Recenzja filmu Coco (2017)
Lee Unkrich
Joanna Węgrzynowska-Cybińska

Zagrane z pamięci

Lekkość oraz inteligencja, z jaką scenarzyści oraz reżyser Lee Unkrich opowiadają o tak poważnych sprawach, przywodzi na myśl najlepsze filmy Pixara; te opowiadające o przemijaniu, trudnym ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Coco (2017)
Dwunastoletni Miguel tupie nóżką w rytm szlagierów na mandolinę i wznosi modły do legendarnego króla estrady - meksykańskiej krzyżówki Elvisa z Krzysztofem Krawczykiem. A jednak zapobiegawcza familia z hardą babunią na szpicy próbuje wyleczyć go z marzeń o karierze na scenie. Fundamentem kruchego rodzinnego porządku jest historia prababci, która związała się z czarującym grajkiem i skończyła ze złamanym sercem. Na gruzach związku z pięknoduchem stworzyła firmę obuwniczą i od tamtej pory szydełko oraz dratwa przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Kiedy rozdarty pomiędzy tradycją a własnymi pragnieniami Miguel sprzeciwi się rodzinie, rozpocznie się jego metafizyczna odyseja na granicy światów. 

photo.title

W tej całej "metafizyce" nie ma wiele przesady. Podczas lokalnego święta zmarłych Miguel kradnie gitarę z grobu swojego idola i za karę trafia do królestwa nieboszczyków. Czas płynie tu nieco inaczej, a egzystencja mieszkańców jest nierozerwalnie spleciona ze światem żywych - dopóki trwa pamięć o zmarłych, dopóty paradują oni w postaci pociesznych kościotrupów. Wystarczy jednak zaniedbać tradycję i nad umarlakiem pojawia się widmo powtórnej śmierci - tym razem permanentnej. Próba powrotu na drugą stronę lustra staje się więc kuźnią charakteru, zaś historia napakowana fajerwerkami, pościgami i numerami muzycznymi - intymną relacją z podróży wewnętrznej. Bez względu na to, jak głęboko zapuści się Miguel i jakich cudów doświadczy po drodze, najważniejsze pozostaje to, co dzieje się w jego głowie. Stawką jest nie tylko rodzina, ale i sztuka - wyrosła na gruncie wielopokoleniowych doświadczeń, będąca manifestacją silnych przekonań, płynąca prosto z serca.

Świat "Coco" zaludniają w dużej mierze zgorzkniali cynicy, marzyciele, którzy musieli zrezygnować ze swojej pasji, albo po prostu zwyczajni goście, którzy kiedyś skręcili w ślepą uliczkę. Jak przekonują twórcy, nasi przodkowie nie są wcale owadami uwięzionymi w bursztynie. Kiedyś sami byli niespokojnymi kłębkami marzeń i kompleksów, potrzeb i lęków. Zaś nauka na ich błędach jest czasem łatwiejsza niż nam się wydaje. Kiedy wyklinająca muzyków od najgorszych prababka Miguela rozdziera nocną ciszę swoim śpiewem, domyślamy się, że całe to "podążanie za marzeniami" bywa po prostu banałem, który nie wytrzymuje zderzenia ze skomplikowaną rzeczywistością. Lekkość oraz inteligencja, z jaką scenarzyści oraz reżyser Lee Unkrich opowiadają o tak poważnych sprawach, przywodzi na myśl najlepsze filmy Pixara; te opowiadające o przemijaniu, trudnym wchodzeniu w dorosłość oraz psychomachii w głowie prawdziwych artystów - od "Odlotu", przez "Ratatuja", po "Toy Story 3".

photo.title

Wygląda to wszystko jak milion dolarów z złocie. Upstrzony lampionami, przysypany jesiennymi liśćmi, skąpany w błękitach i jaskrawych czerwieniach świat potrafi oczarować - zwłaszcza gdy show kradną wielobarwne, pastelowe krzyżówki najróżniejszych zwierząt. To z jednej strony imponujący pomnik wystawiony kulturze Meksyku, z drugiej - komputerowy odlot, najnowsza wizytówka wysokobudżetowej animacji z Hollywood. Kiedy uliczna muzyka ożywia zmarłych, a echa przeszłości zaczynają pobrzmiewać na współczesnej scenie, "Coco" jest już tylko o jeden krok od arcydzieła. To wspaniała opowieść o tym, że nawet w drodze na szczyt warto czasem przystanąć i spojrzeć za siebie. Może się okazać, że pamięć o minionych pokoleniach wcale nie jest balastem. Zaś ambicja - źródłem siły.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 92% uznało tę recenzję za pomocną (96 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny