Recenzja filmu Western (2017)
Valeska Grisebach

Wschód-zachód

"Western" sprawdza się zarówno jako hołd złożony najszlachetniejszemu z gatunków, jak i jego antyteza, film o kryzysie męskości oraz historia mężczyzny większego niż kino, popis estetycznego ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Western (2017)
Chociaż akcja filmu rozgrywa się na bułgarskiej prowincji, kowbojów zastępują budowlańcy, zaś kolej żelazną - hydroelektrownia, tytuł nie kłamie: "Western" w reżyserii Niemki Valeski Grisebach to opowieść o ostatnim sprawiedliwym, wielkiej drace na dzikim wschodzie oraz wyboistej drodze do pojednania.

Do małego miasteczka na granicy z Grecją bohater wjeżdża jak na spadkobiercę Johna Wayne’a przystało - na koniu, samotnie, w poszukiwaniu papierosa oraz chwili wytchnienia. Meinhard (Meinhard Neumann) nie jest może duszą towarzystwa i brakuje mu uroku gwiazdy filmowej (gęsty wąs oraz zapadnięte policzki wydają się wręcz egzystencjalną odwrotnością hollywoodzkiego szyku), jednak swoje w życiu przeszedł: jako legionista walczył w Afryce i Afganistanie, a wszystkie egzaminy odróżniające chłopców od mężczyzn zdał na piątkę z plusem. Nic więc dziwnego, że gdy konflikt pomiędzy lokalną społecznością a zatrudnionymi do budowy elektrowni przybyszami z zewnątrz wejdzie w decydującą fazę, wiele będziecie zależeć od bohatera. Spokojna głowa, Meinhard to facet, któremu ciężko przetrącić kręgosłup - zwłaszcza ten moralny.

Motyw kulturowego zderzenia wschodniej Europy z zachodnią, tak odległy przecież od ikonografii westernu, reżyserka finezyjnie wpisuje w gatunkowy wzorzec. Z jednej strony mamy więc centrum, czyli miasteczko, skarbnicę obcej kultury i zarazem niezbadaną ziemię. Z drugiej, obrzeża, obóz najeźdźców, w którym buzuje testosteron, a twardą ręką rządzi szowinistyczny Vincent (Reinhardt Wetrek). Pomiędzy dwoma światami przechadza się Meinhard - jedyny, który próbuje sforsować mur nieufności, wchodzi w interakcję z miejscowymi, nawiązuje głębsze relacje. To jednocześnie twardziel wycięty z westernowego żurnala, chodząca metafora „porozumienia bez barier”, a także pragmatyk, zdający sobie sprawę z zalet kruchego społecznego porządku.

Grisebach pokazuje, jak trudno jest wyrównać rachunki krzywd - zwłaszcza, gdy sięgają jeszcze czasów II wojny światowej. Ale "Western" to również kapitalna opowieść o języku zakreślającym granice świata. Bariera językowa zwalnia przybyszów z obowiązku autorefleksji, pozwala szukać sensu swojej agresji w łatwej narracji o dzikusach i kaganku oświaty („Budujemy tu infrastrukturę!” - powiedzą). Tyle że możemy przecież komunikować się na innych poziomach - podpowiada reżyserka. Wiele odbywa się tutaj między słowami, bohaterowie „rozmawiają” głównie za pomocą rąk, co czasem przekłada się na niepodrabialną filmową poezję - wystarczy palec wzniesiony ku niebu i słowo „brat”, by skondensować wieloletnie cierpienie i żałobę do zaledwie paru sekund.

Swój film Grisebach buduje z długich ujęć, pozostaje blisko bohaterów, czuć w jej optyce zarówno wrażliwość dokumentalistki, jak i wyczucie tradycyjnej filmowej epiki. Naturszczyków z kolei prowadzi tak, że ręce same składają się do oklasków. A umówmy się, że nie jest to łatwe, jeśli mamy uwierzyć w konflikt dwóch charyzmatycznych gości, będących jednocześnie filmowymi archetypami. Koniec końców, "Western" sprawdza się zarówno jako hołd złożony najszlachetniejszemu z gatunków, jak i jego antyteza, film o kryzysie męskości oraz historia mężczyzny większego niż kino, popis estetycznego minimalizmu oraz kino, które trzyma za gardło. Właśnie za takie paradoksy dostaje się najważniejsze nagrody.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 87% uznało tę recenzję za pomocną (15 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry