Recenzja filmu Boyhood (2014)
Richard Linklater

Chłopięcy świat

Nie ma tu tradycyjnej fabuły z ekspozycją i obowiązkowymi punktami zwrotnymi. Reżyser stapia ze sobą wydarzenia ważne i błahe, prozę życia i magię chwil. Najlepsze sceny wchodzą do filmu niejako ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Boyhood (2014)
Jeśli istnieje coś takiego jak zapas szczęścia otrzymanego w darze od losu, Richard Linklater powinien wyczerpać go do cna przy realizacji "Boyhood". Choć zdjęcia trwały tylko 39 dni, prace nad przedsięwzięciem zajęły łącznie 11 lat. Wszystko dlatego, że teksański reżyser wymarzył sobie rozgrywający się na przestrzeni ponad dekady film, w którym aktorzy dojrzewają wraz ze swoimi postaciami. Co roku skrzykiwał więc ekipę i dokręcał kolejny segment opowieści. Przez ten czas żaden z członków obsady nie stracił zapału i nie wycofał się z udziału w projekcie. Cierpliwość opłaciła się. "Boyhood" to imponujący eksperyment, ale przede wszystkim wspaniała historia inicjacyjna.

Głównego bohatera Masona (Ellar Coltrane) poznajemy, gdy ma sześć lat. Jest słodkim blondasem zainteresowanym głównie wykopaliskami wokół domu i dekorowaniem farbą w sprayu okolicznych murów. W ostatniej scenie filmu chłopak stoi już u progu dorosłości – ze stypendium w kieszeni i głową pełną pytań o sens wszystkiego rozpoczyna naukę w college'u. Choć świat stoi przed nim otworem, Mason do końca chyba jeszcze nie wie, jak się przez ten otwór przecisnąć. Intuicja mówi mi jednak, że wkrótce znajdzie drogę.

Linklater, być może jak żaden inny reżyser od czasów Johna Hughesa ("Klub winowajców"), potrafi bez ściemniania opowiadać o blaskach i cieniach dorastania. Na swoich młodocianych bohaterów spogląda z czułością, zrozumieniem i poczuciem humoru. Nie moralizuje, nie poucza i niczemu się nie dziwi. Zaprzecza też obiegowej opinii, jakoby współczesna młodzież była gorsza od tej z poprzednich pokoleń. Młodość – mówi reżyser – jest wciąż taka sama: kipiąca energią i głodna nowych doświadczeń, a zarazem niepewna siebie, zlękniona. Przywiązana do rodziców, a jednocześnie coraz bardziej nimi rozczarowana.

Jeśli coś się zmienia, to nie ludzie, a mody. W "Boyhood" o upływie czasu przypominają nam zarówno piosenki dobiegające z głośników w samochodach, jak i fryzury bohaterów. Jest też wojna w Iraku, walka Obamy o fotel prezydencki, Harry Potter i pierwszy Xbox. Kronika Linklatera wydaje się tym ciekawsza, że jest pisana kamerą na gorąco, a nie z perspektywy czasu, która otula przeszłość mgiełką nostalgii bądź ironicznego dystansu.

Nie ma tu tradycyjnej fabuły z ekspozycją i obowiązkowymi punktami zwrotnymi. Reżyser stapia ze sobą wydarzenia ważne i błahe, prozę życia i magię chwil. Najlepsze sceny wchodzą do filmu niejako tylnymi drzwiami: rozmowa z ojcem (Ethan Hawke) na temat "Gwiezdnych wojen", rozdzierająca tyrada matki (wielka rola Patricii Arquette) tuż przed wyjazdem syna na studia, wyznania pary kochanków poczynione o trzeciej w nocy nad miseczką z nachosami. W wybitnym "Boyhood" subtelność zawsze ukrywa się pod płaszczykiem banału.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 85% uznało tę recenzję za pomocną (564 głosy).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (6)

zobacz wszystkie