Recenzja filmu Ptaki śpiewają w Kigali (2017)
Krzysztof Krauze
Joanna Kos-Krauze

Po ludobójstwie

Uczynienie głównej bohaterki akurat z Claudine okazało się strzałem w dziesiątkę. Dzięki temu zabiegowi Krauzowie wytrącają widzów z samozadowolenia, skłaniają do opuszczenia bezpiecznego rewiru ...
Filmweb sp. z o.o.
Na "Ptaki śpiewają w Kigali" czekaliśmy blisko 10 lat. Film mógł powstać znacznie szybciej – z amerykańskimi pieniędzmi w budżecie i Nickiem Nolte'em na pierwszym planie. Duet Joanna Kos-KrauzeKrzysztof Krauze (reżyser zmarł w 2014 roku, ale zdążył współtworzyć scenariusz i uczestniczyć w pierwszych dniach zdjęciowych) zrezygnował jednak z potencjalnych atutów w imię artystycznej wolności. W efekcie "Ptaki..." zaczynają się tam, gdzie większość podobnych filmów dobiega końca. Zamiast rekonstruować na ekranie sam proces ludobójstwa w Ruandzie, polscy twórcy opisują "krajobraz po bitwie", opowiadają o traumie, żałobie, a w końcu także i o zdolności do przebaczenia.


"Ptaki..." to dzieło pod wieloma względami radykalne, zdradzające reżyserskie fascynacje kinem nowohoryzontowym. W dokonanym przez Krauzów zwrocie w stronę awangardy nie ma nic z artystycznej kokieterii i skłonności do hołdowania sezonowym modom. Utrzymywanie powolnego tempa opowieści i skłonność do rozgrywania najbardziej dramatycznych wydarzeń w przestrzeni pozakadrowej wydaje się elementem przemyślanej strategii. Zgodnie z jej założeniami, o wielkich nieszczęściach mówi się w "Ptakach..." w sposób taktowny, dyskretny, opierający się pokusie zamieniania ludzkich tragedii w zgrzebny kicz.

Nawet jeśli Krauzowie w nowym filmie eksperymentują ze stylem, wciąż pozostają wierni tematom eksplorowanym od dawna. Polscy twórcy po raz kolejny proponują empatyczne spojrzenie w stronę Innego. Tym razem  idą w tej kwestii jeszcze dalej niż zwykle. W "Moim Nikiforze", "Placu Zbawiciela" czy "Papuszy" reżyserski duet przyglądał się losom postaci, które – choć pozostawione na uboczu – odczuwały przynależność do społeczeństwa bądź swojej grupy etnicznej. Ocalona z rzezi Ruandyjka z "Ptaków..." po przyjeździe do Polski pozostaje wyobcowana, pozbawiona korzeni i punktów odniesienia.

photo.title

Uczynienie głównej bohaterki akurat z Claudine okazało się strzałem w dziesiątkę. Dzięki temu zabiegowi Krauzowie wytrącają widzów z samozadowolenia, skłaniają do opuszczenia bezpiecznego rewiru lokalnych problemów i spojrzenia na Polskę jako część większej całości. Choć Ruanda i jej problemy mogą wydać nam się odległe, reżyserzy przypominają, że mechanizmy umożliwiające szerzenie nienawiści pozostają niepokojąco uniwersalne. To samo tyczy się zresztą bierności wobec zła i obojętności na krzywdę innych. Najdobitniej przekonuje o tym znakomita sekwencja, w której Anna, przyjaciółka Catherine, konfrontuje się z nieprzychylnym urzędnikiem. Po kilku minutach, zniechęcona jego postawą, wykrzykuje w końcu: "Za ludobójstwo w Ruandzie odpowiedzialne były takie same białe chujki jak pan, tyle że wykształcone na Sorbonie!".

photo.title

Relacja pomiędzy Catherine a Anną stanowi bodaj najmocniejszy punkt całego filmu. Obie kobiety znają się z czasów afrykańskich, więc łączy je wspólnota wspomnień, lęków i trudnego do wyobrażenia cierpienia. Naznaczone traumą bohaterki spędzają wspólnie sporo czasu, ale nie umieją ze sobą rozmawiać. Każdemu spotkaniu towarzyszy atmosfera pełna sprzecznych uczuć i podskórnego napięcia, które czasem znajduje ujście w niekontrolowanych wybuchach gniewu. Obecność trudnych emocji nie zmienia jednak faktu, że kobiety pozostają sobie bliskie, a w końcu inspirują się wzajemnie do konfrontacji z przeszłością.

Właśnie przetrwanie więzi między bohaterkami stanowi źródło –  obecnej we wszystkich filmach Krauzów – nadziei. Nawet jeśli tym razem jest jej niewiele,  odrobina dobra w świecie niewyobrażalnego okrucieństwa wydaje się wartością nie do przecenienia.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 73% uznało tę recenzję za pomocną (41 głosów).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry