Recenzja filmu Numer 7 (2015)
Özgür Yildirim

Kooperation X

Wzbudzające sympatię postacie i ciepłe relacje między nimi to kolejne powody, dla których seans "Numeru 7" nie będzie straconym czasem. Jeśli dodać do tego piękne oczy Emilii Schüle – niemieckiej ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Numer 7 (2015)
Film Özgüra Yildirima zaczyna się od sceny w pierwszoosobowej perspektywie, żywcem wyjętej z "Hardcore Henry'ego" – oto jakiś chłopak (czego dowiadujemy się po głosie) budzi się na torach metra; nie wie, gdzie jest, jak się tu znalazł, nie zna nawet własnej tożsamości. Nie będzie miał jednak czasu na spokojne szukanie odpowiedzi, bo już chwilę potem zostaje schwytany przez policję i oskarżony o coś, czego prawdopodobnie nie zrobił. Ale tego póki co nikt – włącznie z widzami – nie może być pewny. I takie otwarcie wystarczy, by reżyser zdobył naszą uwagę. Co jednak najważniejsze, potrafi ją utrzymać – nawet pomimo faktu, że "Numer 7" to film, który już widzieliśmy.


Yildirim wykorzystuje wiele znanych motywów z dystopijnego kina młodzieżowego (można tu zauważyć te same pomysły, co m.in. w "Igrzyskach Śmierci" czy serii "Niezgodna"), ale to również powtórka sensu stricto – niemiecka wersja holenderskiej ekranizacji książki Mirjam Mous pt. "Boy 7" (oba filmy w oryginale noszą ten sam tytuł). Jeśli ktoś więc przegapił film Lourensa Bloka, może nadrobić tę zaległość, oglądając ekranizację Özgüra Yildirima. Różnice między nimi są mało zauważalne. Jeśli jednak miałabym wskazać wyższość niemieckiej produkcji, byłaby to kwestia energetycznego techno w scenach akcji – elektroniczne dźwięki sprawiają, że aż chce się biec razem z bohaterami albo chociaż potupać w miejscu. 


Wzbudzające sympatię postacie i ciepłe relacje między nimi to kolejne powody, dla których seans "Numeru 7" nie będzie straconym czasem. Jeśli dodać do tego piękne oczy Emilii Schüle – niemieckiej aktorki o rosyjskim pochodzeniu grającej Larę, dziewczynę o numerze 8 – może się nawet okazać, że dla niektórych film będzie sycącym estetycznie przeżyciem. Uczciwie trzeba przyznać, że także w kwestiach technicznych niemiecka produkcja robi bardzo dobre wrażenie – zdjęć Matthiasa Bolligera, a szczególnie nocnych scen ucieczek i pościgów nie powstydziłyby się nawet średniobudżetowe hollywoodzkie produkcje. 

Patrząc na "Numer 7" w zupełnym oderwaniu od jego książkowego pierwowzoru i bliźniaczej holenderskiej produkcji, jest to film spełniający w satysfakcjonujący sposób oczekiwania niewybrednych widzów. Jeśli lubicie kino opowiadające o młodych, nadzwyczaj uzdolnionych bohaterach zniewolonych przez złą korporację/instytucję/organizację, wiedzcie, że to produkcja stworzona bez kompleksów i nie roszcząca sobie wielkich pretensji. Krótko mówiąc, przyzwoita robota. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 60% uznało tę recenzję za pomocną (5 głosów).
Dorota Kostrzewa
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry