Recenzja gry Assassin’s Creed Origins (2017)
Jean Guesdon
Ashraf Ismail

Powrót (asa)syna marnotrawnego

Wierni fani będą zaskoczeni ilością walki, ale dość szybko przestaną kręcić nosem na brak okazji do skradanki. Jak w przypadku "Syndicate" gra zachęca do walki wręcz, ale zamiast maszowania na ...
Filmweb sp. z o.o.
Opłaciła się Ubisoftowi zmiana polityki wydawniczej ich sztandarowej serii. Rok przerwy dla "Assasin's Creed" okazał się dobrym posunięciem, którego rezultaty widać niemal od pierwszych chwil spędzonych w Egipcie Ptolemeuszy. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to wspaniały design świata, który jest powrotem poziomu uwagi i szczegółowości "Unity" – obawiałam się trochę zgrzebnego "w pustyni i w puszczy" z generycznymi skupiskami domów, tymczasem każda najmniejsza wioseczka ma nieco odmienny charakter architektury. Kredowe lepianki w bardziej peryferyjnych obszarach Egiptu kontrastują z domami z cegieł i czerwonej dachówki. Mieszkańcy zróżnicowani są etnicznie i obyczajowo – zamiast ujednoliconej masy ludzkiej bez trudu odgadniemy przynależność klasową i rasową napotkanych – po ubiorze, dialekcie i mowie ciała. W dużych miastach, których obok Aleksandrii i Memfis jest znacznie więcej chce się zatrzymać na dłużej i odwiedzić starannie odtworzone, znane z lekcji historii miejsca: Wielką Bibliotekę, latarnię i piramidy, których wnętrza odtworzono zgodnie ze szkicami i planami dostarczonymi przez historyków i egiptologów. Podobnie jak w "Unity" można wejść do niemal każdego budynku, w którym tętni życie; tawerny, burdele, łaźnie publiczne przyprawiają o miły zawrót głowy, jednak – inaczej niż we rewolucyjnym Paryżu – staranność wykonania nie została okupiona ogromną liczbą wizualnych i wydajnościowych niedoróbek. 


Historia na początku nie robi dobrego wrażenia, nie wciąga ani ponury los głównego bohatera, którego osobista tragedia zmusza do opuszczenia rodzinnej Siwy w ślad za tajemniczym spiskiem, ani majaczące niemrawo historyczne postacie, prowadzone lakonicznie i na skróty jednocześnie. Dopiero w jednej trzeciej gry wszystko nabiera tempa i kolorów, na szczęście dla "Origins" do tego czasu trudno się nudzić. Poboczne questy, dające wgląd w życie wierzenia i obyczaje starożytnych Egipcjan opowiadają więcej ciekawych historii niż poprzednie części razem wzięte, często dzielą się na oddzielne etapy rozmieszczone w różnych lokacjach i łączą wiele elementów rozgrywki. Często zaczynają się od przypadkowej rozmowy albo małego śledztwa, prowadząc do wytropienia sprawcy zamieszania i do wymierzenia sprawiedliwości. Jednak nie wszystko kręci się wokół zabijania i uwalniania jeńców. Czasem trzeba sprowadzić do domu ukochanego przez dzieci psa, innym razem – pocieszyć rodziców po stracie potomka. Oczywiście ani fabularne twisty tych drobnych historii, ani dialogi nie dorównują świetnemu "Wiedźminowi 3", ale fakt, że przykurzona nieco seria sięga po podobne rozwiązania, zdecydowanie działa na jej korzyść. Czasy zgrzebnych i przygłupich zadań, jak uwalnianie dzieci z fabryk w "Syndicate" (skąd oczywiście trafiały na ulice, żeby żebrać i kraść) odeszły do lamusa. Rozwiązywanie problemów biednych i pokrzywdzonych, niewolników, bezrobotnych gladiatorów, ofiar maltretowania, kradzieży i nadmiernej władzy lokalnych polityków w końcu nie jest tylko automatycznym nabijaniem XP, zwykle zaczynającym się nudzić w połowie gry, ale wyzwala wreszcie trochę emocji, podnosząc historyczną świadomość gracza. 

Najwięcej dzieje się jednak w samej rozgrywce – wierni fani będą zaskoczeni ilością walki, ale dość szybko przestaną kręcić nosem na brak okazji do skradanki. Jak w przypadku "Syndicate" gra zachęca do walki wręcz, ale zamiast maszowania na zmianę dwóch przycisków mamy do dyspozycji cały asortyment ataków – mocnych, szybkich i rozbijających gardę, co w połączeniu z możliwością uników, parowania i specjalnych ataków, które można odblokować na drzewku rozwoju postaci (np. ogłuszanie wrogów jastrzębiem (serio!) czy sterowanie strzałami z pierwszoosobowej perspektywy), sprawiają, że walka nie jest już smutną koniecznością, gdy odkryje nas przeciwnik. Mechanika naśladuje nieco "Dark Souls", ale oczywiście brakuje tu podobnej precyzji, konsekwencji i zróżnicowania wrogów. Cieszy jednak, że wreszcie coś zależy od indywidualnych umiejętności gracza, a nie tylko wyrażonego cyfrowo poziomu trudności. Walka i rozwój postaci w "Syndicate" był smutnym kompromisem między skradankowymi tradycjami serii a chęcią wprowdzenia innowacji – kompromisem zgniłym, bo po czasie okazywało się, że dwojgiem bohaterów można grać praktycznie identycznie. W "Origins" twórcy dużo śmielej korzystają z elementów RPG, z czego najciekawszym jest rozwijanie umiejętności łuczniczych – nowy dla serii sposób walki, połączony z asortymentem autentycznych dla starożytności rodzajów łuków, sprawia, że skrytobójstwo traktuje się z coraz mniejszą nostalgią. 

photo.title   photo.title   photo.title

Nowy sposób walki ma zresztą solidne umocowanie fabularne. Bractwo asasynów dopiero się kształtuje, a nasz bohater jest prostym człowiekiem, szukającym swego przeznaczenia zupełnie po omacku. Do trudnego romansu z wielką historią pcha Bayeka prócz pragnienia zemsty także ambicja żony. Ayę – silną i odważną kobietę, o wyglądzie łudząco podobnym do  Indiry Varmy ("Rzym", "Gra o tron") przy życiu trzyma nie tyle zemsta za odebranie sielankowej przeszłości, co nadzieja na zaprowadzenie politycznego porządku w Egipcie, pod wodzą innej potężnej kobiety – Kleopatry. Udział w spiskach zdobywającej coraz większe wpływy władczyni powoli staje się kością niezgody między małżonkami. Postać legendarnej władczyni – kapryśnej, złośliwej, rozmiłowanej w ucztach, splendorze i licznych związkach z mężczyznami – dorównuje najlepszym historycznym bohaterom serii. Powrót bractwa skrytobójców może budzić nieco mieszane uczucia; z jednej strony Ubisoft powoli uczy się na błędach, a korzystając z doświadczeń innych deweloperów, serwuje nam rozwiązania, które zawsze są nieco gorsze od najlepszych przedstawicieli wykorzystywanych w serii gatunków, ale z drugiej trzeba pamiętać, że twórcy od zawsze starali się tworzyć "Assassin’s Creed" jako grę dla każdego, wymuszając na sobie samych wiele kompromisów. Jeśli największą zaletą serii jest wprowadzenie licznego grona odbiorców w meandry historii świata i danie im możliwości samodzielnego odtworzenia polityki, wierzeń, obyczajów i genius loci z przeszłości, to bez krzty przesady można powiedzieć, że "Origins" jest bardzo udanym powrotem do domu. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 82% uznało tę recenzję za pomocną (38 głosów).
Ludwika Mastalerz
ocenia tę grę na:
1 10 8/10 bardzo dobra