Recenzja filmu Małe dzieci (2006)
Todd Field

Mroczna strona codzienności

Pozornie szczęśliwe życie na amerykańskich przedmieściach jest tematem coraz częściej poruszanym przez filmowców. Wydaje się, że od czasów "American Beauty" przestał być to temat tabu, pojawia ...
Filmweb sp. z o.o.
Pozornie szczęśliwe życie na amerykańskich przedmieściach jest tematem coraz częściej poruszanym przez filmowców. Wydaje się, że od czasów "American Beauty" przestał być to temat tabu, pojawia się nawet w serialach, takich jak "Gotowe na wszystko", choć tu nieco z przymrużeniem oka. Wszystko dlatego, że te piękne osiedla na obrzeżach wielkich miast są często źródłem ludzkich frustracji, a to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami domów, daleko odbiega od kreowanego obrazu idealnego życia.

Reżyser filmu "Małe dzieci", Todd Field, obala starannie przez lata budowane mity o szczęśliwej amerykańskiej rodzinie, w której jedno z małżonków robi karierę zawodową, drugie zaś dba o dom i dzieci. Bohaterami Fielda jest dwójka rodziców, którzy pewnego dnia poznają się przypadkowo na placu zabaw. Ona, Sarah, to matka trzyletniej Lucy, kobieta, która zrezygnowała ze swoich ambicji naukowych, by poświęcić się małżeństwu i wychowaniu dziecka, lecz sama przed sobą wciąż udaje zajętą badaniami antropolożkę. On, Brad, jest ojcem małego Aarona, wiecznym chłopcem, którego utrzymuje żona i który co wieczór odkłada naukę do egzaminu adwokackiego, niezdanego już dwukrotnie. Obydwoje są nieszczęśliwi, ale każde z nich z innego powodu - Sarah wpadła w nieudane małżeństwo, które coraz bardziej pozbawia ją własnej tożsamości. Brad zaś tak naprawdę nie wie, co chciałby robić w życiu, a opieka nad synkiem jest od niego tymczasową ucieczką. Przyjaźń Sarah i Brada rodzi się powoli, ale wkrótce związuje ich ze sobą coraz mocniej, by wreszcie przerodzić się w gorący romans.

Sztuką jest zrobienie filmu ważnego i bardzo poruszającego, który jednocześnie nie jest trudny w odbiorze i nie przytłacza swoim ciężarem. Fieldowi się to udało, ponieważ postawił na tragikomedię. Momentów zabawnych tu nie brakuje i choć często jest to śmiech przez łzy, mocno nasączony goryczą, to taki sposób poprowadzenia fabuły rozładowuje napięcie, które towarzyszy nam od pierwszych scen filmu. I mimo że niewiele się w nim dzieje - jest to przecież zapis dni, z których jeden podobny jest do drugiego - od początku wiemy, że coś "wisi w powietrzu" i w skupieniu czekamy na to, co się wydarzy.

Ale "Małe dzieci" to obraz demaskujący nie tylko zakłamanie i budowanie sztucznej wizji idealnego życia. Ten film ukazuje również zaściankowość amerykańskiej klasy średniej, schematyczność myślenia i ślepe podporządkowanie się przyjętym normom. Grupa gospodyń domowych, które za starannym makijażem i markowymi ciuchami skrywają nudę i zmęczenie małżeńskim pożyciem, policjant, nieumiejący poradzić sobie z tragicznym wydarzeniem z przeszłości, czy skazany za obnażanie się, wyklęty przez resztę społeczeństwa samotnik - to też bohaterowie "Małych dzieci". Film zmusza więc do zadania pytania, ilu jeszcze takich frustratów chowa się za ścianami cukierkowych domów i do zastanowienia się nad tym, czy sami przypadkiem do takiego życia nie dążymy.

Kate Winslet, wcielając się w rolę Sarah, po raz kolejny udowodniła swoją wszechstronność. Udało jej się pokazać emocjonalne rozchwianie postaci, niepewność i niewiarę we własne siły, a jednocześnie aktorka uniknęła nadmiernego melodramatyzmu. Wyraźnie widać też, że Winslet ma spory dystans do samej siebie, nie boi się pokazać jako kobieta zaniedbana, nie ma oporów przed scenami zupełnej nagości i pokazaniem niedoskonałości swojego ciała, jest naturalna i prawdziwa, a to nadaje wiarygodności jej postaci. Patrick Wilson dotrzymuje jej kroku. Jego Brad jest typowym "małym dzieckiem" w ciele trzydziestolatka i choć widzimy, że sprawdza się jako ojciec, jego beztroska jest momentami tak irytująca, że potrafi całkowicie wyprowadzić z równowagi. Całości dopełniają świetne kreacje aktorów drugiego planu, a przede wszystkim Noah Emmericha i nominowanego do Oscara Jackiego Earle'a Haleya.

Field użył bardzo prostych zabiegów, skoncentrował się na powolnym filmowaniu szczegółów, a przede wszystkim mimiki postaci i ich sposobu bycia, wprowadził też głos narratora, który w nienatrętny sposób pomaga nam zrozumieć zachowanie bohaterów. Dawno nie widziałam filmu, który podobnie jak "Małe dzieci" opowiadałby o zwykłych sprawach w tak gładki, ale bardzo dobitny sposób, wciągając przy tym jak najlepszy kryminał. Największą zaś jego zaletą jest to, że przedstawiona w nim historia wydaje się zadziwiająco prawdziwa i niby to nic nadzwyczajnego, wszak bohaterowie są zwyczajnymi ludźmi z sąsiedztwa, ale coś jednak sprawia, że ciarki przechodzą nam po plecach.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (13 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (7)

zobacz wszystkie