Recenzja filmu Generał (1926)
Buster Keaton
Clyde Bruckman

Generalnie: kino

"Generał" do dziś pozostaje widowiskowy, a setki statystów i numery kaskaderskie (ze słynną sceną "wodowania lokomotywy" na czele) ciągle robią potężne wrażenie.
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Generał (1926)
Jedni od herbaty wolą kawę, inni wolą Bustera Keatona od Charliego Chaplina. Panowie spotkali się na planie filmowym, ale ich największym wspólnym osiągnięciem jest to, że umożliwili nam wybór między dwiema doskonałościami. W dziedzinie niemej komedii Chaplin i Keaton uzupełniają się jak Stonesi i Beatlesi w muzyce lat 60. Los nie szczędził Chaplina, ale Keaton miał jeszcze mniej szczęścia. Zawsze oceniany w kontekście wielkiego konkurenta, szybko stracił kontrolę nad swoją błyskotliwą karierą. A jednym z gwoździ do trumny okazało się dzieło należące do jego największych dokonań i największych osiągnięć kina niemego w ogóle. "Generał", jeden z najdroższych filmów swoich czasów, został zignorowany przez widzów i poniósł finansową klęskę. Może gdyby lepiej odpowiedział na zapotrzebowania ówczesnych widzów, dziś nie oglądałoby się go tak dobrze? Mało kto pamięta o filmach, które wtedy zdystansowały go w box offisie.

Żaden inny prolog nie mógłby lepiej scharakteryzować głównego bohatera: Johnny Gray ma w życiu 2 miłości – lokomotywę (tytułowego "Generała") i piękną Annabelle Lee. Gdy wybucha wojna secesyjna, chłopak nie waha się porzucić pracę maszynisty, by dowieść przed ukochaną kobietą swojego bohaterstwa. W komisji poborowej oceniono jednak, że drobny mężczyzna lepiej przysłuży się Południu w lokomotywie niż na froncie. Dochodzi do nieporozumienia – Annabelle uznaje Johnny’ego za migającego się od obowiązku tchórza. Zrozumie, że popełniła błąd, kiedy oddział szpiegów Północy porywa "Generała" (z Annabelle Lee na pokładzie), a źle oceniony Johnny bez wahania wyrusza w samotny pościg.  

Scenariusz zainspirowały autentyczne wydarzenia z czasów Wojny Secesyjnej, ale film Keatona niewiele ma wspólnego z historycznym freskiem. Artysta dostrzegł po prostu dramaturgiczny i komiczny potencjał sytuacji i mistrzowsko go wykorzystał. "Generał" do dziś pozostaje widowiskowy, a setki statystów i numery kaskaderskie (ze słynną sceną "wodowania lokomotywy" na czele) ciągle robią potężne wrażenie. Keaton skupia się jednak przede wszystkim na swoim drobnym bohaterze, zmagającym się z potężną maszyną, zastępami wrogów i – często równie wrogich – sprzymierzeńców. Pisze alfabet komedii konfrontującej człowieka ze złowrogą z natury materią, z którego wiele lat później korzystać będzie m.in. Jacques Tati. Bohater Keatona swoją determinacją potrafi jednak niekiedy zmusić świat do uległości.

Johnny reprezentuje stronę, często demonizowanych w pop-kulturze, konfederatów, ale nie jest jakimś modelowym wyrazicielem wartości Południa. Niewiele wiemy o jego światopoglądzie – wydaje się porządnym gościem, ale brak przesłanek, by podejrzewać go np. o sympatię dla walczących o zniesienie niewolnictwa abolicjonistów. Na wojnę nie zgłasza się z poczucia obowiązku czy przekonań. Robi to, bo tego oczekuje od niego ukochana, utożsamiająca lojalność południowym stanom z przyzwoitością. Johnny zgłasza się na wojnę z tego samego powodu, z którego wyrusza później w niebezpieczny pościg – z miłości. To jedyny dowód jego moralności, jaki otrzymuje widz. I  niewątpliwie to wystarcza – da się go za to lubić.

Komik o kamiennej twarzy nie przymila się do swojej publiczności i nie próbuje jej wzruszać jak Chaplin. To walczak, charakteryzuje go działanie. Aby zasłużyć na miłość, musi zrealizować pewien model męskości, do którego nie predysponuje go ani wątła postura, ani wrodzona łagodność. Ale kiedy zaczyna się akcja, w naturalny sposób robi "co należy", a nie to, czego od niego oczekują. Kobieta, która weryfikowała jego męskość w oparciu o rodzinne wzorce, wypada na jego tle niezdarnie i komicznie. On nadal ją adoruje, ale już bez tej bezosobowej poddańczości.

Interpretacje mogą jednak oderwać uwagę od tego, co w filmie najciekawsze. "Generała" ogląda się z podziwem nie tylko dla jego twórcy, ale całej młodziutkiej – ledwie trzydziestoletniej – sztuki filmowej. Keaton operuje ruchem oszczędniej niż jego największy konkurent, ale robi to niebywale precyzyjnie. Wszystkie skomplikowane i niebezpieczne numery kaskaderskie wykonywał zresztą na planie sam, a milimetrowa dokładność jego pracy przekłada się na efekt nieporównywalny z niczym innym. Jego film to wciągający, dynamiczny spektakl, który posługuje się kompletnym wizualnym językiem. Nadchodzące kino dźwiękowe miało już niedługo postawić to wszystko na głowie, przy okazji cofając kino w rozwoju o jakąś dekadę.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 75% uznało tę recenzję za pomocną (52 głosy).
Darek Arest
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny