Recenzja filmu X-Men: Ostatni bastion (2006)
Brett Ratner

Cierpienia i wojny młodych mutantów

"X-Men" to nie tylko komiksy - to zabawki, to kreskówki, to różnego rodzaju akcesoria z wizerunkami głównych bohaterów. To wreszcie jedna z najbardziej dochodowych serii filmowych i na pewno ...
Filmweb sp. z o.o.
"X-Men" to nie tylko komiksy - to zabawki, to kreskówki, to różnego rodzaju akcesoria z wizerunkami głównych bohaterów. To wreszcie jedna z najbardziej dochodowych serii filmowych i na pewno najlepszych ekranizacji komiksów ostatnich lat. W 2000 roku, młody reżyser Bryan Singer pokazał, jak zręcznie łączyć komercyjne kino z historią, która wciąga i zmusza do przemyśleń. Twórca genialnych "Podejrzanych" postawił przede wszystkim na postacie, nakreślił nie tyle bohaterów, którzy przez 120 minut prezentują coraz to nowe umiejętności, ale ludzi niezwyczajnych, zmagających się z prawdziwymi, ludzkimi problemami. Obdzierając ich z krzykliwych kostiumów i zbędnej idealizacji, pozwolił widzom w nich uwierzyć i rzeczywiście przejąć się losami mutantów. Gdy w 2003 roku do kin trafił "X-Men 2", trudno było uwierzyć własnym oczom. Singer nakręcił sequel lepszy od części pierwszej, jeszcze bardziej widowiskowy, a przy tym nie tracący nic z uniwersalnej problematyki tolerancji. Dlatego, gdy okazało się, że reżyser pierwszych dwóch części rezygnuje z "trójki" na rzecz konkurencji - "Supermana", należałem do rzeszy fanów, lekko mówiąc, zawiedzionych tym faktem.

Producenci mieli spory kłopot ze znalezieniem zastępstwa, stanęło ostatecznie na Brecie Ratnerze, wyjadaczu kina komercyjnego. Twórca serii "Godzin szczytu" zna się na robieniu kasy, ale nikt mu jeszcze nie dał na jeden film 160 milionów dolarów niesamowitego potencjału oraz siły rozpędowej, jaką niewątpliwie są "jedynka" i "dwójka". Nie mówiąc już o plejadzie gwiazd. Pytanie samo się nasuwa: Czy umiejętnie spożytkował ten potencjał? "Ostatni bastion" przedstawia czasy, gdy ludzie i mutanci żyją już razem w zgodzie. Wszyscy są szczęśliwi do czasu, gdy pewien naukowiec, wykorzystując niezwykłego chłopca, wynajduje "lekarstwo" - remedium niszczące gen X. I tu pojawia się drobny problem dzielący społeczność mutantów na dwa obozy. Czy nadludzkie umiejętności to rzeczywiście uleczalna choroba, czy inna normalność, której tak jak kolor skóry, nie powinno się leczyć? Okazja to do niezwykłego ukazania istoty odmienności. Twórcom się to udało, przedstawili posiadanie genu X zarówno jako dar jak i przekleństwo. To jednak trochę za mało...

Scenariusz autorstwa Zaka Penna i Simona Kinberga to mistrzostwo kompresji. W nieco ponad 100-minutowym filmie upchnęli jakimś cudem dwa słynne cykle serii przygód mutantów, "Astonishing X-Men" i "Dark Phoenix Saga" (przy czym ta ostatnia jest jedną z najobszerniejszych). Niestety, to nie był najszczęśliwszy pomysł. Po niezwykle wiarygodnych postaciach w filmach Singera, twórcy pokazali wszystkim język. Do znanych z poprzednich części bohaterów, takich jak Storm, Wolverine, Magneto, Doktor X, Ruda czy Iceman, scenarzyści dorzucili... drugie tyle. Przy tym nie mogę wybaczyć kompletnego zignorowania tak bogato przedstawionego w "X-Men 2" Nightcrawlera – wielka strata. Ta mnogość bohaterów doprowadziła do tego, że nowych nie jesteśmy w stanie poznać, a już znani odchodzą niemal na drugi plan. Jean Grey ograniczono do srogiej miny, a Cyklopa twórcy pozbywają się, zanim widz zdąży znaleźć swoje miejsce na sali kinowej. Poznajemy natomiast Bestię jako mutanta o niezwykłej przeszłości, czy Anioła, który kreowany na jedną z głównych postaci, odzywa się w filmie z pięć razy – z czego są to wypowiedzi nad wyraz okrojone. Na szczęście zaniedbanie bohaterów nie odbija się na aktorstwie, którego poziom pozostaje wysoki do samego końca.

Do zalet można zaliczyć efekty specjalne. Od kilkunastu lat w niepisanym prawie Hollywoodu zakreśla się nowa zasada: "Kręcisz sequel? Ma być większy, głośniejszy, droższy i bardziej wybuchowy". To chyba właśnie Ratner jest autorem klauzuli, bo jeśli "X-Men 2" było dla Was efekciarskie, to "Ostatni bastion" wgniecie co niektórych głęboko w podłogę. Niebotyczny – nawet jak na amerykańskie warunki – budżet poszedł na fenomenalne widowisko. Ciarki przechodzą po plecach na samo wspomnienie wyczynów Jean w jej rodzinnym domu, czy chociażby efekt prac budowlanych Magneto na moście Golden Gate w San Francisco. Jeśli mowa o doznaniach czysto wizualnych, nie można nie wspomnieć o choreografiach bitew i prezentacji wymyślnych umiejętności mutantów.

Reżyser postawił na szybką akcję - chwyta widza za gardło i nie puszcza do samego końca. Prędka narracja może grozić częstymi potknięciami, na szczęście tych w filmie niewiele. Przynajmniej w tej części, gdzie chodzi o popis wyobraźni twórców. Mimo wszystko pozostaje pewien żal, że Ratner postawił na wybuchy i demolki, udało mu się bowiem wpleść w fabułę sporo dramatów, które giną gdzieś pośród pirotechnicznych wariacji i patetycznej muzyki Johna Powella. Seans wizualnie wypasionej historii przynosi zatem dobrą i złą wiadomość. Dobra jest taka, że "X-Men 3: Ostatni bastion" to mimo wielu wad nadal jedna z lepszych komiksowych ekranizacji, a zła: mimo wszystko z tego potencjału mogło wyjść coś więcej.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (10 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)