Recenzja filmu Pięćdziesiąt twarzy Greya (2015)
Sam Taylor-Johnson

Bajka dla dorosłych

Czy się komuś to podoba, też czy nie powieść E.L. James zasługuje na miano fenomenu. Im więcej osób ją krytykowało, tym większą cieszyła się popularnością. Dodatkowo na każdego narzekającego ...
Filmweb sp. z o.o.
Czy się komuś to podoba, też czy nie powieść E.L. James zasługuje na miano fenomenu. Im więcej osób ją krytykowało, tym większą cieszyła się popularnością. Dodatkowo na każdego narzekającego przypadało kilku nowych fanów. Przeniesienie jej na duży ekran było zatem tylko kwestią czasu. Data premiery też nie mogła być inna. W końcu jaki jest lepszy czas na film o prawdziwej, choć trudnej (przynajmniej na początku) miłości? Oczywiście - weekend z Walentynkami.

Historie o wielkim uczuciu mają cechy wspólne. Najlepiej jak mają się ku sobie ludzie z kompletnie różnych światów. Niby czasy się zmieniły, ale dobry mezalians, nawet współcześnie, przykuwa uwagę. W tym wypadku "szara myszka" przypadła w udziale Anastasii Steele. Skromna dziewczyna idzie, w zastępstwie za przyjaciółkę, przeprowadzić wywiad z Christianem Greyem - młodym multimilionerem. I jak to bywa w takich wypadkach to przypadkowe spotkanie zmieni wkrótce życie obojga. Ana zakochuje się w mężczyźnie od pierwszego wejrzenia, on także ulega fascynacji jej osobą. Ale nikt nie jest idealny. Christian także ma swoją ciemną stronę...

photo.title

Można się zastanawiać czym E.L. James tak ujęła wielu czytelników. Przecież w jej stronę posypało się tyle gromów. Stephen King stwierdził nawet, że nie można tego nazywać książką. Po przeczytaniu stwierdzam, że obie strony mają swoje argumenty. Styl faktycznie jest dziecinny, fabuła praktycznie sprowadza się do czterech punktów (wywiad, spotkanie w sklepie, "ratunek" Any przez Christiana z klubu i seks). Siłą tej powieści jest natomiast potoczny styl przyspieszający pochłanianie kolejnych stron i przede wszystkim kluczowe niedopowiedzenie. Niedopowiedzenie, które Sam Taylor-Johnson wraz z producentami siłą rzeczy musieli uśmiercić.

O co chodzi? E.L. James w praktyce nawet nie opisała głównych bohaterów. Z książki o Christianie dowiedziałem się tylko, że ma miedziane włosy, szare oczy, jest szczupły i wysoki. Anastasia z kolei ma brązowe włosy, niebieskie oczy, niezbyt lubi makijaż i nosi jeansy. Same ogólniki, żadnego szczegółowego opisu. Brak dokładnych rysów twarzy, brak głębszej psychologii postaci. Dzięki temu każdy z czytelników mógł oczami wyobraźni podstawić sobie w ich role swój fizyczny ideał drugiej połowy. Kobiety mogły fantazjować o młodym, bajecznie bogatym i będącym świetnym kochankiem facecie, mężczyźni z kolei o dziewczynie, która dosłownie zrobiłaby dla nich wszystko. A jeszcze dodatkowo nieszczęśliwie zakochane single mogły odnaleźć bratnią duszę w osobie Jose. Każdy był zadowolony. Teraz Ana i Christian siłą rzeczy zostali w pełni zmaterializowani w osobach Dakoty Johnson i Jamie'ego Dornana. Koniec z nutką tajemnicy. Teraz można skupić się tylko na wychwytywaniu iście kosmicznych błędów jak choćby stwierdzenie, że Charlie Tango leciał na wysokości 900 kilometrów.

photo.title

Oglądając produkcję Taylor-Johnson nie wypada się zatem czepiać szczątkowej fabuły i tylko pobieżnie nakreślonych postaci. Nie wypada, bo i materiał źródłowy był pod tym względem ubogi. Można za to stwierdzić, że między głównymi bohaterami nie czuć chemii. To jest największa bolączka i zarazem gwóźdź do trumny "50 twarzy Greya". Między Johnson i Dornanem jest dużo maślanych oczu, są oczywiście momenty, ale mimo to nie czuć wzajemnego pożądania. Same sceny erotyczne także pozostawiają sporo do życzenia. Nie są pokazane w sposób intrygujący, nie podniecają. Ot kolejna scena łóżkowa. Nikt nie będzie dłużej tego wspominał. Nie jest to poziom relacji jaki stworzyli choćby Mickey Rourke i Kim Basinger w "9 1/2 tygodnia". Tam była iskra. Szczerze mówiąc większa chemia panowała też choćby między Milą Kunis a Justinem Timberlakiem w "To tylko seks". A przecież to zwykła komedia romantyczna. "50 twarzy Greya" jest pod tym względem nudne jak literackie wymienianie maili, między Aną i Christianem, ciągnące się bez końca przez kolejne strony. Johnson i Dornan wydają się zagubieni i przestraszeni. Jakby sparaliżował ich strach przed zaszufladkowaniem i kojarzeniem tylko z jedną rolą. "50 twarzy Greya" nie jest tak wciągające jak wyżej wymienione, nie jest oczywiście też tak kontrowersyjne jak choćby niedawna dylogia "Nimfomanki". Żadna scena nie zapada też w pamięć tak, jak kochająca się z samochodową maską Cameron Diaz. Z sypialni wieje nudą, choć niby przecież dużo się w niej dzieje. Związek widz - film się rozpada.

photo.title

Nawet jeśli odejdziemy od kluczowej, powyższej kwestii warsztat aktorski głównej pary dalej kuleje. Dakota może i wygląda jak Anastasia, ale nie rozumie tej postaci. Brzmi to może nieprawdopodobnie, ale tak właśnie jest. Nadmiernie stara się, by każda jej kwestia była uwodzicielska i zmysłowa. Niestety tylko sztucznie zawodzi. Dodatkowo filmowa Ana ma mocno zmieniony charakter, co także nie wychodzi produkcji na dobre. Mimo tego wszystkiego i tak wypada lepiej od swego partnera. Dornan z kolei nawet wyglądem nie przypomina magnata, a tym bardziej zachowaniem. Bliżej mu do zwykłego dzieciaka ze szkoły średniej. Im dłużej w las tym coraz bardziej potęguje się tylko wrażenie, że oglądamy średni teatrzyk szkolny.

Mimo to daleki jestem od stwierdzenia, że powstanie "50 twarzy Greya" było zbędne. Zmaterializowanie postaci może powieści i filmowi wyjść co prawda bokiem, ale wiele osób było ciekawych ekranowej wersji. Mimo wszystko jest to tylko kolejna, prosta bajeczka dla dorosłych. Miała być tylko nieco pieprzna i pikantna. Koniec końców jednak ni ziębi, ni grzeje. Pan Grey osiadł na laurach i uległ przeciętności. Pozostaje tylko ciepła wymowa, że znalezienie szczerej, prawdziwej miłości jest możliwe. Przesłanie idealne na Walentynki.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 77% uznało tę recenzję za pomocną (355 głosów).
Barcelonismo
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

o