Recenzja filmu Zielona mila (1999)
Frank Darabont

"Zielona Mila" - szlak pielgrzyma

Mawia się, że kiedyś wszystkie książki Stephena Kinga doczekają się swych kinowych adaptacji. Patrząc na rynek kinematograficzny, można odnieść wrażenie, że ta przepowiednia jest naprawdę bliska ...
Filmweb sp. z o.o.
Mawia się, że kiedyś wszystkie książki Stephena Kinga doczekają się swych kinowych adaptacji. Patrząc na rynek kinematograficzny, można odnieść wrażenie, że ta przepowiednia jest naprawdę bliska spełnienia. Dla reżyserów już przestały mieć znaczenie trudności techniczne czy merytoryczne, związane z upchnięciem tysiąca stron prozy w trzygodzinnym filmie, gdyż mogą być pewni, że kręcą pewniaka. Owszem - bywało równie i produkcje oparte na kanwie twórczości mistrza nie zawsze były udane. Wystarczy wspomnieć średnio ciekawego "Łowcę Snów". Z drugiej strony, dostaliśmy już takie perełki, jak "Misery" - jeden z najlepszych thrillerów w historii. Dzięki umiejętnościom Franka Darabonta (reżysera "Skazanych na Shawshank"), "Zielona Mila" zdecydowanie zalicza się do tej drugiej kategorii.

Ostanie lata pokazały, że w realizację kingowskich filmów warto wpompować dużo gotówki i nie oszczędzać na aktorach, gdyż tylko wtedy można naprawdę zadowolić widza, będącego niejednokrotnie fanem samego Kinga. I w tym przypadku producenci nie okazali się dusigroszami, gdyż zaangażowali do głównej roli genialnego Toma Hanksa, znanego chociażby z głośnego "Forresta Gumpa". Posunięcie okazało się bardzo dobre, gdyż Hanks idealnie poradził sobie z ciężarem odgrywanej postaci, Paula Edgecomba - wzorowego funkcjonariusza, obywatela i przy okazji też normalnego człowieka z normalnymi problemami. Poznajemy go w jego naturalnym środowisku - areszcie dla skazanych na karę śmierci. Jego życie byłoby pewnie spokojniejsze, gdyby nie nietypowy więzień, dostarczony pewnego dnia do zakładu. John Coffey (Michael Clarke Duncan) został aresztowany i osądzony za rzekome zabicie dwóch dziewczynek. Jak się szybko okazuje - ma on jeszcze kilka innych, mrocznych tajemnic.

Siła "Zielonej Mili" nie tkwi w samej fabule, lecz w ludziach, których mamy okazję poznać podczas projekcji. I nie chodzi mi o osobę siedzącą tuż obok na seansie. Nie, chodzi mi o bohaterów, gdyż każdy z nich ma do opowiedzenia jakąś historię. Oni pokazują na ekranie, czym jest dla nich miłość, przyjaźń oraz poświęcenie i nie boją się swoich uczuć. Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z filmem tak mądrym i ciepłym, a z kolei nie będącym nudnym wykładem z filozofii antycznej. Trzy godziny, jakie spędzamy na oglądaniu, pozwalają przywiązać się do poznanych postaci i odczuć smutek związany z ich odejściem.

Nie mam zamiaru rozpisywać się o sprawach technicznych, takich jak dźwięk czy strona wizualna, gdyż one nie mają tak naprawdę znaczenia w tym przypadku. Frank Darabont nie ujął mnie za serce dynamicznym pościgiem na autostradzie, tylko pasją z jaką podszedł do swojej pracy. Do spółki ze Stephenem Kingiem pokazał nam, że cuda się zdarzają, choć może nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. W końcu każdy w swoim życiu ma do przebycia tytułową "zieloną milę" - dla niektórych jest to dystans od celi do miejsca egzekucji - dla innych jest to wędrówka, trwająca całe życie. Jak ona będzie wyglądała, zależy tylko od nas - może będziemy mieli tyle szczęścia, by przebyć ją tak, jak John Coffey...
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 73% uznało tę recenzję za pomocną (30 głosów).
KoZa
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (7)

zobacz wszystkie