Recenzja filmu Kopia Mistrza (2006)
Agnieszka Holland

Kicz from Holland

"Kopia mistrza" z pewnością nie zostanie okrzyknięta najlepszym filmem w dorobku Agnieszki Holland. Profesjonalna realizacja i piękne zdjęcia nie ratują tego dzieła, robi to tylko muzyka ...
Filmweb sp. z o.o.
"Kopia mistrza" z pewnością nie zostanie okrzyknięta najlepszym filmem w dorobku Agnieszki Holland. Profesjonalna realizacja i piękne zdjęcia nie ratują tego dzieła, robi to tylko muzyka Beethovena, chociaż wątpię, czy życzyłby sobie tego, gdyby żył.

Nie jest to fragment biografii tylko całkiem zmyślona historia, w której to stary i głuchy już Beethoven, u schyłku pracy nad IX Symfonią, zatrudnia młodą kopistkę, która staje mu się bliska. Pomysł jakby wyciągnięty z "Gracza" Karoly Makka (o Dostojewskim i stenotypistce), jednak naprawdę nie ma tu czego porównywać.
Szczególnie drażni zabieg, który miał uwydatniać to, że Beethoven to geniusz. Tak, rzeczywiście był w tym filmie geniuszem. Pośród masy tępaków. Bohaterowie "Kopii mistrza" poza nim samym (w tej roli Ed Harris) są nierozbudowani, uproszczeni do stereotypów. Jako niewiarygodnie potulne stado owieczek, słuchają wielkich mądrości mistrza. A jego wielkie mądrości są irytująco płytkie, ale skoro padły z ust geniusza, widzowi nie przyjdzie nawet do głowy czegoś im zarzucić, od razu przystąpi do klubu. Ed Harris jako demoniczny brudas może się podobać (mi się nie podobał), chociaż momentami jest przesadnie ekspresyjny, za to jego partnerka, Diane Kruger, przeciwnie - zbyt mało.

Poza kilkoma raczej mocnymi niż mądrymi kwestiami intelektualnie nic się tu nie wydarza. Ten film nie wnosi nic nowego, to o czym mówi, już dawno zostało powiedziane. Oczywiście, jeżeli ktoś ma takie chęci, może usiłować wyobrażać tu sobie psychologiczną głębię, skomplikowane uczucie... Bzdura. W tym filmie nie ma nic skomplikowanego. Same banały, nie tylko słowne, ale i sytuacyjne, wszystko można z góry przewidzieć. Jaka będzie relacja pomiędzy głównymi bohaterami reżyserka wyjaśnia tuż po ich pierwszym spotkaniu, w knajpianych zwierzeniach Beethovena, kiedy to mistrz określa już wszystko i streszcza sytuację, w pretensjonalnych słowach nie sięgających zbyt głęboko. Film również głębiej się nie posunie. Do tego dochodzą zaskakujące potknięcia, na przykład to, że głuchy Beethoven słyszy, gdy głośno się do niego mówi, ale dźwięku potężnej orkiestry, którą dyryguje, już nie. Niedoskonałości i kiczowatość można by wytknąć niemal każdej scenie.

Zamierzenie było interesujące, chociaż niezbyt oryginalne. Nie wyszło.
Poza świetnymi wykonaniami utworów mistrza, bez użycia siły niewiele da się z tego obrazu wyciągnąć. A skoro w całym filmie najbardziej udała się muzyka Beethovena, a w mieście nie ma filharmonii, ewentualnie, aby jej posłuchać, można wybrać się do kina.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 54% uznało tę recenzję za pomocną (26 głosów).
Ewa_Spala
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)