Recenzja filmu Pancernik Potiomkin (1925)
Sergei M. Eisenstein

Niezatapialny

Ciężar ostatniej jak dotąd rekonstrukcji dzieła wzięli na siebie niemieccy historycy Enno Patalas i Anna Bohn. Pod ich nadzorem w filmie umieszczono usunięte sekwencje i oryginalne karty z ...
Filmweb sp. z o.o.
Baczność, towarzysze! "Pancernik Potiomkin" wraca na ekrany polskich kin, a wraz z nim okazja do odrobienia zadania domowego z historii kina i teorii montażu. I choć niemy klasyk Sergieja Eisensteina wciąż robi piorunujące wrażenie, to film przeznaczony głównie dla pasjonatów – tych, którzy oddychają kinem i wiedzą, że efekt Kuleszowa nie ma nic wspólnego z grawitacją.  


"Pancernik" powstał na zamówienie partii komunistycznej, miał upamiętniać rewolucję z 1905 roku, a konkretniej rebelię na pokładzie okrętu "Kniaź Potiomkin Tawriczeskij". Propagandowy charakter utworu nie podlega dyskusji, Eisenstein nie bez powodu uważany jest dziś za ojca filmowej socjotechniki (Goebbels miał powiedzieć, że każdy nieukształtowany światopoglądowo widz, który zobaczy dzieło, z miejsca stanie się bolszewikiem). A jednak udało mu się na tych ideologicznych fundamentach zbudować uniwersalną opowieść o godności i honorze – punktem wyjścia fabuły jest po prostu moment, w którym "przebrała się miarka". Poczęstowani zarobaczonym mięsem marynarze Potiomkina, wszczynają bunt przeciw carskim oficerom. Konflikt szybko przenosi się na ulice portowej Odessy, zaś Eisenstein wraz ze wspaniałym operatorem Eduardem Tissem jedną sceną zapewniają filmowi nieśmiertelność. Mowa oczywiście o słynnej, polifonicznej sekwencji na schodach odeskich, w której białogwardziści pacyfikują lokalną ludność.  

"Schody odeskie" parafrazowano na potęgę, od "Nietykalnych" De Palmy, przez "Nagą broń 33 i 1/3" Segala, po rodzime "Deja vu" Machulskiego. Popkultura zamieniła scenę w destylat całego dzieła, ale przecież Eisensteinowi zawdzięczamy o wiele więcej. W przeciwieństwie do namiętnie teatralizowanego kina rosyjskiego pierwszych dwóch dekad XX wieku, "Potiomkin" był poligonem awangardowych technik filmowych. Wywiedziony z teatralnych doświadczeń Eisensteina, a potem doprowadzony do perfekcji w wybitnym "Strajku" montaż atrakcji (polegający na kontrastowym zderzaniu ujęć o dużym ładunku symbolicznym i emocjonalnym) to tylko wierzchołek góry lodowej. "Pancernik Potiomkin" to przede wszystkim film świetnie zrytmizowany (by powrócić do przeciągniętej stąd do wieczności sekwencji odeskiej bądź eskalacji napięcia w scenach rozgrywających się na pancerniku), udanie przenoszący na ekran teorię montażu kontrastów (czyli bezpośredniego sąsiedztwa planów ogólnych i nagłych zbliżeń), wreszcie – rozpisany na pięć odrębnych dramaturgicznie segmentów. To film z bohaterem zbiorowym, który co chwilę kieruje naszą uwagę na jednostkową tragedię.


Ciężar ostatniej jak dotąd rekonstrukcji dzieła wzięli na siebie niemieccy historycy Enno Patalas i Anna Bohn. Pod ich nadzorem w filmie umieszczono usunięte sekwencje i oryginalne karty z rosyjskimi napisami, a specjaliści od cyfrowego liftingu elegancko "wyczyścili" obrazy Tissego. Pełna, audiowizualna rekonstrukcja przydaje filmowi blasku, lecz ogląda się go dziś raczej jak dokument z epoki. I co z perspektywy blisko dziewięćdziesięciu lat od premiery nie jest niczym zaskakującym, łatwiej go docenić, niż pokochać.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 78% uznało tę recenzję za pomocną (36 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)