Recenzja filmu Matrix Rewolucje (2003)
Lilly Wachowski
Lana Wachowski

Cybernetyczny bóg: Reanimacja?

Jak już miałem kiedyś okazję napisać, wychodząc z "Matrixa: Reaktywacji", mimo zawodu, byłem dobrej myśli . Miałem nadzieję, że ten kiepski występ jest tylko przerywnikiem pomiędzy równie dobrą ...
Filmweb sp. z o.o.
Jak już miałem kiedyś okazję napisać, wychodząc z "Matrixa: Reaktywacji", mimo zawodu, byłem dobrej myśli . Miałem nadzieję, że ten kiepski występ jest tylko przerywnikiem pomiędzy równie dobrą pierwszą i trzecią częścią trylogii. "Zapewne Wachowscy chcieli pokazać, na ile ich stać od strony technicznej. Ta intelektualna płycizna miała jedynie osłabić czujność widzów przed premierą "Matrix Rewolucje", które wprowadzą wszystkich w stan filozoficznego osłupienia" - myślałem. Cóż, rzeczywiście miałem trochę racji, ale zamiast całkowitego szoku, doznałem jedynie delikatnego naelektryzowania szarych komórek - zawsze coś.

Akcja filmu rozpoczyna się tuż po koszmarnym napisie "ciąg dalszy nastąpi", kończącym "Reaktywację". Neo ciągle leży nieprzytomny na pokładzie jednego z dwóch ocalałych statków rebelianckich. Diagnoza Wyroczni wskazuje na to, że Wybraniec utknął gdzieś pomiędzy światem programów a tym rzeczywistym. Tylko szybka ingerencja Morfeusza i Trinity może go przywrócić do świata żywych. Natomiast z rozmów załogi poduszkowca możemy wywnioskować, że pierwszy atak maszyn na Zion zakończył się, niestety, klęską obrońców. Barykady zostały zdobyte przez mątwy, które wykorzystały chwilowe zamieszanie w szeregach ludzi. Teraz na ich drodze stoją jedynie bramy podziemnego miasta, które nie jest na tyle silne, by stawić opór przeważającym siłom wroga. Jakby tego było mało, Wybraniec, od razu po przebudzeniu, przedstawia towarzyszom szalony plan ratunku. Jego zdaniem losy tej wojny może zmienić tylko wizyta w mieście maszyn, a tę pielgrzymkę uważa za swój święty obowiązek. Oczywiście w podróży nie może zabraknąć Trinity, która wyraża pełną gotowość do natychmiastowego odlotu.

Mimo że cała sytuacja wydaje się trochę naciągana, to i tak wciąga znacznie bardziej niż w poprzedniej części filmu. Co więcej, powróciła atmosfera samotności, towarzysząca zmaganiom bohaterów z brutalną rzeczywistością i jeszcze groźniejszym Matrixem. Teraz nie mają za plecami całego Zionu - zostali sami i walczą o życie tysięcy. Ponadto "Rewolucje" wreszcie skłaniają do myślenia i analizy na kształt tej z pierwszej odsłony "Matrixa". Pierwszą oznaką zakradającego się gdzieniegdzie "drugiego dna" jest dialog Neo z programem na temat istoty miłości. Przyznam, że szczerze mnie zainteresowały argumenty binarnego człowieka i nie omieszkałem sobie później tej sceny kilkakrotnie odświeżyć w domowym zaciszu. Równie miłym akcentem były sceny końcowe, rozgrywające się w systemie - rozmowa Neo i Smitha na temat celowości ich poczynań była bardzo dobrym podsumowaniem trylogii. Uważam, że twórcy zgrabnie zakończyli całą historię, pozostawiając skromne (ale zawsze) pole do popisu dla fanów i ich domysłów. Przynajmniej w tym aspekcie nie czuję niedosytu.

Niestety Wachowscy nie zrezygnowali z widowiskowych efektów specjalnych, które znów przyćmiły warstwę merytoryczną. O ile jednak druga część przykuwała wzrok widzów, o tyle "Rewolucje" zwyczajnie śmieszyły. Walki były wręcz karykaturalne i przywodziły na myśl stare japońskie anime - "Dragon Ball". Przeciwnicy latali, biegali po sufitach i śmiali się złowieszczo, co niejednokrotnie wzbudzało śmiech na sali. Śmiech lekko zabarwiony goryczą. To samo tyczy się poziomu niektórych dialogów prowadzonych przez główne postacie. Szczególna uwaga w tym wypadku należy się Neo i Trinity, którzy wspięli się na wyżyny kiczu. Doszło do tego, że na światowej premierze (gdzie pojawili się sami miłośnicy serii, których podejście do produkcji było bardzo poważne) cała sala została w pewnym momencie rozbawiona do łez. Po tym incydencie z całej powagi naszego małego święta pozostały nici...

Jako że drugi i trzeci epizod były kręcone równocześnie, nie mogłem liczyć na jakieś istotne zmiany poziomu aktorstwa. Znów patrzyłem na te same zblazowane miny buntowników, którzy nie przejmują się specjalnie swoim marnym losem. Miłym odstępstwem od tej reguły była rola "dzieciaka" (w którego wcielił się Clayton Watson) - jako jedyny martwił się tym, że zaraz zginie.

Lustrując swoje poglądy, doszedłem do prostego i oczywistego wniosku: kontynuacje "Matrixa" nie powinny były nigdy powstać! Kiedyś "jedynka" była dla mnie czymś wielkim. Filmem, do którego wracałem kilkanaście razy, by znów móc wysłuchać rozmowy na sali treningowej i ponownie nacieszyć oczy idealnymi choreografiami kung-fu. Po seansie "Reaktywacji" i "Rewolucji" czar prysł. Nagle zacząłem dostrzegać rażące niedostatki w kreacji Laurence'a Fishburne'a, która wcześniej wydawała mi się doskonała. Rola Carrie-Anne Moss, kiedyś tak wyważona i dopasowana, stała się nieoczekiwanie sztuczna i drętwa. Czemu? Nie wiem. Może dlatego, że moje marzenia o idealnym filmie zostały zniszczone. Może dlatego, że oczekiwałem jeszcze większego trzęsienia ziemi niż w roku 1999... Widać, chciałem zbyt dużo.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 61% uznało tę recenzję za pomocną (28 głosów).
KoZa
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)