Recenzja filmu Django (2012)
Quentin Tarantino

Szybki i wściekły

Z jednej strony pastisz, z drugiej – hołd dla gatunku. Obydwa światy spotykają się w "Django" na  podobnych zasadach co w poprzednich filmach Tarantino. Ich zderzenie widać w niepodrabialnej ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Django (2012)
Choć dziś mamy Quentina Tarantino za wielkiego ironistę, dekonstruktora form i gatunków, kto wie, czy następne pokolenia nie dostrzegą w nim popkulturowego historiozofa lub rzecznika wykluczonych i uciskanych? W "Death Proof" symbolicznej zemsty na męskim oprawcy dokonywały wyemancypowane i twarde kobiety. "Bękarty wojny" były fantazją o żydowskiej zemście na nazistach. "Django" tymczasem to przewrotny rozrachunek z niewolnictwem na południu USA. Rewolucja ma w filmie Tarantino dwie twarze – tytułowego Django, który zamienia łachmany niewolnika na kowbojski kapelusz i staje się nieustraszonym rewolwerowcem, oraz jego wybawcy, niemieckiego dentysty i łowcy nagród Kinga Schultza, pragnącego na przekór własnej naturze "obdarować kogoś wolnością". Bohaterowie spotykają się dwa lata przed rozpoczęciem wojny secesyjnej, ale ich przyjaźń przejdzie najcięższą próbę na plantacji psychopatycznego Calvina Candiego (Leonardo DiCaprio) zwanej Candyland. To tam na ratunek czeka ukochana żona Django, Broomhilda (Kerry Washington).  

Schultz i Django reprezentują typ postaci, które u Tarantino pojawiają się rzadko. Przerywają jego nieustającą  zabawę w kino, wymagają więcej uwagi od niego i od nas. Są kimś więcej niż gatunkowymi figurami odbitymi w lustrze pastiszu; najbliżej im do pełnokrwistych, obdarzonych wiarygodnymi lękami, obsesjami i wspomnieniami bohaterów "Jackie Brown". Ich motywacje są jasne, ich krucjata przeciw "nieprawości i tyranii złych ludzi" wydaje się dla reżysera istotna przede wszystkim w kontekście moralnym – bezwstydna, przeestetyzowana przemoc, będąca znakiem firmowym twórcy "Wściekłych psów", sąsiaduje ze scenami sprawiającymi, że śmiech więźnie nam w gardle. Motyw moralnej odpowiedzialności za zbrodnie białych eksponowany jest w nieco kiczowatych scenach rozterek Schultza, prześladowanego wspomnieniem niewolnika rozszarpywanego przez psy. Co ciekawe, w bohatera wciela się Christoph Waltz – ten sam, który w "Bękartach wojny" był bezwzględnym egzekutorem nazistowskiej "rasy panów". "Jako Niemiec jestem zobowiązany ci pomóc" – powie żartobliwie do Django.

Dandysowaty Candie w wybornej interpretacji DiCaprio to zło na miarę "złotych" czasów niewolnictwa – bogaty, wpływowy snob i kosmopolita z mózgiem zlasowanym przez antropologiczno-biologiczne teorie (kapitalna jest scena, w której analizuje budowę czaszki zmarłego przed laty lokaja). Jest tym ciekawszy, że otaczają go przegięte postaci z westernu à rebours – zaciągający z południowym akcentem plantatorzy z podkręconym wąsem (Don Johnson!), spluwający tytoniem i łypiący spode łba farmerzy, pyskaci rewolwerowcy z zepsutymi zębami oraz dystyngowani urzędnicy w surdutach i monoklach.

Tak więc z jednej strony pastisz, z drugiej – hołd dla gatunku. Obydwa światy spotykają się w "Django" na  podobnych zasadach co w poprzednich filmach Tarantino. Ich zderzenie widać w niepodrabialnej inscenizacji, słychać w ostrych jak brzytwa dialogach, czuć w rytmie poszczególnych ujęć i scen. "Django" udowadnia jednak, że konwencja westernu nie jest tak elastyczna jak gatunek kina wojennego, samurajskiego czy blaxploitation i że o wiele trudniej uwolnić ją od balastu nostalgii. Choć Tarantino postępuje z westernem równie bezceremonialnie co z innymi konwencjami, widać, że czuje do niego większe przywiązanie i darzy go większym szacunkiem (jest to również casus braci Coen oraz ich "Prawdziwego męstwa"). I jeśli jego film czymś zaskakuje, to wcale nie fantastycznym scenariuszem, pełną niuansów dyskusją z westernową tradycją i odbitą w krzywym zwierciadle gatunkową ikonografią. Szkopuł tkwi w klasycznej i szczerej formule, w której – poza obowiązkowymi strzelaninami, nasiadówami przy ognisku i galopowaniem przez prerie – znalazło się miejsce dla wielkiej pochwały przyjaźni.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 82% uznało tę recenzję za pomocną (713 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (13)

zobacz wszystkie