Recenzja filmu W czterech ścianach życia (2017)
Philippe Van Leeuw

Wojna domowa

Belgijski reżyser nie ogranicza się do mnożenia wzniosłych dylematów i pozostaje otwarty również na upokarzającą prozę życia. Doświadczana z perspektywy cywila wojna we "W czterech ...
Filmweb sp. z o.o.
Philippe Van Leeuw musi mieć nerwy ze stali. Kilka lat po debiutanckim "The Day God Walked Away", opowiadającym o kulisach ludobójstwa w Ruandzie, reżyser podjął równie bolesny temat wojny domowej w Syrii. Choć z boku może wyglądać to nieco podejrzanie, belgijski twórca ani trochę nie przypomina łowcy sensacji, który pozostaje niewzruszony przez widok cudzego cierpienia. Wręcz przeciwnie, Van Leeuw robi w swoich filmach wszystko, by pozornie egzotyczne i niedotyczące nas konflikty odsłoniły cały swój upiorny uniwersalizm. Dzięki zastosowaniu tej strategii "W czterech ścianach życia" okazuje się dziełem tak samo wstrząsającym jak pamiętni "Ostatni w Aleppo".


Znakomicie przyjęte na zeszłorocznym Berlinale dzieło belgijskiego reżysera sprawia wrażenie przemyślanego w najdrobniejszych szczegółach. Van Leeuw, z wykształcenia operator wsławiony między innymi współpracą z Brunonem Dumontem, umiejętnie kreuje atmosferę rodem z klaustrofobicznego thrillera. Niemal cała akcja filmu toczy się w niewielkim mieszkaniu w centrum Damaszku, w którym grupa ludzi doświadcza niewyobrażalnego strachu i niepewności. W sytuacji, gdy bez przerwy słychać wybuchy, a wokół roi się od snajperów, bohaterowie doskonale wiedzą, że jeden fałszywy ruch może kosztować ich życie. 

Van Leeuw poświęca najwięcej uwagi postaci Oum – kobiety wyrastającej na nieformalną przywódczynię filmowej mikrospołeczności. Pełniona przez nią funkcja okazuje się niezwykle wymagająca pod względem moralnym. W ciągu kilkudziesięciu sekund Oum musi podejmować brzemienne w skutki decyzje, a także szukać instynktownych odpowiedzi na pytania, nad którymi filozofowie głowią się od stuleci. Najważniejsze z nich, cisnące się na usta w kulminacyjnym momencie fabuły, brzmi: czy można poświęcić cześć jednostki w imię zwiększenia szans na przetrwanie większej ilości osób?


Na szczęście belgijski reżyser nie ogranicza się do mnożenia wzniosłych dylematów i pozostaje otwarty również na upokarzającą prozę życia. Doświadczana z perspektywy cywila wojna we "W czterech ścianach…" miewa zapach śmierdzącego kibla i pojawiającej się w najbardziej niestosownych momentach chuci. Podkreślony w filmie Van Leeuwa splot grozy i banału wybrzmiewa tym bardziej sugestywnie, że wydaje się znajomy. Oglądając niektóre fragmenty "W czterech ścianach…", trudno nie dopatrzyć się w nich pokrewieństwa z "Pamiętnikiem z Powstania Warszawskiego" Białoszewskiego.

Sięganie po tego typu swobodne skojarzenia wydaje się zgodne z intencją reżysera. Belgijski twórca robi wszystko, by jego bohaterowie stali się nam tak bliscy jak to tylko możliwe. Podczas seansu nie sposób zorientować się ani kto właściwie strzela do kogo, ani z jaką stroną konfliktu sympatyzuje towarzystwo Oum. Zamiast polityki, liczy się wyłącznie naga i instynktowna chęć przetrwania.

O tym, że Van Leeuwowi chodzi o coś więcej niż tylko o sytuację w Syrii, przekonuje już oryginalny tytuł filmu. Neologizm "Insyriated" stanowi, zgodnie z wyjaśnieniami reżysera, termin analogiczny do "finlandyzacji" i "bałkanizacji" i opisuje precedens, który w przyszłości ma szansę stać się obowiązującą normą. Zgodnie z ponurą wizją Van Leeuwa, każda następna wojna będzie, wzorem tej ukazanej na ekranie, rozwlekła, bezwzględna i ukierunkowana głównie na cierpienie cywilów.  Film Belga nie pozostawia wątpliwości: ostatnie, czego byśmy chcieli, to sprawdzić trafność jego przepowiedni na własnej skórze.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 65% uznało tę recenzję za pomocną (17 głosów).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry