cały czas pozostaje więc blisko codzienności, a daleko od liczb i wzorów. 

Na tym tle najsłabiej wypada partia futurologiczna: to szybki przegląd cyberpunkowych stereotypów i Kurzweilowskich rojeń o bezcielesnych świadomościach zgrywanych na twarde dyski. Osobiście wyczuwam w tym rodzaj autoironii – Leto głosem Chyry kpi sobie z pseudonaukowych spekulantów i pokazuje takie obrazy, które przyszłe pokolenia z dużym prawdopodobieństwem wyśmieją jako anachroniczny kicz. Nie stawia zatem ołtarzyków bożkom technologii – w pewnych kwestiach nauka pozostaje równie "miękka" co sztuka i nie potrafi wykroczyć poza fantazje o latających samochodach i dystopijnych miastach rodem z "Blade Runnera". Za to "Photonucieka większości oczywistych schematów – redukcjonizmowi nauk ścisłych, kliszom kultury popularnej i pretensjom sztuki współczenej. Estetyzuje naukę i unaukowia estetykę, pozwalając nam na podwójnie grzeszną przyjemność: z nabywania nowej wiedzy i z patrzenia na piękno. I to nawet jeśli kwarki kojarzą nam się wyłącznie ze smażoną wieprzowiną.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 78% uznało tę recenzję za pomocną (18 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry