Recenzja filmu Igrzyska śmierci (2012)

Igrzyska bez chleba

Bohaterowie "Igrzysk śmierci" walczą ze sobą na śmierć i życie, ale ich prawdziwym wrogiem jest państwo przyszłości, reprezentowane przez autorytarny rząd. Żadna z postaci nie myśli tu głośno, jednak ciężar ich rozterek czuć w każdym spojrzeniu, geście, westchnieniu: jak utrzymać wewnętrzną bestię na smyczy?, jak przetrwać barbarzyńskie show i nie stracić człowieczeństwa?  

Odpowiedzialność za upadek cywilizacji w powieściowej serii Suzanne Collins spada na barki rządzących. Najpierw doprowadzili oni do olbrzymich dysproporcji ekonomicznych, a potem znaleźli sposób, by skanalizować wzbierającą w społeczeństwie agresję. Powstałe na terenie dawnego USA państwo Panem podzielone jest na dystrykty, których mieszkańcy polują na dziką zwierzynę, chodzą w łachmanach i mieszkają w drewnianych chatkach. Raz do roku stołeczny Kapitol organizuje Głodowe Igrzyska, w których ścierają się nastoletni przedstawiciele dwunastu stref. Metafora jest klarowna: być może dziedziczymy grzechy ojców, ale nie musimy iść w ich ślady. Ani Collins, ani reżyser Gary Ross nie konfrontują dzielnej Katniss (Jennifer Lawrence) z Przeznaczeniem, bo w tym świecie wszystko da się zmienić. Nic dziwnego, że gdy dziewczyna bierze sprawy w swoje ręce, chce się jej kibicować.  

"Saga Zmierzch", do której marketingowcy porównują film ze względu na skalę popularności marki wśród amerykańskiej młodzieży (i pewnie za sprawą tercetu aktorskiego Lawrence-Hutcherson-Hemsworth stojącego u progu wielkiej sławy) mogłaby o takim "alegorycznym" zapleczu jedynie pomarzyć. Nie ma również tak dobrze zarysowanych bohaterów, tak ciekawie prowadzonej narracji i operatora, zręcznie naśladującego percepcję postaci. Wreszcie, nie ma Lenny'ego Kravitza w roli stylisty-mentora, który jest tak ekstrawagancki, że ubiera bohaterkę w płonący kostium, i tak empatyczny, że zagrzewa ją do boju czułym szeptem. Perypetie Belli i Edwarda lokują się zresztą w innych emocjonalnych rejestrach – bohaterowie "Igrzysk" raczej tłumią uczucia, a czyny mówią o nich więcej niż słowa (pomijam już fakt, że "czyny" te są po prostu ciekawsze).  
 
Sagę Collins interpretuje się często jako satyrę na nową rzeczywistość medialną i jej związki z polityką. Być może nie jest to najważniejszy wątek w filmie Rossa, ale na pewno najlepiej opracowany. Świetne są zwłaszcza sceny w telewizyjnym talk-show, prowadzonym przez ufarbowanego na pogrzebowy fiolet Stanleya Tucciego, a także trening uczestników igrzysk: muszą oni nie tylko szkolić się w śmiercionośnym rzemiośle, ale również dbać o dobry kontakt ze sponsorami i podtrzymywać niezbędny do przetrwania status celebrytów. Ta satyryczna nuta nadaje niespotykany smak wątkowi miłosnemu – chyba najbardziej skonwencjonalizowanej strukturze fabularnej w filmach "o nastolatkach, dla nastolatków". Nie wiemy bowiem, czy uczucie, które łączy Peetę i Katniss, jest autentyczne, czy to jedynie gra prowadzona ku uciesze gawiedzi.

Cięcia dokonane na materiale źródłowym były nieuniknione i choć przysłużyły się scenariuszowi, wpłynęły niekorzystnie na integralność świata – w moim przekonaniu za mało jest w filmie informacji o Panemie, Kapitolu, igrzyskach, dystryktach, motywacjach rządu, mówiąc krótko, brakuje faktografii, którą oddychają wszelkie gatunki fantastyczne.  Rekompensatą są oczywiście zmagania w panemskim lesie, czyli – nie czarujmy się – clou programu. W ruch idą oszczepy, noże, strzały i... genetycznie zmodyfikowane pszczoły. Dżungla budzi się, zasypia i płonie, niebo to futurystyczna matryca LED, a groźny wystrzał z armaty obwieszcza śmierć kolejnego zawodnika. Obstawiajcie!
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 63% uznało tę recenzję za pomocną (690 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie
o