Recenzja filmu Śmierć człowieka pracy (2005)
Michael Glawogger

Entuzjazm, żeby żyć

"Bohaterowie", "Duchy", "Lwy", "Bracia", a tak naprawdę to po prostu robotnicy, bo o nich, o ich życiu i ciężkiej pracy opowiadają noszące owe szumne tytuły epizody filmu "Śmierć człowieka ...
Filmweb sp. z o.o.
"Bohaterowie", "Duchy", "Lwy", "Bracia", a tak naprawdę to po prostu robotnicy, bo o nich, o ich życiu i ciężkiej pracy opowiadają noszące owe szumne tytuły epizody filmu "Śmierć człowieka pracy".

Nie ma w tej opowieści jednak fałszywego patosu, nie ma sentymentalnego kiczu, nie ma też pozytywistycznej papki, ani lewicowej hipokryzji, mamy tu do czynienia z hymnem na cześć ludzi pracy. Hymn ten nie gloryfikuje pracy, nie doszukuje się ideowych motywów, wzniosłego etosu, jest pieśnią o zwykłych ludziach bytujących w najgorszych możliwych warunkach, a jednak mających niepohamowaną i niespożytą wolę przetrwania. To prawdziwy "triumf woli", a zarazem portret ostatnich jej konkwistadorów. Najlepiej zresztą przesłanie filmu oddaje wypowiedź jednego z ukraińskich wyrobników - na pytanie, czy ma entuzjazm do pracy, odpowiada on bowiem: Mam entuzjazm do życia. I ta jego wypowiedź zawiera prawdziwą istotę oraz treść etosu jego heroicznej pracy oraz pracy innych mu podobnych.

Reżyser rysuje swą opowieść z niezwykłą gracją i wyczuciem, unika niepotrzebnego gadulstwa, sceny pełne grozy przeplata elementami wręcz komicznymi. Bohaterowie to ludzie prości, ale budzący niezwykłą sympatię, jak indonezyjski barowy zabijaka, który z lubością opowiada, jak to ongiś bez mrugnięcia okiem powalał czterech, sześciu przeciwników, ale rzucił to, jak się dowiedział o kopalni siarki, ponieważ praca w niej jest "lepszym zajęciem".
Wszystkie jednak powyższe atuty tego dzieła zdają się blednąć, w obliczu jego największej siły - obrazu. Film nakręcony jest tak, jakby reżyser operował nie kamerą, a aparatem fotograficznym i w każdym kolejnym kadrze chciał odnaleźć to jedno jedyne, niepowtarzalne ujęcie.
 
Mamy tu także niezwykłą różnorodność wizualną. Kolejne epizody charakteryzują się zupełnie odmienną stylistyką i dominującą kolorystyką kadrów. Poetyka kolejnych odsłon jest tak oszałamiająca, że nawet okrutne sceny afrykańskiej ubojni zwierząt stanowią widowisko tak piękne, iż nawet na chwilę nie można od niego oderwać oczu. W filmie zdarzają się ujęcia wręcz karkołomne, jak zdjęcia z górniczego wyrobiska kręcone w sztolni o wysokości nieprzekraczającej kilkudziesięciu centymetrów. Są także ujęcia nakręcone niczym film akcji, przedstawiające jakieś wydarzenie z wielu kamer i stron jednocześnie. Wszystko to razem świadczy o niesamowitym kunszcie reżyserskim Michaela Glawoggera i zalicza jego dzieło do grona najlepszych dokumentów, jakie powstały.
 
W tym miejscu jednak, żeby być uczciwym muszę wspomnieć o niewielkich skazach, jakie, mimo wszystko, pojawiły się na tym brylancie światowej kinematografii. Po czterech wspaniałych epizodach tego obrazu, pojawia się piąty, który zupełnie do całości nie przystaje. Nakręcony został w Chinach i robi wrażenie, jakby reżyser pojechawszy tam nie odnalazł żadnej magii i nakręcił cokolwiek, bo nie wypadało mu odjechać z pustymi rękami. Powstała więc tylko znacznie krótsza od pozostałych odsłon etiuda, która tylko burzy harmonię, jakiej dotąd doświadczaliśmy i nic szczególnego nie wnosi. Nie do końca szczęśliwie wypada także epilog "Śmierci człowieka pracy", bo treść jego wymowy była obecna w nieskondensowanej wersji po trosze przez cały czas trwania obrazu i w związku z tym trąci on banałem oraz jest niepotrzebnym powtarzaniem się.
Na tym zarzuty się jednak kończą. Nie są one zresztą nazbyt ciężkie - są to raczej, jeśli miałbym użyć prawnego odniesienia, "wykroczenia" niż "przestępstwa", a bilans całości jest tak korzystny, iż można by je w zasadzie w ogóle pominąć.
 
Michael Glawogger kręcąc "Śmierć człowieka pracy" nie stworzył filmu, stworzył arcydzieło, które, myślę, na trwałe wejdzie do kanonu najlepszych dokonań kina dokumentalnego i nawet, jeśli tak się nie stanie to na pewno jego niesamowite obrazy i wspaniała poetyka na trwałe pozostaną w mojej pamięci.
 
I tym pragnę skończyć, bo choć nie wiem jak bym się starał to i tak nie oddam wspaniałości, z jaką mamy do czynienia oglądając ten film. Z prawdziwą sztuką już tak jest, że nie da się o niej opowiadać, ją trzeba po prostu zobaczyć i poczuć, bo tylko osobiste doświadczenie może nam o niej coś powiedzieć.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 77% uznało tę recenzję za pomocną (22 głosy).
bladyrunner
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!