Recenzja filmu Wyznanie (2017)
Zaza Urushadze

Wiejskie ikony

Zaczyna się jak typowy Bromski: wieś sielska i anielska, we wsi poczciwy lud, malownicza cerkiew i rytm dnia wyznaczany biciem dzwonów. Słowem – chrupiący, romantyczny Wschód, gdzie zamiast ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Wyznanie (2017)
Zaczyna się jak typowy Bromski: wieś sielska i anielska, we wsi poczciwy lud, malownicza cerkiew i rytm dnia wyznaczany biciem dzwonów. Słowem – chrupiący, romantyczny Wschód, gdzie zamiast smartfona kontempluje się puchate gąsienice i babiny na rozstajach dróg. Niesamowite – myślimy w pierwszym odruchu – z jakim uporem filmowcy z Zakaukazia i okolic pielęgnują autostereotypy, dostarczając zachodnim widzom dokładnie to, czego od "pół-Azji" oczekują – fotogeniczne pocztówki z nienowoczesności. Ambicje Zazy Urushadze idą jednak o krok dalej. Twórca ukochanych przez polską publiczność "Mandarynek" próbuje realnie podbić stawkę i wejść w rolę dekonstruktora mitów prowincji. Upycha więc w jednym, krótkim obrazie wszystkie najbardziej ordynarne klisze "wschodniości", podlewa spulchniaczem i czeka, aż zaczną rosnąć i rozsadzać ekran. I rozsadzają, tylko że rykoszetem dostaje się zaufaniu pokładanemu w reżyserze: gruzińska wieś z "Wyznania" to zbudowana tanim kosztem pułapka na wrażliwców, która udaje piękno i duchowość – a czasami nawet nowoczesność – ale tylko po to, żeby wyssać z nich ostatnią kroplę krwi. Stereotyp zostaje przenicowany, tyle że zamiast naiwnej malowniczości dostajemy wstręt do plebsu i mizoginię.

Urushadze zamyka swój pomysł w nieśmiertelne ramy dwóch równoległych porządków: rzeczywistości – banalnej i okrutnej – i filmowej iluzji. "Magia kina" – ta najprostsza, eskapistyczna – wkracza na zapuszczoną prowincję z nieoczekiwanej strony, w sojuszu z krzyżem i sutanną. Giorgi, prawosławny duchowny, a lata temu również student filmówki, przywozi na wieś projektor i stertę filmów, które zamierza wykorzystać jako narzędzie edukowania i "uduchowiania" prostaczków. Należy więc do wymarłego już plemienia XIX-wiecznego inteligentów-pozytywistów – ma misję, nowoczesne metody i bezgraniczną wiarę w potencjał wsi. Tymczasem lud nie bardzo interesuje się sztuką i kontemplacją, a w wyświetlanych filmach widzi raczej samo życie: piersi i tyłki, chłopów poprzebieranych za baby, walki z sąsiadami na sztachety. Ma również bardzo swobodne podejście do samej kinowej iluzji – w trakcie sensu "Pół żartem, pół serio" miejscowi natychmiast ustalają, która kobieta w wiosce najbardziej przypomina Marilyn Monroe. I rzeczywiście, Lili – nauczycielka gry na fortepianie – to lustrzane odbicie ikony popkultury, sama zresztą się tym podobieństwem szczyci i na każdym kroku je podkreśla. Melancholijny Giorgi włazi w te cieplutkie, prowincjonalne fantazje jak nóż w masło: porzuca obiektywizm i surowość duchownego, a zaczyna patrzeć na Lili jak na własną aktorską muzę. Tak jakby znowu był studentem reżyserii.

I na takim – raczej dyskretnym – autotematyzmie opiera się "Wyznanie". Wioska – symbol kaukaskiej swojskości i gościnności – sama się tutaj bez przerwy reżyseruje, wprowadza kolejne wątki i tropy, raz chce się podobać i częstuje ciasteczkami, żeby za chwilę spuścić psy z łańcuchów. Cały ten wysiłek po to, żeby zaspokoić stereotypowe oczekiwania miejskiej inteligencji i jakoś przetrwać – w niezmienionym przez nowoczesność kształcie – jeszcze jeden sielski dzień. Aktorskiej ekwilibrystyce i udawaniu skansenu sprzyja instytucja spowiedzi, która pozwala mieszkańcom do woli mataczyć, oczerniać sąsiadów i budować typowy obraz wiejskiego piekiełka: melancholijnych, nieco rubasznych, za to głęboko wierzących kopaczy grządek. A jednak Giorgi to twardy orzech do zgryzienia – jako człowiek sztuki i wychowanek amerykańskiego kina, za żadne skarby nie pozwala się wpisać w stereotyp popa z zaścianka. Odmawia sadzenia pomidorów i nie chce się bratać z mieszkańcami przy kielichu. Wioska próbuje więc złamać buntownika jego własną bronią i "podsuwa" mu – trochę jak myślący ocean z "Solaris" Lema – idealny obiekt męskich pragnień: kobietę-lalkę. Nie po to jednak, żeby zawracać sobie głowę komunikacją, lecz – jak w biblijnej opowieści – wodzić na pokuszenie i podkopywać autorytety.  

Prowincja ma więc oblicze węża, jej mieszkańcy – jak potwierdza jeden z bohaterów – wcale nie są tacy gościnni, a Monroe to w istocie pusta, wyniosła mimoza, kwintesencja blondu, szminki i kręcenia tyłkiem. Urushadze bierze najbardziej krzywdzący składnik mitu MM – ten, który zrobił z niej głupie świecidełko, mięso do skonsumowania – żeby uporać się z własnym obrzydzeniem stereotypem wsi jako przestrzeni naturalnego piękna i życia w harmonii. Jednak nawet jeśli figura Monroe jest używana niewinnie i tylko ilustruje siły tkwiące w kulturowej iluzji, całość i tak sprawia bardzo niepokojące wrażenie – tak jakby reżyser próbował nas przekonać, że za urodą ciała, zmysłowością, przywiązaniem do własnego wizerunku kryje się wór z łajnem. Że TE baby – te, które się "nadmiernie" malują i noszą krótkie spódniczki – same się o TO proszą. Otwarta mizoginia i uprzedmiotowienie to jednak ślepe uliczki, które robią z "Wyznania" kobietożerczy pamflet. Serio, czy naprawdę potrzebujemy jeszcze więcej pogardy i przedpotopowych klisz, żeby pokazać, w jak wielkie kompleksy wpędzają nas niezależne kobiety? Trochę wstyd, panie Urushadze.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 25% uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie