Recenzja filmu W pionie (2016)
Alain Guiraudie

Duże złe wilki

Guiraudie rozpoczyna swój utwór wizualnym leitmotivem, obrazem szosy przesuwającej się pod kołami samochodu. To symbol wolności bohatera. W toku fabuły będzie on powracał i zamieniał się z czasem ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa W pionie (2016)
Mówi się o Cannes jako o żyznej glebie kina artystycznego, więc obecność w konkursowej stawce nowego filmu Alaina Guiraudiego nie powinna wzbudzić kontrowersji. Sam jednak trochę się zapomniałem, chyba przedawkowałem Hollywood. Odzwyczajony od europejskiej awangardy, byłem lekko zszokowany, gdy młody mężczyzna uprawiał seks z upojonym absyntem umierającym staruszkiem. Na oczach noworodka. Przy akompaniamencie rockowej ballady. W statycznym, dwuminutowym ujęciu. Vive La France!

Leo (Damien Bonnard) jest scenarzystą filmowym w twórczym kryzysie. Poznajemy go, kiedy przemierza z plecakiem francuską prowincję Lozère (znaną z najmniejszego zaludnienia w całym kraju) i spotyka na swojej drodze wypasającą owce Marie (India Hair). Następująca chwilę później naturalistyczna scena seksu rodzi podejrzenie, że coś w tym świecie nie gra – fabularnie, estetycznie, konstrukcyjnie, w każdym możliwym wymiarze. Potem robi się jeszcze dziwniej: Leo wyjeżdża, wraca, Marie rodzi mu dziecko, ale nie chce się nim zająć, więc bohater kontynuuje tułaczkę. Próbuje się oddalić, lecz wciąż orbituje wokół poznanych ludzi. Wikła się w kolejne masochistyczne relacje: z samotnym ojcem Marie, spotkanym na trasie chłopakiem, którego namawia na filmową karierę, oraz podopiecznym tego ostatniego, zniedołężniałym starcem Christianem. Po okolicznych lasach szaleje stado wilków, wataha zagryza owce, nie oszczędza nawet psa pasterskiego. Inne wilki czają się już za rogiem: przedstawiciele biznesu filmowego wpadają na trop Leo, ścigają go łódką; zmuszają go do brodzenia po szyję w wodzie i ukrywania się w szuwarach. Obłęd.

Dosłowne tłumaczenie oryginalnego francuskiego tytułu to "trzymać pion". Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Guiraudie udowodnił już w "Nieznajomym nad jeziorem", intrygującej krzyżówce thrillera oraz gejowskiego melodramatu, że jeńców raczej nie bierze. Tutaj idzie o krok dalej – stawia wszystko na jedną kartę i pozbywa się wygodnego kostiumu kina gatunków. Jego film opowiada w dużej mierze o niemożności ucieczki od ludzi i od samego siebie; o tym, że prędzej czy później instynkty nas zdradzą, a pożądanie sprawi, że zaczniemy dreptać w błędnym kole. I zrobiony jest w podobnym kluczu stylistycznym: konkretne sceny wracają tu w innych konfiguracjach, obrazy zmieniają nagle wydźwięk, z kolei niespieszna narracja i obrazki "wsi spokojnej, wsi wesołej" kontrapunktowane są efekciarskim naturalizmem – myślę, że żaden film nie mógł się dotąd pochwalić tak realistyczną sceną porodu.

Nie bez przyczyny Guiraudie rozpoczyna swój utwór wizualnym leitmotivem, obrazem szosy przesuwającej się pod kołami samochodu. To symbol wolności bohatera. W toku fabuły będzie on powracał i zamieniał się z czasem w metaforę opresji. Ergo: możemy sobie podróżować, ale koniec końców ścieżka zawsze się zapętli i doprowadzi nas do punktu wyjścia. Podobnie jest z "Rester Vertical"  filmem, który obiecuje wiele, ale raz po raz powraca do tej samej konkluzji.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 62% uznało tę recenzję za pomocną (26 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły
o