Recenzja filmu Smerfy: Poszukiwacze zaginionej wioski (2017)
Kelly Asbury
Marek Robaczewski

Depresja Smerfetki

Twórcy "Poszukiwaczy zaginionej wioski" – kolejnej odsłony serii – nie wychodzą poza schemat pogoni ("Jak ja nie cierpię Smerfów!"): intensyfikują akcję, wprowadzają bardziej pastelowe tła, ...
Filmweb sp. z o.o.
W historii filmowej rozrywki możemy natknąć się na zagadki, przed którymi kapitulują nawet najtęższe umysły. Na przykład: czy Smerfy mają płeć? A jeśli nie mają, to w jaki sposób na świat przychodzą nowe osobniki? Przez pączkowanie czy dzięki zaczarowanej mocy księżycowego światła? Na pewno ponowne narodziny Smerfów są zasługą "magików" (nekromantów?) z Sony Pictures, ich superkomputerów i hollywoodzkiej żądzy zysku. Przejście smerfowej franczyzy z dwóch na trzy wymiary – animowaną cyfrowo, pełną zgiełku i kolorów opowieść akcji – czyści niebieskie stworki z ich poczciwości, ale nie daje też zbyt wiele w zamian.   

photo.title

Jeśli staroświecki koncept leśnej wioski zamieszkałej przez istoty, z których każdą określa od "a" do "z" jedna, wybrana cecha charakteru, sprawdzał się w prostej, serialowej formie, to – choćby w porównaniu z surrealistyczną wyobraźnią scenarzystów Pixara – nowe Smerfy przypominają wycieczkę po skansenie. Twórcy "Poszukiwaczy zaginionej wioski" – kolejnej odsłony serii – nie wychodzą poza schemat pogoni ("Jak ja nie cierpię Smerfów!"): intensyfikują akcję, wprowadzają bardziej pastelowe tła, współczesne rekwizyty (selfie robione... biedronką) i taneczną ścieżkę dźwiękową. To zapewne przykuje uwagę dzieci na półtorej godziny – następne pół wystarczy jednak, żeby o filmie kompletnie zapomniały.

W fabule istotną rolę odgrywa motyw – nazwijmy go tak – biblijno-genderowy. Podczas gdy Maruda i Zgrywus mogą się poszczycić cechami charakterystycznymi, Smerfetka pozostaje czystą kartą – to w pewnym sensie kobieca "ozdoba" grzybowej wioski, przedmiot estetycznego uwielbienia. Ulepiona z gliny przez złego Gargamela, miała spełniać funkcję konia trojańskiego – przynęty na Smerfy – i doprowadzić czarnoksiężnika do ukrytej głęboko w lesie osady. Dzięki czarom Papy Smerfa urok zostaje odczyniony, a w wioskowej społeczności pojawia się pierwsza niebieska dziewczyna – niestety, bez określonego miejsca w smerfowej strukturze. Ta "nijakość" wpędza Smerfetkę w rozterki tożsamościowe i na skraj depresji – dopiero spotkanie z "innym", prawdopodobnie nowym gatunkiem "niebieskoskórego", wyzwala w niej iskrę nadziei. W towarzystwie Ciamajdy, Osiłka i Ważniaka dziewczyna wyrusza do Zakazanego Lasu na poszukiwanie tytułowej zaginionej wioski. Śladami bohaterów podążają rzecz jasna Gargamel, kot Klakier i sęp Monty, skuszeni obietnicą wyłapania jeszcze większej liczby magicznych stworków.    

photo.title

Tym, co wydaje się w nowych Smerfach jakoś odświeżające, jest nieszablonowe potraktowanie kwestii płciowej. Na ekran wskakują kolejne – obok Smerfetki – niebieskie dziewczyny – na pierwszy rzut oka bardziej wojownicze, niezależne, zaradne, otwarcie szydzące z ciamajdowatych facetów. Ale już za chwilę scenarzyści serwują nam błyskawiczny odwrót w stronę stereotypów: społeczność Smerfetek to w rzeczywistości kolejna wersja znajomej leśnej wioski – z siwym zarządcą w czerwonej czapie w roli głównej – tyle że bardziej infantylna, pełna szczebioczących i rozmiłowanych w błotnym spa Smerf-dziewcząt. Nie oczekuję oczywiście, że Smerfy zamienią się w rodzaj dydaktycznej czytanki – chodzi po prostu o skłonność twórców do kalkowania – raz za razem, w kolejnych scenach – najprostszych rozwiązań. W serialu – o ile dobrze pamiętam – stawka bywała o wiele wyższa, pojawiali się ciekawi, zróżnicowani bohaterowie, magiczne stworzenia, królowie i księżniczki, prawdziwa magia. Tutaj mamy galopadę na łeb na szyję, podczas której filmowy świat majaczy gdzieś w tle i wydaje się niesamowicie wąski, jak plansza do gry w chińczyka.

Widać w takiej taktyce pójście na łatwiznę: nie ważne, jakie Smerfy zaserwujemy dzieciom, istotne, żeby podczas seansu zapomniały o bożym świecie i dały spokój rodzicom. Morał także nie jest szczególnie odkrywczy: Smerfetka może i nie ma żadnej charakterystycznej cechy, ale przez to jest najbardziej "ludzkim" ze Smerfów, bo przecież ma szansę stać się... kim zechce. Do odkrycia tej "życiowej prawdy" nasze dzieci nie potrzebują wcale Sony Pictures – wystarczy im krótka rundka po galerii handlowej. Na "Poszukiwaczach zaginionej wioski" mogą co najwyżej dodatkowo się zestresować – wbrew pastelowemu sztafażowi sporo tutaj zupełnie niedziecięcej melancholii. Dlatego warto się zastanowić, czy najmłodszym nie lepiej zaserwować klasycznego serialu – obserwując reakcje mojej 5-letniej bratanicy wnoszę, że stareńkie Smerfy wciągają tak samo, jak w epoce wieczorynek i telemanii. I chyba lepiej oswajają z cudownością fabularnych światów.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 39% uznało tę recenzję za pomocną (36 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni
o