Recenzja filmu Baywatch. Słoneczny patrol (2017)
Seth Gordon

Beach, please...

Scenarzyści Damian Shannon i Mark Swift doszli najwyraźniej do wniosku, że lepsze jest wrogiem dobrego. Zamiast poddać formułę oryginału gruntownemu liftingowi (tak jak zrobiono to np. w "21 Jump ...
Filmweb sp. z o.o.
Pamiętacie odcinek "Przyjaciół", w którym Chandler zakochał się od pierwszego wejrzenia  w "Słonecznym patrolu"? Bohater już zamierzał powiedzieć współlokatorowi Joemu, że pomysł na show o ratownikach brzmi głupio, gdy na ekranie telewizora pojawiła się biegnąca w zwolnionym tempie wydekoltowana Nicole Eggert. Chwilę później zachwycony Chandler siedział na kanapie z piwem w dłoni i nowym najlepszym kumplem u boku, delektując się wdziękami apetycznych aktorek. Trudno o lepsze zilustrowanie fenomenu programu, który w szczytowym momencie popularności oglądany był przez ponad miliard (!) widzów. "Słoneczny patrol" to falujące biusty z "Playboya", bicepsy z okładek "Men's Health", złociste plaże, spienione morskie fale i prosta jak deska surfingowa fabuła z pogranicza opery mydlanej i serialu sensacyjnego. Słowem, 45 minut bezwstydnego relaksu. Czy twórcom kinowego rebootu cyklu udało się wydłużyć przyjemność do dwóch godzin?

Scenarzyści Damian Shannon i Mark Swift doszli najwyraźniej do wniosku, że lepsze jest wrogiem dobrego. Zamiast poddać formułę oryginału gruntownemu liftingowi (tak jak zrobiono to np. w "21 Jump Street"), skupili się na dopisywaniu wulgarnych gagów. W efekcie nowy "Baywatch" zagubił gdzieś kiczowaty wdzięk serialu, stając się jedną z wielu taśmowo produkowanych w Hollywood komedii. Żeby nie było: lubię humor niskich lotów i nic co ludzkie nie jest mi obce. Nie drę szat, gdy któryś z bohaterów zakleszcza swoje "klejnoty" między szczebelkami leżaka, a inny wbrew własnej woli kosztuje wydzieliny ze zwłok. Kto widział choćby "Sposób na blondynkę" albo "Człowieka-scyzoryka", ten wie, że z podobnych sytuacji można uczynić komiczne tsunami. Perypetie z filmu Setha Gordona wydają się jednak wysilone, podobnie jak wciśnięte bez pomysłu epizody emerytowanych załogantów "Patrolu".

Gdzie reżyser i scenarzyści nie mogą, tam Dwayne'a Johnsona poślą. "Skała" bierze na wysmarowaną olejkiem klatę większość czerstwych żartów. Z powodzeniem naśmiewa się także ze swojego wizerunku charyzmatycznego twardziela obdarzonego uśmiechem z reklamy Aquafresh. Gwiazdorowi dzielnie sekunduje zarozumiały Zac Efron, który na potrzeby "Baywatch" wyhodował muskulaturę niczym Hugh Jackman w "Wolverinie". Panie - choć piękne i fenomenalnie zbudowane - pełnią tu zaledwie rolę tła dla męskich przepychanek o tytuł samca alfa. Zupełnie nietrafionym wyborem obsadowym okazał się za to Jon Bass jako zadurzony w CJ Parker, ciamajdowaty grubasek Ronnie. Brakuje mu choćby odrobiny ciepła i dobroduszności, bez których bohater jawi się jako antypatyczny stalker. W skuteczność zalotów chłopaka można by uwierzyć tylko pod warunkiem, że seksowna wybranka jego serca doznała akurat porażenia słonecznego.  
 
Jeśli wybierzecie się na ten film bez żadnych (powtarzam: ŻAD-NYCH) oczekiwań, przymknięcie oko na pretekstową intrygę kryminalną, słabe CGI oraz dziury logiczne wielkości rafy koralowej, dwie godziny w klimatyzowanym kinie prawdopodobnie upłyną Wam bezboleśnie. Tempo akcji jest żwawe, soundtrack obfituje w wakacyjne hiciory, a nadmorskie plenery zapierają dech w piersiach. Do obejrzenia i natychmiastowego zapomnienia.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 72% uznało tę recenzję za pomocną (74 głosy).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie