Recenzja filmu Batman (1989)
Tim Burton

Gotham - prawdziwe miasto nocą

"Batman" to jeden z najstarszych i najważniejszych amerykańskich komiksów. Powstał rok po "Supermanie" i szybko zdobył olbrzymią popularność, którą cieszy się po dziś dzień. Długie lata nie miał ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Batman (1989)
"Batman" to jeden z najstarszych i najważniejszych amerykańskich komiksów. Powstał rok po "Supermanie" i szybko zdobył olbrzymią popularność, którą cieszy się po dziś dzień. Długie lata nie miał jednak szczęścia do X muzy. Nakręcony w latach 60. serial na pewno nie był tym, na co liczyli fani Człowieka-Nietoperza, a poza nim nie powstało nic. Oczywiste się więc wydaje, że pięćdziesięciolecie powstania Batmana postanowiono uczcić poważnym filmem pełnometrażowym. Niesamowite jest natomiast, że na reżysera tego filmu wyznaczono Tima Burtona - niespełna trzydziestoletniego twórcę z ledwie paroma pozycjami na koncie. Amerykanin całkowicie wywiązał się z powierzonego mu zadania, tworząc film, który na długo zawładnął wyobraźnią fanów Batmana.

Jak to osiągnął? Przede wszystkim, i chwała mu za to, odszedł od prostego schematu ekranizacji. Burton do końca wykorzystał fakt, że większość akcji Batmana dzieje się w nocy i do tego dopasował styl tego filmu. Styl jawnie czerpiący z wielu źródeł: z klasycznego kina noir, z niemieckich ekspresjonistów, z Hitchcocka, z Gaudiego czy makabresek Poego. W rezultacie powstałe Gotham wydaje się miastem z koszmaru, cały czas spowite mgłą (zdjęcia kręcono w Anglii), obskurne, pełne cuchnących fabryk i brzydkich budynków. Nic dziwnego, że w takim mieście rozpleniła się zbrodnia. Zamiast legalnej władzy miastem trzęsie mafioso Carl Grissom (Jack Palance) i jego nieobliczalny podopieczny Jack Napier (Nicholson). Tutaj z kolej każdy bardziej obeznany kinoman rozpozna typową fabułę złotych czasów kina gangsterskiego z Cagneyem czy Robinsonem. I zgodnie ze schematem szybko dojdzie do konfliktu między dwoma przestępcami.

Prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero, kiedy Napier staje się już Jokerem. Ten człowiek to jedyna kolorowa postać w szarym mieście. To z nim właśnie będzie musiał zmierzyć się Batman. Jest to niestety najsłabszy element tego filmu, bowiem konflikt bohater - przestępca był już wałkowany w kinie dziesiątki razy. I tutaj jednak Burton potrafił czymś się wyróżnić, a tym czymś jest oczywiście decydujące starcie między tymi postaciami. Od legendarnej (choć fabularnie całkowicie zbędnej) sceny nalotu Batwingiem na Księżyc, aż do Jokera spadającego z gargulcem u nogi, jest to jedno z najbardziej fascynujących starć w kinie. Mnie osobiście najbardziej podobała się katedra, jaką stworzył Burton. Taka budowla oczywiście nigdy nie mogłaby powstać w rzeczywistości, ale jest piękna. Wspaniała gotycka budowla, z sięgającą nieba dzwonnicą, z misternymi gargulcami, z cichymi nawami jest chyba najlepszą budowlą sakralną, jaką stworzył jakikolwiek reżyser. Idealnie też nadaje się na miejsce "tańca z diabłem" Batmana z Jokerem.

Bez wątpienia największą zaletą tego filmu jest to, że połączył Batmana ze specyficznym stylem. Dla wielu osób do końca życia Gotham będzie właśnie tym cuchnącym miastem, Joker będzie miał uśmieszek Nicholsona, a Batmobil będzie przypominał niekończące się limuzyny ze starych kreskówek. Ilość odwołań zastosowana przez Burtona jest bowiem niesamowita, jego wyobraźnię krępowały bowiem wyłącznie ograniczenia finansowe, które wcale nie były tak wielkie. A za parę lat na pewno okaże się, że "Batman" sam jest dziełem cytowanym przez dziesiątki innych twórców. Zresztą, już jest.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 89% uznało tę recenzję za pomocną (71 głosów).
_Andrzej_
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

o