Recenzja filmu Karbala (2015)
Krzysztof Łukaszewicz

Para bellum

Ogółem film wypada całkiem dobrze w pojedynczych scenach. Co nam jednak po poprawnie wyreżyserowanych scenach, kiedy sam scenariusz jest bardzo miałki. Dobre aranżowanie scen szczególnie ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Karbala (2015)
Nie od dziś wiadomo, że jesteśmy narodem, który zasługuje na naprawdę dobry film o wojnie, szczególnie tej drugiej, światowej. W ostatnich latach twórcom wychodzi to raz średnio, a innym razem katastrofalnie. Nic więc dziwnego, że ktoś zainteresował się w końcu tzw. nowoczesną wojną. Potentatem zbrojnym nie jesteśmy i próżno raczej szukać podwalin pod film, który pokazałby, że i Polska może poszczycić się swoją armią na bliskim wschodzie, tak jak robią to już od dłuższego czasu Stany Zjednoczone. Nic bardziej mylnego, i w naszej historii znajdą się przypadki bohaterstwa polskich żołnierzy. Chcielibyśmy mieć swojego "Snajpera", swój "The Hurt Locker" i własny "Helikopter w ogniu". Jednak czy potrafimy zrobić film, który poziomem dorówna standardom Hollywood?

Obrona ratusza w Karbali przez Polskich i Bułgarskich żołnierzy stała się powodem do dumy w naszym kraju. Ci dzielni chłopcy po 11 latach doczekali się produkcji, która opowiada, co wydarzyło się w czasie tamtych dni. Pozornie spokojna misja przeradza się w prawdziwe piekło, a odcięci od reszty świata żołnierze, mając resztki jedzenia i amunicji bronią City Hall przed tuzinami irackich rebeliantów. To historia wprost stworzona na potrzeby filmu.


Krzysztof Łukaszewicz swoimi poprzednimi produkcjami ("Generał Nil" i "Lincz") pokazał, że nie obce mu twarde męskie kino. "Karbala" również jest takim filmem, bo przecież wojna to nie zabawa w strzelanie do siebie z pistoletów na wodę. Nawet najmniejszy błąd może skończyć tu się tragicznie. Zostawiając za sobą całą otoczkę związaną z wojennym frontem, lepiej skupić się na tym, jak zostały przedstawione tamtejsze wydarzenia.

Ogółem film wypada całkiem dobrze w pojedynczych scenach. Jak na standardy polskiego kina jest to już spory sukces, biorąc pod uwagę, że to film wojenny, którego akcja dzieje się na bliskim wschodzie. Co nam jednak po poprawnie wyreżyserowanych scenach, kiedy sam scenariusz jest bardzo miałki. Niestety próżno nam szukać bohatera, z którym byśmy się naprawdę zżyli. Większość postaci jest po prostu do odstrzału, a ci główni jak Kalicki czy Grad nie są na tyle dobrze zarysowani, abyśmy w ogóle chcieli trzymać za nich kciuki. Topa, Żurawski, Schuchardt lepiej lub gorzej wywiązali się ze swojej roli, ale jako nieliczni trzymają poziom. Bynajmniej nie można tego powiedzieć o marnej podróbce Logana Lermana z "Furii", czyli ciężkostrawnej postaci Kamila Grada (Antoni Królikowski). Skoro o odwołaniach mowa, to trudno nie zauważyć w filmie scen wprost wyciętych z "Helikoptera w ogniu". Zasada kopiuj/wklej, została wykorzystana w zbyt dosłowny i męczący sposób; podkreśla to nawet sama muzyka. Na domiar tego udało się także wcisnąć znany już wszystkim (amerykański) motyw gloryfikowania narodowej flagi.

photo.title

Reżyser w wywiadach przyznawał, że absolutnie nie miał zamiaru gloryfikować żołnierzy, lecz ukazać ich zwykłymi wojskowymi, którzy to wyszli z irackiego piekła po ciężkich bojach. Chyba za bardzo jednak to się udało, bo w bardzo dużym stopniu jest to film niemający na siebie pomysłu. Akcja toczy się własnym torem w myśl zasady: "co będzie, to będzie". Dobre aranżowanie scen szczególnie batalistycznych to nadal za mało, kiedy nie stoi za tym autentycznie przekonująca i poruszająca historia. Na polskie kino wojenne z najwyższej półki przyjdzie nam jeszcze poczekać. Na razie cieszyć może fakt, że próby nie stoją wcale na niskim poziomie, mając na uwadze, chociażby "Miasto 44" i najnowszą "Karbale". Mam nadzieję, że będzie już tylko lepiej. Zalążek jest w strzępkach, ale jest.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 64% uznało tę recenzję za pomocną (22 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)