Recenzja filmu Honorowy obywatel (2016)
Gastón Duprat
Mariano Cohn

Cierpki smak sukcesu

"The Distinguished…" to przecież nic innego jak komediowy rewers – prezentowanego na Lido przed kilkoma dniami – "Frantza" Francois Ozona. Pozostaje nadzieja, że charakteryzująca argentyński film ...
Filmweb sp. z o.o.
Festiwalowe życie nie znosi próżni. Lukę po zawodzących oczekiwania faworytach, w rodzaju Wendersa czy Cianfrance'a, z miejsca wypełniają ich mniej znani następcy. Na czarnego konia Konkursu Głównego w Wenecji wyrósł właśnie "The Distinguished Citizen" w reżyserii Gastona Duprata i Mariano Cohna. Wiele wskazuje na to, że dzieło argentyńskiego duetu będzie dla włoskiego festiwalu tym, czym dla tegorocznego Cannes okazał się "Toni Erdmann": filmem jednocześnie bardzo zabawnym i zaskakująco przenikliwym.

Główny bohater "The Distinguished…", argentyński pisarz Daniel Mantovani, przypomina skrzyżowanie Gabriela Garcii Marqueza z Jepem Gambardellą z "Wielkiego piękna". Mężczyzna w ujmujący sposób godzi w sobie elokwencję, charyzmę i zmysł prowokatora. Gdy, na samym początku filmu, odbiera w Sztokholmie Nagrodę Nobla, ani myśli zadowolić się tuzinkowymi podziękowaniami. Zamiast tego, kokieteryjnie stwierdza, że niniejszym stał się "ulubieńcem królów, krytyków i jurorów". Przytłoczony sukcesem Mantovani konsekwentnie odmawia udziału w kolejnych festiwalach i wieczorach autorskich. Wyjątek robi dopiero, gdy otrzymuje zaproszenie do rodzinnego miasteczka, które opuścił już wiele lat temu. Wbrew oczekiwaniom mężczyzny wyprawa do Salas nie będzie miała jednak nic wspólnego z sentymentalnym powrotem do korzeni.

Z miejsca rzucający się w oczy kontrast pomiędzy wyrafinowaniem bohatera  a przaśnym charakterem miejsca jego urodzenia stanowi komediowe paliwo filmu. Autor ambitnych powieści jest przyjmowany w Salas niczym gwiazdor pop: burmistrz nie odstępuje go na krok, przechodnie bez przerwy proszą o autografy, a nastoletnie fanki same pchają się do łóżka. Trudno oprzeć się wrażeniu, że równie celnej kpiny z małomiasteczkowego festyniarstwa nie widzieliśmy w kinie od czasu wczesnych komedii Milosa Formana. Zupełnie jak w "Pali się, moja panno", pozorna poczciwość przedstawionego świata bardzo szybko ustępuje zresztą miejsca atmosferze pełnej zawiści i małostkowości.

Sam Mantovani nie jest w tej sytuacji bez winy. Miejscowi częściowo słusznie wytykają mu arogancję i zbudowanie literackiej sławy na szkalowaniu Salas. Pisarz – brawurowo odgrywany przez znanego z "Dzikich historii" Oscara Martineza – pewne uwagi bierze sobie do serca, ale bynajmniej nie przechodzi fundamentalnej przemiany. Duprat i Cohn są twórcami zbyt przewrotnymi, by zadowolić się naiwną opowiastką o artyście odbierającym lekcję pokory. Zamiast tego fascynują się siłą charakteru Mantovaniego, który, pomimo prowokacji ze strony miejscowych, pozostaje wierny wyznawanym przez siebie wartościom. Konsekwencję bohatera najlepiej obrazuje scena – wygłoszonego w maleńkiej auli w Salas – przemówienia dorównującego wyrazistością pamiętnej mowie noblowskiej.

Argumentem używanym przez twórców na obronę Mantovaniego pozostaje wiara w wolność wyobraźni. Nawet jeśli pewne pomysły mężczyzny zostały zainspirowane przez autentyczne wydarzenia czy postacie z Salas, przeniesienie ich w sferę fikcji wydaje się zwalniać autora od jakiejkolwiek odpowiedzialności etycznej. Pojawienie się na ekranie tego rodzaju rozważań prowokuje wrażenie de ja vu. "The Distinguished…" to przecież nic innego jak komediowy rewers – prezentowanego na Lido przed kilkoma dniami – "Frantza" Francois Ozona. Pozostaje nadzieja, że charakteryzująca argentyński film lekkość nie okaże się dyskwalifikująca dla weneckiego jury. Dupratowi i Cohnowi warto będzie przyznać jakąś nagrodę choćby po to, by usłyszeć z ich ust mowę w stylu Mantovaniego.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 76% uznało tę recenzję za pomocną (37 głosów).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry