Recenzja gry Die for Valhalla! (2018)

Za Walhallę!

Wszystkie gry z gatunku beat’em up zaczynają się tak samo – z listy dostępnych postaci wybieramy  bohatera, którym przez najbliższe kilka godzin będziemy kopać tyłki napotykanym złolom. A co ...
Filmweb sp. z o.o.
Wszystkie gry z gatunku beat’em up zaczynają się tak samo – z listy dostępnych postaci wybieramy bohatera, którym przez najbliższe kilka godzin będziemy kopać tyłki napotykanym złolom. A co gdyby już na samym początku wrzucić twist, przywodzący na myśl grę "Messiah" sprzed osiemnastu lat?


O jakim twiście mowa? Otóż w "Die for Valhalla" podczas startu rozgrywki wybieramy jedną z czterech Walkirii – każda z nich ma dokładnie takie same statystyki; jedyne, czym się różnią, to kolor. Co więcej nasza Walkiria nie nadaje się do walki – wystarczy chwila nieuwagi, aby zobaczyć smutne game over – ale ma jednego asa w rękawie: może wskrzeszać zmarłych i przejmować nad nimi kontrolę. Taka przywrócona do życia postać należy do nas, dopóki nie przyjmie zbyt dużej ilości obrażeń albo dopóki sami nie zdecydujemy, aby się jej pozbyć, wciskając odpowiedni przycisk na padzie. Nad każdym napotkanym grobem widnieje symbol oręża, jakim posługiwał się nieboszczyk, jeśli więc znudzi nam się bieganie z toporkami, to bez problemu możemy zamienić się w typa z mieczem czy łukiem. To jednak nie koniec, bo poza wskrzeszaniem zmarłych możemy też przejmować kontrolę nad rozrzuconymi po mapie przedmiotami. Z tego akurat rzadko korzystałem, ale warto odnotować, że w "Die for Valhalla" można być beczką. Co więcej, wraz ze specjalnymi zdolnościami może pojawić nam się opcja wcielania w napotykanych przeciwników.


Poza motywem wskrzeszania gra poznańskiego studia robi wrażenie za sprawą dobrze napisanej i dopieszczonej do ostatniej linii kody rozgrywką. Poruszamy się tu po losowo generowanej mapce, z której przechodzimy do losowo generowanych etapów, na których losowo generują się przeciwnicy – każde rozpoczęcie gry od nowa to zupełnie inny "seed", z którego tworzy się dla nas świat, dzięki czemu każda przygoda będzie zupełnie inna. Sama walka jest prosta do bólu (atak, silny atak, unik, skok i superatak) i już po kilku chwilach będziecie mieli opanowane sterowanie i wszystkie tajniki gry. Fajnie też rozwiązano temat ulepszania postaci. Podczas walki zbieramy specjalne punkty, których odpowiednia liczba daje nam możliwość wejścia na kolejny poziom. Awans wiąże się z wybraniem jednej dodatkowej umiejętności oraz siedmiu ulepszeń w stylu +10 do ataku, +10 do obrony itd. Ulepszenia i awanse są przypisane do naszej Walkirii, dzięki czemu nieważne, jaką klasą aktualnie gramy, bo każda inna będzie tak samo ulepszona.


"Die for Valhalla" nie tylko przyjemnie się gra, ale i miło się na ten tytuł patrzy. Piękna, ręcznie rysowana oprawa graficzna idzie do pary z miłą, przygrywającą w tle muzyczką. W tytuł miałem okazję zagrać zarówno na Xboksie One, jak i na Nintendo Switchu – na obydwu wygląda dokładnie tak samo i działa przez praktycznie cały czas w płynnych 60 klatkach na sekundę. Gdybym miał jednak polecić komuś, na którą platformę wybierać grę, to byłby to Switch, ze względu na prostą i szybką kooperację.

Gra studia Monster Couch pozwala na zabawę czterem graczom jednocześnie i w tym tkwi jej cała moc. Granie samemu może się szybko znudzić, bo tak na dobrą sprawę nie ma tu żadnego większego celu i w sumie to ciągle idzie się z lewej do prawej, po drodze likwidując napotykanych przeciwników. W kooperacji jednak zapominamy o tym i po prostu świetnie bawimy się ze znajomymi. A dlaczego wersja na Switcha? Bo w każdej chwili możemy wyciągnąć Joy-Cony, dać jeden siedzącemu obok koledze i grać gdziekolwiek chcemy.


Nie spodziewałem się, że mając pod ręką wszystkie growe nowości ostatnich miesięcy, miniony weekend spędzę na bieganiu rysowanymi wikingami i odcinaniu głowy przeciwnikom. "Die for Valhalla" to świetny, niedrogi tytuł, przy którym spędzicie długie godziny na świetnej zabawie ze znajomymi. W pojedynkę rozgrywka może trochę znudzić, tak więc jeśli planujecie grać solo, to odejmijcie od oceny jedno oczko. Do kanapowego co-opa sprawdzi się za to idealnie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (5 głosów).
Marcin Dąbkowski
ocenia tę grę na:
1 10 8/10 bardzo dobra