Recenzja filmu Boski porządek (2017)
Petra Biondina Volpe

Szwajcarskie rewolucje

Muszę się przyznać, że chociaż sam temat budzi we mnie nieskrywany entuzjazm, to nadmierny akademizm "Boskiego porządku" skutecznie mnie wymęczył. Od strony filmowego rzemiosła trudno tutaj ...
Filmweb sp. z o.o.
Wyobrażamy sobie to tak – demokracja i postęp zawsze idą w parze. Na przykład Szwajcaria kojarzy nam się w pierwszej kolejności z głosowaniem ludowym, stabilnym państwem, polityką równości i tolerancji. Tymczasem wystarczy cofnąć się w czasie o kilkadziesiąt lat, żeby nasze utarte przekonania zostały podane w wątpliwość. W alpejskim kraju demokracja bezpośrednia podtrzymywała system oparty na wykluczeniu – i robiła to skutecznie aż do lat 70. XX wieku. Ponieważ zmiana prawa konstytucyjnego wymagała zdobycia większości głosów w narodowym referendum, mężczyźni latami torpedowali polityczne równouprawnienie kobiet, najdłużej w kantonie Appenzell Innerrhoden – do 1990 roku. Za wszystkim stał oczywiście silny społeczny konserwatyzm, przywiązanie do patriarchalnych tradycji – w kobietach widziano istoty z natury podporządkowane, opiekunki domu i męża, zbyt słabe, żeby zabierać głos w sprawach publicznych.


"Boski porządek" skupia się na historycznej drodze ku równouprawnieniu Szwajcarek – oddolnej kampanii emancypantek chwilę przed zwycięskim referendum z 1971 roku. Już otwierające film dokumentalne kadry ze słynnego amerykańskiego Lata Miłości wprowadzają silne wrażenie kontrastu. Tam – rewolucja seksualna, hippisi, wolność. Tutaj – chustki na głowach, kuchnia i kościół. Nora mieszka z mężem Hansem i dwojgiem dzieci na szwajcarskiej prowincji – wszyscy miejscowi doskonale się znają, razem pracują i non stop patrzą sobie na ręce. Bohaterkę poznajemy jako oddaną gospodynię domową – gotuje, pierze, nosi, pieli, jest na każde skinienie apodyktycznego teścia-szowinisty. Pierwsze skowronki zmiany pojawiają się w chwili, kiedy Nora postanawia pójść do pracy – w myśl szwajcarskiego prawa rodzinnego potrzebuje na to zgody męża. A Hans nie chce wypuścić swojej prywatnej niewolnicy z domu – w tartaku już się z niego śmieją, że lada chwila sam sobie będzie prał skarpety i niańczył synów. Sfrustrowana bohaterka zaczyna więc studiować broszury i książki, które kiedyś dostała od wizytujących miasteczko feministek. Niedługo później zakłada – razem z dwiema innymi miejscowymi – komitet poparcia dla prawa wyborczego kobiet, rozkręca też lokalną kampanię informacyjną. Krok po kroku, mimo szykan oraz oporu własnej rodziny, z uległej kury domowej przeistacza się w prężną aktywistkę polityczną. 


A ja muszę się przyznać, że chociaż sam temat budzi we mnie nieskrywany entuzjazm, to nadmierny akademizm "Boskiego porządku" skutecznie mnie wymęczył. Od strony filmowego rzemiosła trudno tutaj znaleźć coś poza klasycznym schematem pomnika. Kobiece bohaterki pełnią przede wszystkim funkcje ilustracyjne – każda z nich reprezentuje inny "typ" podporządkowania, z którego emancypuje się zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Dominuje plakatowa czystość moralna "swoich", co łatwo przekuć w oskarżenie o skrajną tendencyjność – podobnie jak w przypadku nachalnej propagandy kina chrześcijańskiego. Główna oponentka Nory – agitująca na rzecz utrzymania status quo – to ucieleśnienie stereotypu tak zwanej "kobiety zdewociałej": w wielkich okularach, szarych spódnicach i kokach przypomina połączenie sadystycznej wychowawczyni, oficera gestapo i maszyny bojowej. Poza tym nad filmową Szwajcarią – chociaż to gniazdo opresji – rozciąga się aura poczciwości, tak jakby bohaterowie za chwilę mieli przebudzić się z zimowego snu i powiedzieć łagodnymi głosami: "Nic się nie stało!". Czasami te retro kolory i ciepłe emocje dają fajne efekty – jak w scenach z Zurychu, gdzie emancypantki jadą na wielką demonstrację kobiet i biorą udział w hippisowskich warsztatach świadomej seksualności. Przedstawicielki trzech różnych pokoleń po raz pierwszy w życiu oglądają własne waginy, a reżyserka Petra Volpe pozwala im przeżyć – w niektórych przypadkach mocno spóźnioną – chwilę przebudzenia i zachwytu.

Ale znowu, motyw rewolucji seksualnej w pewnym sensie przewraca emancypacyjne obrazy na nice i ponownie wydobywa na pierwszy plan mężczyznę, związek, rodzinę, dzieci – z kobietą jako prostym dopełnieniem nowoczesnej sielanki. Tak można czytać ckliwy finał – Nora wraca do starych/nowych porządków, które w międzyczasie przeszły gruntowną transformację. Zmieniło się prawo, zmieniły się stroje i zmienił się seks – ale czy poszły za tym świadomość, postawy, kultura? Czy nie mamy do czynienia z fasadą, za którą wciąż kipi dawna pogarda? To filmowe słońce wydaje się jednak przesadnie optymistyczne, przedwczesne, świecące odbitym blaskiem. Tak jakby cała historia zakończyła się jednym, precyzyjnym cięciem. Tyle że dzisiaj wiemy już lepiej – w kwestii praw kobiet mamy jeszcze masę rzeczy do przerobienia. Na zachodzie, wschodzie, północy i południu. I niestety żaden liberalny koniec historii nas w tej pracy nie wyręczy.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 57% uznało tę recenzję za pomocną (7 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły